Wydanie bieżące

15 maja 10 (370) / 2019

Paweł Tomczok,

MODERNIZACYJNE ALTERNATYWY (ANDRZEJ CHWALBA, WOJCIECH HARPULA: 'ZWROTNICE DZIEJÓW')

A A A
Historie alternatywne w ostatnich latach cieszyły się sporą popularnością. Dzięki wydawanej od 2009 roku przez Narodowej Centrum Kultury serii Zwrotnice czasu ukazało się kilkanaście powieści przedstawiających kontrfaktyczne zdarzenia z historii Polski. Gorące dyskusje wywołała też książką Piotra Zychowicza „Pakt Ribbentrop-Beck”, oparta na argumentacji o korzyściach, jakie II Rzeczpospolita mogła odnieść z przyjęcia propozycji Hitlera w 1939 roku. Obfitość utworów literackich, a także temperatura sporów publicystycznych, toczonych raczej na łamach prasy popularyzującej wiedzę o przeszłości, kontrastuje z dużo mniejszym zainteresowaniem historiami alternatywnymi ze strony profesjonalnych historyków, jakby wykroczenie poza potwierdzone w źródłach fakty i spekulacja na temat alternatywnych możliwości wciąż były czymś kontrowersyjnym. Z tego powodu historie kontrfaktyczne w polskich publikacjach rzadko przyjmują postać artykułów naukowych czy pełnych monografii, a zwykle wybierają formy swobodniejsze, takie jak esej czy dyskusja. Książka Andrzeja Chwalby i Wojciecha Harpuli „Zwrotnice dziejów. Alternatywne historie Polski” składa się z siedmiu rozmów pomiędzy autorem wielu kanonicznych książek o historii XIX i XX wieku a dziennikarzem i publicystą.

Polski dyskurs historii alternatywnych zdominowany zdaje się zatem przez pisarzy czy publicystów dość swobodnie obchodzących się z realnymi możliwościami dziejów, a za to często pozwalającymi sobie na wyrażanie w opowieściach kontrfaktycznych różnych afektów: od nadziei na imperialną Polskę, która mogłaby powstać dzięki kilku decyzjom albo szczęśliwym wydarzeniom, aż po gorycz wielkich klęsk, które doprowadziłyby do zniknięcia Polski i Polaków. Co ciekawe, w ramach samej konwencji historii alternatywnych pisarzom udaje się nawet toczyć literackie polemiki – część historii alternatywnych (takie jak choćby książki Ziemowita Szczerka „Polska zwycięska” czy Piotra Bojarskiego „Kryptonim POSEN” są krytyką fantazji o polskim zwycięstwie dzięki sojuszowi z III Rzeszą, jakie znaleźć można choćby w „Wallenrodzie” Marcina Wolskiego).

Książka Chwalby i Harpuli z jednej strony bardzo mocno sytuuje się w tym dyskursie, a z drugiej chce się od niego odciąć. Już tytuł umieszcza omawianą publikację w intertekstualnej relacji do wydawanej przez NCK serii. Podmiana „czasu” na „dzieje” może jednak chyba sugerować, że będziemy mieć do czynienia głównie z oficjalną, dobrze osadzoną w faktografii historią, a nie z indywidualnymi czy fikcyjnymi czasami, jakie dominują w narracjach literackich. Uwagę przyciąga jednak pozostawienie pierwszej części metafory – kolejowej: zwrotnice to miejsca, gdzie tor kolejowy może się rozdwoić, gdzie można przestawić historię, by potoczyła się inną ścieżką. Kolejowe metafory historii mają oczywiście swoją semantykę – o ile jednak różne lokomotywy historii powinny przyspieszać przemianę świata, która dokonywać się miała w rewolucyjnym tempie, to przestawianie zwrotnic nie tyle chce zmieniać tempo jednolitego procesu historycznego, co raczej rozgałęziać go w różnych kierunkach. W pierwszym przypadku lokomotywy historii prowadzą zatem po prostej linii historycznego postępu, zaś w drugim dochodzi do powstania jakiegoś historycznego kłącza różnych alternatyw, które nachodzą na siebie.

W „Zwrotnicach dziejów” ta kłączowa struktura ujawni się w powracaniu podobnych motywów i tematów. Kontynuacje kolejnych momentów zwrotnych nakładać się będą bowiem na siebie, tworząc w sumie dość jednolitą wizję pożądanej historii Polski.

