Wydanie bieżące

15 maja 10 (370) / 2019

Maciej Mazur,

W POSZUKIWANIU TEGO-KTÓRY-JEST-SOBĄ (ELIO VITTORINI: 'SYCYLIJSKA ROZMOWA')

A A A
Tekst z cyklu: Zapomniane, (nie)odkryte
Dobrych kilka lat temu, zapewne czekając w kolejce do lekarza, sięgnąłem na chybił trafił po jedną z książek, które stały na półce w towarzystwie kilku kolorowych magazynów. Były to eseje Eustachego Rylskiego „Po śniadaniu”. Sprawdziłem spis treści, wybrałem najkrótszy rozdział o zachęcającym tytule: „Mój Iwaszkiewicz” – i zacząłem czytać. Przez Rylskiego, którego nie znałem, zapoznałem się z Iwaszkiewiczem, który wówczas mnie nie zachwycał. Podobna sytuacja była z Elio Vittorinim. Zapewne długo pozostałby on dla mnie nieznany, gdyby nie krótkie zdanie z „Podróży do Włoch”, opisujące jego „Sycylijską rozmowę”: „Conversazione in Sicilia należą do najsmutniejszych książek” (Iwaszkiewicz 1980, s. 227). Bynajmniej nie chodzi tu o smutek, który miałby oznaczać wątpliwą artystycznie rzewność czy jałową sentymentalność. Vittorini, pisząc ją, „zapomniał o słońcu i lazurze” (Iwaszkiewicz 2018, s. 10). Opisał natomiast ubóstwo rdzennych mieszkańców, biedne wnętrza domów, krajobrazy zryte kopalniami siarki oraz ludzi cierpiących na malarię i gruźlicę z nikłą nadzieją na wyzdrowienie. „Sycylijska rozmowa” jest jedną z najważniejszych włoskich powieści XX wieku. Opowiada o podróży bohatera-narratora na mityczną, zatrzymaną w czasie i senną Sycylię: do rodzinnego domu w górach, do matki, (niedawno opuszczonej przez ojca), z którą nie widział się od piętnastu lat.

Atmosfera Sycylii z końcówki lat trzydziestych jest przedziwna. Z jednej strony wyczuwalne jest pewne napięcie polityczne, niepokój: faszyści dochodzą do władzy; z drugiej, co wcale się nie wyklucza, pewien rodzaj senności, ale by tak rzec, senności mechanicznej, takiej, która już zapomniała o sobie samej. Vittorini, tworząc oniryczny klimat, diagnozuje tożsamość Sycylijczyka podobnie jak inni pisarze – przez jego ospałość, skłonność do izolowania się, samotności. Tak pisał o tym Luigi Pirandello: „Prawie wszyscy Sycylijczycy mają instynktowny strach życia; dlatego zamykają się w sobie, oddzieleni od innych, zadowoleni z byle czego, aby tylko zachować bezpieczeństwo. Obojętnie odkrywają kontrasty pomiędzy własną zamkniętą naturą a przyrodą ich otaczającą […]; i każdy z nich robi z siebie wyspę i dławi się sam sobą, ale mało ma z tego pociechy; sam jeden, milkliwie, nie szukając wygód, cierpi swoim cierpieniem, często zrozpaczony” (cyt. za: Iwaszkiewicz 2018, s. 236).

