Wydanie bieżące

1 maja 9 (369) / 2019

Bartosz Marzec,

BRUNATNY PIES (WILKOŁAK)

A A A
Nie, to nie jest kolejny sztampowy film historyczny. Nie da się wszakże zaprzeczyć, że akcja „Wilkołaka” rozpoczyna się w lutym 1945 roku, w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen. Od wschodu nadciąga Armia Czerwona i z jednej strony nadzieja na kres nazizmu jest żywa, jak nigdy wcześniej, ale z drugiej – trwa okres przejściowy, kiedy nie obowiązują już zupełnie żadne reguły. Chociaż Niemcom zależy, żeby przy życiu zostało jak najmniej świadków ich zbrodni, przetrwać udaje się grupie dzieci, które z pomocą czerwonoarmistów trafiają do prowizorycznego sierocińca. Dzieci nie są jednak bezpieczne, bo w pobliskich lasach ukrywają się naziści. Po radzieckich żołnierzach zresztą też niekoniecznie należy spodziewać się dobra.

To jednak nie koniec niebezpieczeństw, jakie czekają na bohaterów. Największe stanowią bowiem wilczury, które, wygłodniałe i porzucone przez esesmanów, szukają jakiegokolwiek pożywienia. Pokarm mogą stanowić ludzie, szczególnie że przez ostatnie lata byli oni przecież systematycznie zaszczuwani. Wszak już od Pawłowa wiadomo, że psy szybko się uczą – także nienawiści.

Obozowe koszmary powracają, gdy bohaterowie muszą skonfrontować się z „wściekłymi” psami, niedawnymi towarzyszami nazistów. Towarzyszami hołubionymi, obdarzanymi troską i czułością. Tu warto zwrócić uwagę na szerszy kontekst relacji psów i nazistów: z jednej strony owczarki były pupilami Niemców, ale z drugiej – już ustawy norymberskie zakazywały „niearyjczykom” posiadania jakichkolwiek psów (także kotów i ptaków). Zwierząt nie można było przekazywać osobom trzecim – były zabijane. Taki los spotkał psy Żydów z getta warszawskiego, także psy austriackich Żydów tuż po Anschlussie. Tymczasem w „Wilkołaku” to właśnie psy stają się w oczach dzieci nowymi nazistami. Oto ramy swego rodzaju horroru posthumanistycznego.

„Wilkołak” nie zawodzi na polu horroru, a to przypadek rzadki w naszym kinie. Polscy twórcy zdają się unikać tego gatunku, a jeśli już próbują się z nim mierzyć, zwykle ponoszą porażkę. Autorzy „Wilkołaka” doskonale budują napięcie: czy to za pomocą warstwy dźwiękowej, czy posttraumatycznych flashbacków. Odwołania do „Ptaków” (dobijające się przez każdą szczelinę wściekłe psy) czy „Nocy żywych trupów” (nadzieje na ratunek związane z ciężarówką, postacie snujące się niczym zombie) nie są tu uzurpacją.

„Wilkołak” wyróżnia się także świadomością formy filmowej. Tutaj światło i cień (za kamerą Dominik Danilczyk) noszą ukryte znaczenia, nie służą wyłącznie przyjemności estetycznej widza. Odbicia w szybach odsyłają do wewnętrznych światów bohaterów, a w jednej ze scen szyba-próg najwyraźniej służy jako medium międzygatunkowego porozumienia. Twórcy operują splotem fascynujących napięć: horroru i bajki, realizmu i baśniowości, kultury i natury, człowieczego i pieskiego. Świadomie nie piszę o ludzkim i zwierzęcym, bo w końcu to synonimy. Po pięknej scenie zamykającej film trudno mieć co do tego jakieś wątpliwości. Jeśli ktokolwiek w ogóle jeszcze je miał.
„Wilkołak”. Reżyseria: Adrian Panek. Scenariusz: Adrian Panek. Obsada: Sonia Mietielica, Kamil Polnisiak, Nicolas Przygoda, Danuta Stenka, Werner Daehn, Jakub Syska, Helena Mazur, Krzysztof Durski. Produkcja: Holandia, Niemcy, Polska 2018, 88 min.