By jakoś zapanować na tymi kłączami alternatyw, Wojciech Harpula we wstępie deklaruje przyjęcie dość ważnych ograniczeń. Chce uprawiać historię kontrfaktyczną „zgodnie z warsztatem naukowym, opierając się na źródłach i rezultatach prac badawczych specjalistów” (s. 6), a dalej – w nawiązaniu do znanej pracy Alexandra Demandta „Historia niebyła” – deklaruje, że „Nie należy powoływać do życia fikcji, lecz operować postaciami, zdarzeniami i procesami historycznymi wedle ustalonych i akceptowalnych naukowo reguł (…)” (s. 8). Deklarowana naukowa ostrożność przekłada się na styl całej książki – dużo w niej dokładnej analizy sytuacji historycznej, z której dopiero wyprowadzane są historyczne alternatywy, a naprawdę niewiele swobodnej spekulacji czy tworzenia historycznych fikcji.

„Zwrotnice dziejów” składają się z siedmiu rozdziałów omawiających siedem wydarzeń z historii Polski, które mogłyby potoczyć się inaczej. Pierwsze wydarzenie kontrfaktyczne zapobiega podziałowi dzielnicowemu: „Bolesław Krzywousty nie dzieli państwa między synów. Piastowie podbijają Prusy, Konrad Mazowiecki nie sprowadza Krzyżaków”. Już ta pierwsza historia w dość wyraźny sposób zarysowuje charakter alternatyw, jakie zaproponują autorzy – będą to alternatywy pozytywne, zakładające, że Polska wzmacnia się, przyłącza nowe terytoria, szczególnie dające dostęp do morza i szlaków handlowych, a także rozwija się gospodarczo i społecznie, dzięki silnemu mieszczaństwu. Ważnym elementem kolejnych rozdziałów będzie także zapobieżenie niebezpieczeństwu ze strony niemieckich Prus.

Drugi rozdział skupia się na wydarzeniach po śmierci Kazimierza III Wielkiego i rozważa możliwość ominięcia unii z Litwą dzięki wyborowi piastowskiego króla Ziemowita I. Tu kluczowym elementem pozytywnym jest uniknięcie przyszłych konfliktów, tym razem z Rosją, od której oddzielać Polskę miałoby państwo litewskie. Kolejne cztery rozdziały osadzone zostały w XVI wieku. W rozdziale trzecim Zygmunt Stary zamiast przyjęcia hołdu pruskiego i zgody na utworzenie świeckiego państwa Hohenzollernów wybiera wchłonięcie wrogiego państwa, a tym samym zapobiega powstaniu państwa pruskiego, które stanie się dla Polski śmiertelnym zagrożeniem. W rozdziale czwartym przedmiotem rozważań jest powołanie w 1555 roku polskiego kościoła narodowego, dzięki któremu wzmocnić miałoby się państwo polskie, szczególnie jego edukacja i kultura. Kolejny rozdział ukazuje Jana Zamoyskiego jako następcę Stefana Batorego na polskim tronie. Zaś szósty rozdział przedstawia do tej możliwości jeszcze inną alternatywę – królem zostaje jeden z Habsburgów, a Polska i Litwa stają się częścią „Habsburskiej Unii Europejskiej”. Wreszcie ostatni rozdział to brawurowa argumentacja przeciwko Konstytucji 3 maja, którą autorzy uznają za bezpośrednią przyczynę drugiego i trzeciego rozbioru. Rezygnacja z tej zbyt daleko posuniętej reformy pozwoliłaby wciąż dużemu państwu przetrwać najbardziej niekorzystną sytuację międzynarodową, by po kilku latach mogło ono odnaleźć się w nowej postaci jako kluczowy sojusznik Napoleona, tym razem walczący o pełną suwerenność.

Autorzy książki koncentrują się zatem przede wszystkim na decyzjach politycznych, których można było uniknąć. Budują zatem często alternatywy wobec zdarzeń rzeczywistych, ale faktycznie mało prawdopodobnych – trudno dostrzec bowiem jakąś konieczność historyczną w testamencie Bolesława Krzywoustego czy w gorączce reformatorskiej przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XVIII wieku. Bardziej prawdopodobne było, że do tych wydarzeń nie dojdzie, że dzieje potoczą się tak jak zwykle. Podobnie wysoki stopień przypadkowości dotyczy wyboru monarchów pod koniec XVI wieku – równie dobrze mogli zostać wybrani inni królowie, których rządy umieściłyby Rzeczpospolitą w zupełnie innych sojuszach międzynarodowych. Chwalba i Harpula wybierają zatem wydarzenia, które właściwie powinny potoczyć się inaczej, wydarzenia prawie niemożliwe, które jednak okazały się faktyczne.