Iwaszkiewicz zupełnie się nie zgadza z tym obrazem. Spójrzmy jednak, jak zostali opisani Sycylijczycy w niewiele późniejszej książce di Lampedusy – w „Lamparcie” (1955-1957): „– Sen, drogi panie Chevalley, sen jest tym, czego chcą Sycylijczycy, i będą zawsze nienawidzić ludzi, którzy zechcą ich zbudzić, choćby nawet po to, by im wręczyć najpiękniejsze dary [...]. Wszystkie przejawy sycylijskiego życia mają w sobie coś ze snu, nawet te najbardziej gwałtowne: nasza zmysłowość jest pragnieniem zapomnienia, nasze strzelaniny i pchnięcia nożem są pragnieniem śmierci, pragnieniem zmysłowego letargu, a więc znowu śmierci, jest nasze lenistwo, nasze napoje ze skorzonery i cynamonu. Nasze zadumanie jest kontemplacją nicości, która chciałaby przeniknąć tajemnice nirwany. Stąd wypływa przewaga nad nami tych, którzy są na wpół rozbudzeni; stąd o wiek spóźnione życie intelektualne i artystyczne Sycylijczyków; nowości pociągają nas dopiero wtedy, gdy obumierają, gdy są już niezdolne do wzniecenia żywotnych prądów” (di Lampedusa 1988, s. 232).

Vittorini łączy te dwa spojrzenia, wpisując się w szerszą tradycję krytyki tego, co roboczo można określić sycylijską tożsamością, uwypukla jednak znaczenie niepokoju i bezsilności, bezcelowości życia, jego pustki, dokonując w tych miejscach krytyki już nie tylko rdzennej, sycylijskiej ludności, ale także kondycji nowoczesnego człowieka – nawiedzanego przez demony z przeszłości – niezakorzenionego emigranta: „Nie miałem już chęci patrzeć w twarz mojej dziewczyny, przewracałem kartki słownika, jedynej książki, jaką jeszcze byłem w stanie czytać, i tylko czułem rosnący we mnie żal, słyszałem go w sobie niby lamentujący głos piszczałki. Chodziłem co rano do pracy (bo byłem z zawodu drukarzem, linotypistą), tkwiłem siedem godzin dziennie przy linotypie, wdychając tłusty, gorący zapach rozgrzanego ołowiu, pod maską chroniącą oczy, a ten lament piszczałki brzmiał wciąż we mnie, przywołując szczury, dużo, dużo szczurów, które nie były właściwie wspomnieniami” (s. 10).

Trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości, że Vittorini opisał tu na dwóch planach: realistycznym – rzeczywistą sytuację bohatera, człowieka zmęczonego monotonią, maszynową nudą, ale także głęboko zaniepokojonego (głos piszczałki – niewymazany znak z przeszłości); i na drugim planie: parabolicznym – problem wojny, ciekawie acz nieobszernie rozwinięty w dalszej części książki. Nasuwa się tu porównanie z I wojną światową: gorący zapach rozgrzanego ołowiu (śrut, naboje), wybuchy, strzały (piszczałka, pisk w uszach), maska (odpowiednik maski gazowej), wreszcie szczury – „wierni towarzysze” – „przyjaciele ciał” z okopów, ale także symbole nowoczesności. W taki sposób włoski pisarz, nawiązując do tragicznego europejskiego doświadczenia, między słowami próbuje wyrazić niepokój, który streszczałby się w pytaniu: czy to wszystko może się jeszcze powtórzyć?

Vittorini określa mentalność Sycylijczyków za pomocą zupełnie innych środków, niż di Lampedusa czy Pirandello. Niemal zawsze opisuje ją nie wprost. Możemy ją uchwycić w obserwacji, jakiej dokonuje sam bohater, rozmowach – zwykle rwących się, prowadzonych bez polotu, kończonych bez konkluzji. Zamiast pisać o głodzie, autor woli wspomnieć, że „Sycylijczyk nigdy nie je rano” (s. 16). Arcydzielny przykład takiego dialogu znajduje się w rozdziale czwartym pt. „Dziecinna żona. Nikt ich nie chce”, w którym nasz bohater, udając podczas rozmowy z ubogim robotnikiem, że mieszka w Nowym Jorku, próbuje zrozumieć położenie nędznego, umorusanego sadownika i jego dziecinnej żony, którzy żywią się prawie wyłącznie pomarańczami, marząc o chlebie i jarzynie, dostępnej powszechnie w utopijnej Ameryce. I tak też Sycylia – kraina pomarańczy, miejsce, gdzie te soczyste owoce skrzą się w leniwym słońcu na suchych południowych stokach tamtejszych gór, odsłania się i pokazuje inne oblicze: rajski płód tych ziem nie może wyżywić ich gospodarzy: orzeźwiające i doskonałe owoce to towar, którego nikt nie chce, „jakby był trujący” (s. 18).

