Wydanie bieżące

1 maja 9 (369) / 2019

Natalia Grabka,

NA DZIEŃ PRZED KOŃCEM ŚWIATA (NASZA PLANETA)

A A A
5 kwietnia w bazie polskiego Netflixa ukazał się flagowy materiał promujący większy, arcyważny projekt o nazwie „Our Planet”. Składająca się z ośmiu godzinnych odcinków seria „Nasza planeta” nie bez powodu kojarzy się z medium telewizji. Nawiązująca do konwencji dokumentalnego serialu przyrodniczego (przed którymi gros Polaków zapewne miało w zwyczaju zasiadać w sobotni czy niedzielny poranek), nowa produkcja streamingowego potentata przywodzi na myśl realizacje brytyjskiej stacji telewizyjnej BBC czy amerykańskiego National Geographic. Prócz oglądania pięknej i zachwycającej oraz wzniosłej i przerażającej przyrody wypełniającej przestrzeń kadru także tutaj możemy usłyszeć łagodny, stonowany głos Krystyny Czubówny czy charyzmatyczną intonację Davida Attenborougha (w zależności od wyboru). Istotnie, produkcja serwisu Netflix kontynuuje w ten sposób tradycję z czasów paleotelewizji i jest to doskonały przykład konwergencji mediów, która aktualnie, i od kilku już dobrych lat, dzieje się na naszych oczach. Dostosowany do komfortu życia internautów – otwierających w odpowiednim dla nich czasie selektywnie wybrane hiperłącza – system platform, będących bazą filmów, seriali czy programów, wciąż przyciąga miliony widzów przed ekrany telewizorów, tabletów czy smartfonów. Do tego stopnia, że twórcy „Naszej planety” postanowili stworzyć spot promocyjny na temat zaobserwowanego gatunku w przyrodzie – gapika ekranowego (wzbogaconego, oczywiście, o łaciński odpowiednik: viltus in tabula), występującego pod wieloma postaciami (głos Krystyny Czubówny wymienia ogarniaczy, skoczki zwane też niecierpliwcami, dociekliwców, smakoszów, cierpliwców, parki oraz kaprysy).

Wydaje się jednak, że ów gapik ekranowy potrafi być również niezwykle niebezpieczny. Prowadzony przez niego styl życia, zdradzający troskę zaledwie o „tu i teraz”, katastrofalnie wpływa na jego ziemskich pobratymców. Twórcy serialu krytykują bowiem krótkowzroczność współczesnego człowieka i nawołują do tego, by spojrzeć na życie naszej planety jako na proces, który nie tylko trwa od miliardów lat, ale i powinien mieć odległą przyszłość. Według badaczy prawdopodobnie znajdujemy się w punkcie kulminacyjnym – nigdy przedtem nasza planeta nie znalazła się w tak krytycznym stanie. Stanie na tyle zaawansowanym, że przyszłość Ziemi może nie istnieć, jeżeli teraz nie zmienimy naszego postępowania. Intencją „Naszej planecie” bliżej więc do takich produkcji jak „Czy czeka nas koniec?” (notabene również dostępnej w serwisie Netflix) – jednego z pierwszych filmowych głosów dotyczących zmian klimatu. O ile jednak Leonardo DiCaprio koncentruje się na pewnego rodzaju dyskursie klimatycznym (spotkaniach z naukowcami i reprezentantami opiniotwórczych instytucji czy środowisk oraz ich podejściu do problemu), jak również bardziej radyklanym zagrzewaniu do boju, momentami wręcz oskarżycielskim „przyciskaniu do muru” nas – widzów, ludzi, winowajców, lektorzy „Naszej planety” wciąż z cierpliwością (choć już na jej skraju) oraz nadzieją motywują do działania, stając się przewodnikami po świecie ziemskiej przyrody i, w sposób dobrze nam znany, rejestrują te już dokonane i wciąż zachodzące w nim zmiany. Bogactwo natury jest przecież tym bardziej poruszające, kiedy dowiadujemy się, że pazurnice występujące m.in. w Borneo żyją na Ziemi jeszcze od czasów dinozaurów, a lada chwila mogą całkowicie wyginąć. Który styl proekologicznej pobudki bardziej trafi do widza, to już pewnie kwestia indywidualna.