Już czasowy rozkład tytułowych zwrotnic wiele mówi o spojrzeniu autorów na historię Polski. Rezygnacja z alternatyw dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych sugeruje, że w tym okresie nie było już dla Polaków żadnych alternatyw, że wszystko, co najważniejsze, rozstrzygnęło się znacznie wcześniej. Wszystkie siedem alternatyw zmierza bowiem w jedną stronę – ma powstać mocne, jednolite państwo, skupione raczej na ziemiach etnicznie polskich, walczące o dostęp do morza, które daje szansę na rozbudowę szlaków handlowych. W tych alternatywach dominuje zatem marzenie o Polsce, która byłaby choćby trochę bardziej nowoczesna albo mniej peryferyjna i zacofana niż w rzeczywistości; marzenie o Polsce z silnym mieszczaństwem, a także z mocniejszą pozycją średniej szlachty oraz ze zdecydowanie słabszymi magnaterią i kościołem katolickim. Takie alternatywy pojawiają się właściwie w każdej rozmowie. Jeszcze w średniowieczu dostęp do Bałtyku miał wzmocnić mieszczaństwo i sprawić, że „szlachta nie odgrodziłaby się od społeczeństwa murem przywilejów” (s. 113). Wizja kościoła narodowego prowokuje zaś Harpulę do rozważań o kapitalizmie weberowskim, co prawda zakwestionowanych przez Chwalbę. Wreszcie, zapoczątkowane przez sejm z 1788 roku reformy mogłyby – gdyby nie doszło do rozbiorów – doprowadzić do szybszego rozwoju gospodarki kapitalistycznej (zob. s. 288), choć oczywiście drogą ewolucyjnych reform (zob. s. 311).

Chyba jeszcze ważniejsze niż fantazjowanie o mieszczaństwie i kapitalizmie okazuje się inne zapełnienie polskiego braku – w miejsce zdominowanej przez magnaterię, a także coraz silniejszych sąsiadów, monarchii elekcyjnej w różnych rozmowach wkracza bowiem silne państwo, zdolne do prowadzenia mądrej polityki gospodarczej i międzynarodowej. Przykładem takiego rozwiązania miałby być Jan Zamoyski, król gospodarz imitujący model wzrostu krajów zachodnich, głoszący postulat wspierania rodzimego przemysłu i rzemiosła (zob. s. 222). W tej alternatywie „Zamoyski na tronie to sprawniejsza władza centralna, zasobniejszy skarb i silniejsza armia” (s. 234).

Kolejnym powracającym – nawet w rozdziale o podziale dzielnicowym – tematem jest możliwość uniknięcia rozbiorów. Nie tylko dzięki wzmocnieniu własnego państwa, ale także dzięki polityce międzynarodowej, w której przyczyną wielu klęsk była „nasza nieudolność” (s. 129). A zatem już w głębokim średniowieczu dałoby się uniknąć sprowadzenia Zakonu Krzyżowego, a jeżeli już to się stało, to należało wykorzystać liczne okazje do wcielenia Prus Książęcych do Polski. Zaborów pozwoliłoby także uniknąć wybranie króla Habsburga, gdyż przynależność do dynastycznego imperium gwarantowałaby lepszą ochronę terytorium Rzeczpospolitej.

