Wydanie bieżące

1 maja 9 (369) / 2019

Michał Misztal,

NA PRZEKÓR OCZEKIWANIOM (INVINCIBLE. NIEZWYCIĘŻONY - WYDANIE ZBIORCZE. TOM 1-3)

A A A
„Invincible” to seria, na której publikację w naszym kraju czekałem przez długie lata, nie mogąc się nadziwić, że nikt nie chce wydać u nas tak dobrego komiksu. Był to cykl, który mógł dla mnie ciągnąć się w nieskończoność (w przeciwieństwie do innych tytułów Roberta Kirkmana, jak choćby zaliczających wzloty i upadki „Żywych trupów”), ale niestety miał swój finał w zeszycie #144. Mniej więcej w tym samym czasie zapowiedziano, że Mark Grayson, jego protagonista, wreszcie przemówi do nas po polsku – była to dla mnie jedna z lepszych komiksowych wiadomości, nawet nie roku, a całego życia.

Seria rozpoczyna się dość niewinnie: wspomniany już Mark jest synem Omni-Mana, słynnego na całej Ziemi superbohatera z (niosącej pokój we wszechświecie) planety Viltrum. Od wczesnego dzieciństwa wie, że prędzej czy później i on zyska zdolności takie jak nadludzka siła czy umiejętność latania. Dochodzi do tego, gdy Mark jest w liceum: oprócz nauki oraz pracy ma teraz dodatkowe zajęcie, a mianowicie walkę z wszelkiej maści złoczyńcami oraz sprawdzanie, na co dokładnie go stać. Tymczasem w okolicy zaczynają znikać młodzi ludzie…

To dopiero początek tej serii, zresztą początek dość zwodniczy. „Invincible” przedstawia się nam jako prosta, nierzadko humorystyczna historia o ludziach w kolorowych strojach, wręcz pastisz komiksów superbohaterskich, ze wszystkimi niezbędnymi etapami zostawania herosem w pelerynie: mamy motyw poznawania swoich zdolności, odwiedziny u krawca zajmującego się szyciem kostiumów dla trykociarzy, są szkolne dramaty i dość prosta, niemniej bardzo sympatyczna kreska Cory’ego Walkera. Od pierwszych stron czyta się to świetnie, ale przygotujcie się na to, że im dalej, tym poważniej (aczkolwiek nie bez licznych wątków pisanych z przymrużeniem oka), zaś całość rozrośnie się do czegoś o wręcz kosmicznych rozmiarach. W „Niezwyciężonym” mamy do czynienia z konsekwentnym budowaniem świata i postaci, gdzie wszystko ma znaczenie i zazwyczaj jeśli coś pojawi się w serii choćby na chwilę, prędzej czy później wróci jak bumerang.



Siłą cyklu Kirkmana są także zwroty akcji. Komiksy z tego samego gatunku bardzo często reklamują wielkie wydarzenia w ramach danego tytułu obietnicą, że „po lekturze nic już nie będzie tako samo”, ale zazwyczaj nie ma to wiele wspólnego z prawdą. Umarli ożywają, zapowiedziane trzęsienia ziemi nie niosą ze sobą wielkich konsekwencji, a w razie czego zawsze można zrobić „reset uniwersum”.

Nie w tym komiksie. A nawet jeśli, Kirkman nie zważa na oczekiwania odbiorców.

Tutaj zwroty akcji naprawdę mają znaczenie, zresztą pierwszy z nich uderza dość mocno już w albumie otwierającym serię, a po przeczytaniu trzeciego wydania zbiorczego czytelnik powinien już wiedzieć, że tego typu zabiegi absolutnie nie są tu rzadkością. Jeszcze zobaczycie, że wraz z kolejnymi odsłonami cyklu co chwilę będziecie łapać się za głowę, myśląc, że jakieś wydarzenie wywróciło cały świat „Niezwyciężonego” do góry nogami – tylko po to, by wkrótce stało się to znowu. A potem znowu.

Przypomina to trochę wspaniałe początki „Savage Dragona” (wydaje mi się zresztą, że gdyby taki, a nie inny kształt serii Erika Larsena, również wydawany przez Image „Invincible” nie byłby tym samym komiksem), z tą różnicą, że jest zrobione lepiej, a poza tym Kirkman trzyma formę aż do samego końca, nie zaliczając rażących wpadek, nie nudząc i nie tracąc zainteresowania czytelnika. Jeśli chodzi o tytuły superbohaterskie, ale nie te, które zajmują się dekonstrukcją gatunku (jak słynni „Strażnicy” Alana Moore’a), „Niezwyciężony” to naprawdę jedna z najlepszych opowieści obrazkowych, jakie znajdziecie na polskim rynku. To niby „tylko” czysta rozrywka, ale na niesamowitym poziomie, stawiającym jedno z lepszych dzieł Kirkmana zdecydowanie powyżej zaledwie dobrych czytadeł.



Na razie dostaliśmy stosunkowo niewiele (35 zeszytów), ale z Graysonem i jego bliskimi działo się już tyle, że do serii raczej nie trzeba będzie przekonywać większości tych, którzy zdążyli przeczytać wszystkie dostępne u nas wydania zbiorcze. Zaskakujące i dobrze zrealizowane pomysły, piękne wprowadzenie w serię (tom pierwszy); lekka, jednak celowa stagnacja – bo scenarzysta rozstawiał pionki na planszy, by zaatakować nieco później (tom drugi) – oraz więcej konkretów i zaskakujących rzeczy, z których część została zapowiedziana przez wcześniejsze wydarzenia (tom trzeci). Jak już wspominałem, w „Invincible” znaczenie ma w zasadzie wszystko, a czytelnik będzie wielokrotnie zaskakiwany tym, jak zręcznie scenarzysta potrafi wrócić do czegoś, co za pierwszym razem nie wyglądało na szczególnie istotny wątek.

Seria dość szybko zaliczyła zmianę rysownika z Cory’ego Walkera (posługującego się dość prostym, ale ciekawym i pasującym do początkowej atmosfery komiksu stylem) na Ryana Ottleya. Pamiętam, że kiedyś byłem przeciwny temu zabiegowi, obawiając się, że Ottley „to już nie to samo”. Na szczęście nowy ilustrator dość szybko wyprowadził mnie z błędu. Walker jeszcze czasem wróci (jednak nigdy na dłużej), ale to właśnie Ottley będzie odpowiadał za warstwę graficzną tego tytułu aż do jego końca. I bardzo dobrze, bo, wbrew moim wątpliwościom, okazał się właściwą osobą na właściwym miejscu, potrafiącą pokazać zarówno te bardziej humorystyczne momenty, jak i niezwykle brutalne walki oraz kosmiczne bitwy.

Zachwycam się „Niezwyciężonym”, bo naprawdę jest czym. Co więcej, czytam cykl Kirkmana po raz kolejny, doskonale wiedząc, co będzie dalej – kto przeżyje, kto zginie, który z tych dobrych okaże się złoczyńcą, a który będzie chciał naprawiać świat, dążąc do celu po trupach. I zupełnie nie odbiera mi to przyjemności płynącej z czytania polskiego przekładu. Bo niniejszą serię uważam za lekturą obowiązkową i od lat polecam ją, komu tylko mogę.
Robert Kirkman, Cory Walker, Ryan Ottley: „Invincible. Niezwyciężony – wydanie zbiorcze. Tom 1-3 („Invincible: The Ultimate Collection”). Tłumaczenie: Agata Cieślak. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2018-2019.