Edukacyjny charakter produkcji Netflixa nie polega już zatem wyłącznie na nauce konkretnych rodzajów i gatunków fauny i flory występującej na konkretnym terytorium, ale i na wskazaniu istotnych, bo fundamentalnych związków pomiędzy poszczególnymi elementami ekosystemu, a nawet całymi ekosystemami. I tak, dla przykładu, dowiadujemy się, że goryle i słonie są ogrodnikami dżungli, bez których pozostałe gatunki żyjące na tym obszarze mogłyby wyginąć. Łańcuch życia możemy zaobserwować m.in. we fragmencie o tupai z Borneo, która żywi się sokiem ze dzbanecznika. W zamian za pokarm ssak pozostawia wewnątrz kwiatu rośliny własne odchody. Dzięki naturalnemu nawozowi i spadającym przez deszcze do dzbana mrówkom roślina wciąż może kwitnąć i dawać schronienie równie wdzięcznym nietoperzom. Związki pomiędzy poszczególnymi ekosystemami mają jednak i bardziej globalne, bliższe nam samym skutki. Podobno co drugi nasz wdech jest zasługą fitoplanktonu, który występuje w wodzie otwartych mórz.

Odpowiedzialność człowieka za zmiany w ekosystemie możemy bezpośrednio dostrzec, kiedy mowa o orangutanach sumatrzańskich, szczególnie tych żyjących na Sumatrze, ponieważ za sprawą bagnistego podłoża fragmentu indonezyjskiej dżungli, która chroni przed jego eksploatacją, to prawdopodobnie jedyna populacja tego gatunku na świecie, która wciąż ma szansę, by przeżyć. Ale do przetrwania orangutany potrzebują zróżnicowanej roślinności w lesie tropikalnym. Człowiek doprowadził jednak do powstania na tym obszarze monokultury palm oleistych, których olej wykorzystywany jest do produkcji margaryny, mydła, kosmetyków, świec czy smarów.

Tak dramatyczne skutki zmian klimatycznych widzimy w prawdopodobnie najtragiczniejszej scenie serialu, która ukazuje spadające z klifu i rozbijające się o skały morsy na Arktyce Rosyjskiej. Wychowane na lodzie zwierzęta nie są przystosowane do wspinania się na klify, dlatego nieświadome zagrożenia zbliżają się w stronę oceanu i spadają w przepaść. Według biologów tak ginie około tysiąca morsów rocznie – wolną i bolesną śmiercią, wywołaną przez uszkodzenia wewnętrzne. Zarejestrowany z różnych punktów widzenia i zmontowany materiał efektywnie konstruuje suspens. Gdy kolejny mors zbliża się do klifu, widz ma ochotę krzyknąć „nie, nie, nie idź tam!”. Oby każdy z nas zapamiętał tę reakcję. Intencja twórców serialu staje się jeszcze bardziej wyrazista, jeżeli obejrzymy tzw. bonus (również dostępny na platformie Netflix), przedstawiający kulisy realizacji dokumentu. Obserwacja bezradności operatorów wobec rejestrowanej tragedii i oglądania setek czy tysięcy morsów umierających pod klifem jest wstrząsające. Jeden z realizatorów wyznał, że to najbardziej dramatyczne wydarzenie, jakie kiedykolwiek nakręcił.