Właściwie rozważane przez autorów alternatywy powinny się skończyć się na przełomie XVI i XVII wieku, gdyż już druga połowa XVII wieku oznaczała przetrącenie kręgosłupa Rzeczpospolitej Obojga Narodów (zob. s. 250). Autorzy dodają jednak jeszcze ostatni rozdział, będący fantazją o ratowaniu państwa już poddanego pierwszemu rozbiorowi. Uważają, że należało przeprowadzać takie reformy, na jakie godziła się Katarzyna II, i wykorzystać pozycję rosyjskiego protektoratu (zob. s. 305), by wzmocnić państwo, a przede wszystkim armię. Chwalba zauważa, że „ostatecznie Polskę uśmierciła nie anarchia, ale gorączka reformatorska” (s. 275), a Konstytucja była kamieniem, który spowodował lawinę. Przeforsowanie konstytucji i wiara, że akt prawny odmieni położenie kraju, miały być właśnie gorączką i oświeceniowym złudzeniem, zaś „samoograniczenie reformatorskie mogło ocalić Rzeczpospolitą” (s. 285). Taki umiarkowany wariant oświecenia i modernizacji pozwoliłby trwać Rzeczpospolitej jeszcze kilka lat, by doczekać śmierci carycy oraz wojen napoleońskich, w których brałby udział ogromny wschodni sojusznik, zdolny jednak do porzucenia Napoleona w odpowiednim momencie (zob. s. 326).

Wszystkie siedem rozmów prezentuje zatem dość podobny scenariusz. Nawet jeden z rozmówców stwierdza, że „tę sekwencję już znamy” (s. 268). Ta powtarzalność wątków nie jest jednak spowodowana jakimś ograniczeniem wyobraźni autorów. Raczej wynika z dość ważnego dążenia – punkt dojścia tych wszystkich narracji stanowi bowiem czas późniejszy, zmarnowany (zob. s. 65) czy stracony (zob. s. 333) wiek XIX. Utrzymanie własnego państwa, wzmocnienie go, a także stworzenie społeczeństwa z silną klasą średnią, zarówno mieszczańską, jak i szlachecką, wprowadziłoby Rzeczpospolitą w XIX wiek jako kraj, który dysponowałby pewnymi szansami rozwoju i modernizacji. Choć nawet przy tych optymistycznych założeniach Rzeczpospolita znalazłaby się w tyle za Zachodem (zob. s. 337). Trochę szkoda, że autorzy nie rozwijają tematu peryferyjności i zacofania – może lepiej wtedy można by dostrzec, w jakim stopniu historyczne alternatywy Rzeczpospolitej były ograniczone choćby przez kształtujący się podział na centralne ośrodki gospodarczego systemu i tereny peryferyjne. Ta słabsza obecność wątków gospodarczych i społecznych sprawia, że nie pojawia się właściwie temat chłopów, pańszczyzny, konfliktów klasowych. Właściwie narracja dotyczy głównie polityki, w znacznej części polityki międzynarodowej. Często zatem mówi się o dominującej roli Rzeczpospolitej, nawet o jej ekspansji i koloniach, a także o konfliktach etnicznych, które mogłyby wstrząsnąć wielkim państwem wraz z powstaniem nowoczesnych nacjonalizmów, ale brakuje miejsca na rozważenie różnych antagonizmów klasowych. Nie pojawia się zatem nie tylko kwestia chłopska i robotnicza, ale też nie ma nawet jakiegoś zarysu, jak mogłaby wyglądać burżuazja, gdyby nie doszło do rozbiorów. A przecież można sobie wyobrazić, że nawet ewolucyjna modernizacja musiałaby doprowadzić do ujawnienia się różnych antagonizmów klasowych – i być może rewolucja październikowa przesunęłaby się o jakieś tysiąc kilometrów na zachód, gdyż to właśnie wielkim peryferyjnym państwem najmocniej targałyby konflikty między silną burżuazją, kapitałem międzynarodowym a rosnącą klasą robotniczą, zapewne też mocno podzieloną narodowo.

Także wizja mieszczaństwa wydaje się w różnych narracjach alternatywnych kluczowa. Już od początku XIX wieku stawiano diagnozy „O upadku przemysłu i miast w Polsce”, pod koniec wieku wielkie pretensje o brak mieszczaństwa i zastąpienie go „surogatem” zgłosił autor „Myśli nowoczesnego Polaka”. Tym surogatem u Romana Dmowskiego byli oczywiście Żydzi, którzy w książce Chwalby i Harpuli właściwie się nie pojawiają (poza wyliczeniem etnicznych grup Zamościa). Nawet gdy wymienia się grupy, które miałyby przeciwstawiać się polonizacji, to miejsca starcza tylko dla Ukraińców, Białorusinów, Litwinów i Łotyszy (zob. s. 338). Co stałoby się z żydowskim mieszczaństwem według autorów „Zwrotnic dziejów”? Trudno powiedzieć.

