Wydanie bieżące

15 maja 10 (370) / 2019

Filip Jałowiecki,

TEATR W WERSJI OFF (TOPOFFFESTIVAL - III EDYCJA)

A A A
TopOFF pojawia się w moim kalendarzu teatralnych wydarzeń zawsze trochę znienacka. Jest jak budynek Teatru Małego w Tychach, który gości festiwalowe spektakle. Zmierzając od strony dworca PKP, podążamy dwadzieścia minut wzdłuż niekończącego się pasma zieleni, by nagle z zaskoczeniem odkryć, że znajdujemy się pod teatrem. Ta wszechobecna zieleń wprowadza oddech w miasto i zgrabnie koresponduje z formą TopOFFu – nienachalną i wyciszoną, skupioną na pokazywaniu tego, co w ostatnim czasie najciekawsze w polskim teatralnym offie.

W tym roku przed rozpoczęciem części konkursowej widzowie zostali powitani w teatralnym holu. Na szczęście nie zdecydowano się na oficjalne otwarcie ze sceny, dzięki czemu nie tylko udało się zmniejszyć dystans między organizatorami a uczestnikami, ale także dano chwilę oddechu przed pierwszym skokiem – na dość głęboką wodę, czyli w spektakl „Gęstość zaludnienia. Historia wybuchu”. Już dokumentacyjne plansze, które pojawiły się na początku przedstawienia, sugerowały ujęcie tematu z dużą powagą. Spektakl Teatru Kana nie ograniczył się jednak do opowiedzenia w faktograficzny sposób o konsekwencjach czarnobylskiej katastrofy – znacznie silniejszy akcent został położny na bezradność jednostki i społeczności wobec zaistniałej, tragicznej sytuacji.

Podczas spektaklu postaci na scenie rzadko wchodzą ze sobą w interakcję. Ich osamotnienie widoczne jest w geście, monologach, jak również w regularnie powtarzanych przerywnikach tanecznych. Przy każdym wybuchu żywej, ukraińskiej piosenki aktorzy zrywają się ze swoich miejsc, by z zaciętymi minami wykonać skomplikowaną, absurdalnie intensywną choreografię. To właśnie ten zabieg wydaje się kluczem do powodzenia przedstawienia. „Odchudza” go z patosu i równocześnie trzyma w ryzach jego tempo.

Przerywana sekwencją taneczną fabuła rozwija się powoli, ale zmierza konsekwentnie w coraz bardziej drastyczne rejony – trochę podobnie do odtworzonego w trakcie przedstawienia nagrania wzbierającej powodzi. Niema, powolna scena pakowania domowych sprzętów, którą oglądamy na początku spektaklu, skontrastowana zostaje z końcowymi obrazami, kiedy widz jest zewsząd atakowany szybko podawanymi monologami opisującymi śmierć, choroby i deformacje ciał, które dotykają mieszkańców Czarnobyla. Dezorientacja i wycieńczenie postaci splatają się z fizycznym wyczerpaniem aktorów, tworząc autentyczną i działającą na emocje całość. W finale odtworzone zostają wypowiedzi współczesnych widzom osób. W zestawieniu z opowiedzianą właśnie tragiczną historią brzmią one dość egoistyczne i naiwne (np. „Gdyby przyszła wojna? Uciekałbym”).

Drugi spektakl zaprezentowany pierwszego dnia festiwalu, „Jak być kochaną”, rozgrywał się na tle katastrofy zupełnie innego rodzaju – drugiej wojny światowej. Sceniczna adaptacja opowiadania Kazimierza Brandysa nie miała na celu rywalizacji z filmem Wojciecha Jerzego Hasa – raczej w zachowawczy sposób odtwarzała oryginalny tekst. Z czterech spektakli, które miałem możliwość obejrzeć w ciągu dwóch kolejnych dni, przedstawienie „Jak być kochaną” było zrealizowane w najbardziej klasyczny sposób. Życiorys głównej bohaterki poznajemy w kolejnych retrospekcjach, którymi dzieli się ona ze swoim współpasażerem w trakcie lotu do Paryża. Poukładaną ścieżkę jej artystycznej kariery (wkrótce miała grać rolę Ofelii) przerywa wojna, a życie niszczy nieszczęśliwa miłość do teatralnego kolegi.

Niestety adaptacji scenicznej brakowało tego, co reprezentuje sobą najczęściej powtarzane w scenariuszu słowo – tembru. Chociaż aktorsko było bardzo dobrze, a reżyseria wypadła poprawnie, to całości zabrakło jakiegoś indywidualnego śladu, który nadbudowywałby dodatkową wartość nad znakomitym tekstem Brandysa. Zastanawiające jest również to, dlaczego reżyser nie zdecydował się na monodram. Pojawiające się tu dwie role męskie są w dużej mierze pomocnicze i wydaje się, że Katarzyna Galica bez problemu byłaby w stanie udźwignąć przedstawienie samodzielnie.