Dodatkowy materiał jest nie do przecenienia, dlatego, nawet jeżeli serial nie zainteresuje części widzów na tyle, by obejrzeli wszystkie osiem odcinków, zdecydowanie warto obejrzeć kulisy jego powstawania. „Nasza Planeta” prowokuje bowiem do refleksji na temat istoty samego dokumentu. Wciąż zadziwiające nas ujęcia rzadkiej czy ginącej już przyrody z bliskiej perspektywy budzą ciekawość na temat procesu realizacji tego przedsięwzięcia. Na szczęście twórcy postanawiają tę ciekawość zaspokoić, a jest się czym chwalić. Tworzenie dokumentu to 4 lata pracy, ponad 200 podróży 600 ekip filmowych, przeszło 3375 dni filmowych w 60 krajach, 400 tysięcy godzin filmu z kamer pułapek, 6600 lotów dronem, 911 dni na morzu i 2 tysiące godzin nurkowania. Największa trudność realizatorów polegała bowiem na tym, że większość ukazywanych w serialu zwierząt to gatunki niezwykle rzadkie, którym grozi wyginięcie. Przekonała się o tym na własnej skórze ekipa filmowa odpowiedzialna za realizację materiału o tygrysach syberyjskich we wschodniej Rosji, która dla zaledwie kilku minut nagrania ostatnich tygrysów z tego gatunku poświęciła dwa lata pracy. Wykorzystanie specjalnej czatowni, w której przez niemalże 2 lata mieszkał jeden z operatorów, i stosowanie kamer leśnych, czyli tzw. fotopułapek, umożliwiło nakręcenie ośmiuset godzin materiału filmowego.

Mniejszym sukcesem zakończyła się misja ekipy w Arktyce Kanadyjskiej. Podwodne ujęcia niedźwiedzi polarnych łowiących w rzece ryby miały stanowić najistotniejszą sekwencję odcinka o wodach słodkich, a odcinek ten miał pokazać, jak ważne jest to, by odpowiednia ilość wody trafiła do poszczególnych systemów we właściwym czasie. Tego roku jednak poziom wody był zbyt wysoki, więc ryby nie utknęły w rzekach, a trafiły do jezior, dlatego niedźwiedzie nie mogły ich upolować. Ekipa filmowa czuła rozczarowanie, że po tak ciężkiej pracy, musi wrócić z niczym, jednak jak zauważył jeden z operatorów – „to przyroda, z nią nie da się wygrać”. Ale to tylko kolejny i być może najbardziej przekonujący dowód na silny wpływ zmian klimatycznych na Arktykę. Istotnie, wiedza na temat ogromu pracy i niebywałej trudności przedsięwzięcia, uświadamia, jak wiele regularnych zachowań i harmonijnych stałych uległo dezorganizacji.

„Nasza planeta” to jednak zaledwie część większego projektu, który propaguje troskę o Ziemię. Na końcu każdego odcinka na ekranie pojawia się informacja zachęcająca do odwiedzenia strony internetowej projektu. Tam zaś możemy znaleźć cenną wiedzę na temat tego, co powinniśmy zrobić, by uniknąć szybkiego niszczenia naszej planety. W sieci pojawiły się również spoty reklamowe, ukazujące reakcję aktorów innych produkcji Netflixa (m.in. „Sex Education” czy „The Umbrella Academy”) na poszczególne fragmenty filmów. Przy tej okazji możemy raz jeszcze obejrzeć świetną humorystyczną sekwencję tańca godowego sześciopora czarnego, która zapewne przejdzie do historii (ci sami twórcy są przecież odpowiedzialni za słynną scenę ucieczki iguany przed wężami z „Planety Ziemi II”). Niektóre z ujęć wyszły jednak na tyle drastycznie, że Netflix postanowił podpowiedzieć internautom, w jaki sposób można ich uniknąć, ograniczając się wyłącznie do ich werbalnego opisu.

Dokument przyrodniczy Netflixa sam w sobie jest wizualnym majsterszykiem. Doznanie szerokiej gamy emocji zawdzięczamy jednak nie tylko operatorom, ale również reżyserowi i scenarzystom. Dzięki ich skrupulatności powstał spójny i wyważony serial, którego seans z pewnością nie pozostawi widza bez refleksji. Miejmy nadzieję, że nie będzie to refleksja „tu i teraz”, ale długofalowa, niosąca za sobą pozytywne zmiany. Bo jeżeli nie potrzebujemy więcej troski o naszą planetę, to dlaczego więcej wiemy na temat powierzchni Księżyca niż o oceanicznym dnie?
„Nasza planeta” („Our Planet”). Reżyseria: Alastair Fothergill. Scenariusz: Alastair Fothergill, David Attenborough, Gary Parker. Muzyka: Steven Price . Produkcja: Wielka Brytania 2019, 480 min.