W krytycznym podejściu do historii Polski mieszczaństwo ma dość oczywisty status – narzeka się na jego słabość, a właściwie brak i łatwo wymienia skutki tego braku: słabą sferę publiczną, opóźnienie kapitalizmu, niższe wykształcenie i kulturę. W miejsce tego braku łatwo wprowadzić dowolny obraz, gdyż nieobecność historycznego mieszczaństwa oznacza, że imaginowanej grupie można przypisać dość dowolne cechy. Mieszczaństwo może być zatem zarówno liberalne, jak i narodowe, zarówno pragmatyczne, jak też idealistyczne. Dlatego właśnie staje się wygodnym ideologemem, na którym mogą się oprzeć różne programy polityczne: zarówno liberalne i postępowe, jak też raczej konserwatywne i nacjonalistyczne.

Od dawno wiadomo, że historiografia wikła się w ideologię na wielu poziomach: już poprzez wybór przedmiotu badań i narracji historycznej, uznanie pewnych elementów przeszłości za godne zainteresowania badacza, a innych za marginalne. Ideologie jednak jeszcze mocniej ujawniają się z historiach alternatywnych – gdy próbujemy wyobrazić sobie inne, obojętnie czy pozytywne, czy negatywne wizje historii, znacznie silniej musimy wyjawić własne nadzieje i obawy. Autorzy „Zwrotnic dziejów” prezentują wizję umiarkowanie liberalną – w której dzięki pragmatyzmowi i ostrożności udaje się zachować własne, najlepiej silne, państwo będące gwarantem rozwoju gospodarczego i społecznego. Katastrofy rozbiorów dałoby się zatem uniknąć dzięki odpowiednim decyzjom politycznym. Polacy nie mają żadnego genu anarchizmu ani nieufności do państwa (zob. 325), a te przypadłości powstały wskutek peryferyjnej modernizacji w warunkach zaborów. Założenie o kluczowym znaczeniu wyborów politycznych spycha na dalszy plan inne przyczyny polskiego zacofania i peryferyjności. Globalnym kontekstem polskiej historii nowożytnej jest przecież powstanie nowych centrów gospodarczych i nowych obszarów peryferyjności. Autorzy właściwie ten wątek ograniczają do kontrfaktycznej postaci Jana Zamoyskiego, który przeprowadziłby reformy gospodarcze wzmacniające krajowy przemysł, by Polska przestała być tylko eksporterem nisko przetworzonych towarów.

Historie alternatywne i kontrfaktyczne, nie tylko w polskim przypadku, koncentrują się dość często na historii politycznej i militarnej, a lekceważą historię gospodarczą i społeczną. Te dwie ostatnie dziedziny historiografii być może są trudniejsze do opracowania kontrfaktycznego, gdyż opisują długotrwałe struktury, które trudno opracować w inny sposób – znacznie łatwiej pomyśleć alternatywę w przypadku zdarzeń politycznych czy wielkich bitew. Ale ta preferencja ma także konsekwencje ideologiczne – świat alternatyw politycznych pozostawia bowiem zwykle tę samą rzeczywistość społeczną, te same podziały na biednych i bogatych, a dotyczy raczej dystrybucji uprzywilejowania pomiędzy grupami i tak już dominującymi. Wyjście od alternatyw społecznych stworzyłoby szansę na lewicową historię kontrfaktyczną, snującą wizje oparte na przeszłych nadziejach, które się nie spełniły albo przemieniły się w wielkie rozczarowania. Ale te dawne iskry nadziei dawałyby obrazy wyzwolenia od wiecznego powrotu wyzysku i przemocy. W przeciwieństwie do tych utopijnych wizji zarówno liberalne, jak i konserwatywne czy nacjonalistyczne alternatywy zakładają tylko ograniczone zmiany, dzięki którym lepsze warianty dziejów to tylko hegemonia własnych elit albo imitacja zachodniej modernizacji. Napięcie między tymi różnymi wersjami kontrfaktyczności sygnalizuje, że właśnie w tych pozornie dowolnych spekulacjach toczy się dyskusja o charakterze ideologicznym, w której dochodzą do głosu zupełnie aktualne problemy.
Andrzej Chwalba, Wojciech Harpula: „Zwrotnice dziejów. Alternatywne historie Polski”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2019.