Dzień drugi festiwalu zaproponował znacznie bardziej różnorodne w formie spektakle. Rozpoczął go „Krym” – nieco punkowa w klimacie refleksja o osobistych przeżyciach, związanych z aneksją części ojczystego kraju. Gdzie w ogóle leży Krym? A gdzie Ukraina? Wyświetlone na ekranie dwie rozmowy prowadzone na czacie tworzą ramę spektaklu, wyznaczając dwa podstawowe punkty widzenia na kwestię przynależności półwyspu – obojętną, zachodnią (rozmowa po angielsku) oraz wschodnią, w pełni przechylną aneksji (karkołomne tłumaczenie cyrylicy w wykonaniu Google Translatora). Gdzieś pomiędzy dwiema potęgami znajduje się parę mało istotnych krajów, a gdzieś pomiędzy wielkimi dyskursami, opiniami i półprawdami – dwie dziewczyny ze swoim punktem widzenia, ubranym w sceniczną formę.

W „Krymie” urzeka przede wszystkim szczerość, z jaką twórczynie (Vera Popowa i Gosia Trajkowska) podchodzą do swoich emocji. Ten spektakl powstał z gniewu i frustracji, równocześnie jednak sarkastyczna szpila wymierzona w imperialistyczne zapędy Rosji nie wymyka się scenicznemu duetowi ani na chwilę z rąk. Scenograficzna asceza – ograniczająca się do dmuchanego basenu i ekranu, na którym wyświetlane są wizualizacje – daje pole do popisu osobowościom Very i Gosi.

To właśnie ich energia i w jakimś sensie „dziewczęca” witalność leży u podstaw wypracowanego języka scenicznego. Aktorki zabierają nas w dziką podróż przez kolejne europejskie miasta i wspomnienia o nich, nie boją się przy tym sięgać po naiwność czy żenadę. Stand up, żart, song, filmik z wakacji – mnogość elementów składa się na wyrazisty głos, w żadnym z momentów nie popadający w przesadę. Gdy w finale spektaklu widzów ogłusza Szostakowicz, a w odpowiedzi na pytanie „Kiedy pani wróci na Krym?” na ekranie pojawia się wielki napis „NIGDY”, można poczuć, że przed chwilą wydarzyło się coś ważnego. Coś, co absolutnie nie zmieni obecnej sytuacji politycznej, ale może ułatwi uporządkowanie pewnych emocji.

„Malina”, spektakl/performans prezentowany tego samego dnia, również wychodzi od osobistej perspektywy twórczyń – po to, by zmierzyć się z narzuconymi patriarchalnymi strukturami społecznymi. Trzy performerki z doczepionymi długimi brodami wschodnich mędrców zapraszają nas do swojej świątyni Różowego Niewidzialnego Jednorożca. Jak sama nazwa wskazuje, zwierzęcy symbol jest równocześnie różowy i niewidzialny – w obie zaś rzeczy, podobnie jak w obecność jednorożca w wyścielanej różowym pluszem świątyni, należy po prostu uwierzyć. Użycie rozpoznawalnego symbolu ateistów nie jest jednak tutaj wymierzone bezpośrednio w religię, ale raczej zachęca do kwestionowania niedostrzeganych na co dzień, krzywdzących założeń, na których wsparty jest nasz porządek społeczny.

W spektaklu feministyczny dyskurs wykorzystuje elementy wschodniego spirytualizmu do stworzenia podwalin pod autorski system jogi, na który składa się kilka asanów oraz – przede wszystkim – zdystansowane i ironiczne podejście do męskiej opresji, zarówno tej jednostkowej, jak i tej o społecznym wymiarze. W kulminacyjnym momencie spektaklu widzowie zostają zaproszeni do współuczestniczenia we wspólnej medytacji, dla której punktem wyjścia jest kobiece ciało. Rozpoczyna się ona od położenia dłoni w okolicach swojej pochwy – jeżeli ktoś akurat jej fizycznie nie posiada, ma prawo wyboru do położenia dłoni w miejscu, w którym czułby się z nią najlepiej. W ten prosty sposób obecni na sali mężczyźni mogą choć na chwilę przyjąć kobiecy punkt widzenia. Podczas tyskiej prezentacji spektaklu było nas zaledwie kilku, ale być może w tamtym momencie udało nam się przyczynić do wytworzenia większej ilości „śluzu rozmiękczającego patriarchat”.

Każdy z czterech spektakli pokazanych podczas dwóch pierwszych dni konkursowych festiwalu prezentował zupełnie inny rodzaj teatru, poszukujący indywidualnego języka do opowiedzenia o poruszanym problemie. Jeżeli coś się zdecydowanie TopOFFowi udało, to była to właśnie różnorodność programowa. Na koniec wypada jednak zaznaczyć, że tyski festiwal niestety dość skutecznie ukrywa swoje istnienie. Strona internetowa festiwalu znajduje się na drugim miejscu od końca w wynikach wyszukiwarki, a poza jedynym, fejsbukowym fanpagem, próżno szukać jakiejkolwiek zorganizowanej promocji. Pustki w teatralnym holu sprzyjają wytworzeniu prawdziwie offowej atmosfery, ale Tychy oraz TopOFFFestival mają z pewnością dużo większy, a obecnie niewykorzystany potencjał.
III Ogólnopolski Festiwal TopOFFFestival, Teatr Mały w Tychach: 08-14.04.2019.