To jest, jak się zdaje, przykład owego smutku, o którym pisze Iwaszkiewicz. U Vittoriniego wielki skarb sycylijskich ziem utożsamiony został z trucizną. Na opisaną sytuację nakładają się oczywiście różnice ekonomiczne między Włochami południowymi a Włochami północnymi – ośrodkiem przemysłowym z silnymi miastami, dokąd migrują ludzie z południa. Do takich migrantów należy też i nasz bohater.

Powieść ta była interpretowana na najróżniejsze sposoby ze względu na swój paraboliczny charakter, lapidarne dialogi i niejasną tożsamość bohaterów. W Polsce o Vittornim pisał Angelo Rella, który w swoim artykule poświęconym „Sycylijskiej rozmowie” przedstawił Jungowską interpretację tej powieści. Kluczową postacią miałaby być w niej matka – Concezione (co oznacza niepokalane poczęcie), która oprowadza syna (wtajemniczenie) po nędznych domach, gdzie robi zastrzyki chorym na suchoty lub malarię, szepcząc im do ucha bezużyteczne słowa wsparcia. Ostatnie kobiety, którym udzielają pomocy, są już zamożniejsze. Matka zachęca syna, by przypatrzył się im dobrze, jak będzie robiła zastrzyki w ich nagie pośladki. Wypytuje syna, czy jej znajome mu się podobają, „czy widział kiedy co takiego”. Rella za Michelem Davidem (pierwszym, który zinterpretował tę powieść w kategorii „najazdu matek”) pisze o tym, że jest to poznawanie nagości Kobiet jako Początku, a „pacjentki” matki są „jedynie rozbudowaniem postaci samej Matki bohatera” (Rella 2003, s. 57-58) – co świadczyłoby o wspomnieniu odkrywania swojej dziecięcej seksualności (Rella 2003, s. 57-58). W utworze podobnym zabiegom interpretacyjnym zostaje poddany motyw wody (morza), wyspy Sycylii (jako łona matki). Nie jest to zbyt przekonujące wyjaśnienie, choć z pewnością uprawnione.

Wydaje się, że imię matki: Concezione, ma nas doprowadzić do skonstruowania dwóch zasadniczych paralel: po pierwsze – biblijnej – rozmowa trwa trzy dni (po niej zmartwychwstanie); matka – Matka Boska etc. Po drugie – związanej z niejasną proweniencją postaci ojca. Ojciec bohatera jest tu tym, kto wzywa (rozwinę to w dalszej części) – ma na imię Constantin. Niedługo potem, kiedy nasilająca się oniryczność zacznie powoli wygładzać wszelkie kontury wcześniej wyraźnie zarysowanych sylwetek, przestanie być już tak jasne, kim ów Constantin jest? Trzeba będzie postawić pytanie, czy Matka opisuje swojego Ojca (dziadka bohatera), czy Męża (tu też związek z biblią), a może tajemniczego Wędrowca? Nie jesteśmy w stanie udzielić odpowiedzi. Powieść bazuje na napięciu budowanym wokół „rozlanej” tożsamości tychże postaci.

Jeden z cytowanych przez Rellę badaczy, pisze że w powieści obecny jest „mit bohatera, który poprzez swoje wędrówki odkrywa siebie samego, a w swym wnętrzu odkrywa człowieka, wieczną istotę” (Rella 2003, s. 54). Nie jest to oczywiście zaskakujące spostrzeżenie, ale naprowadzi nas na sensy o wiele dalej idące. Podróż wiąże się z poszukiwaniem, co od razu odsyła do teorii archetypów Northropa Frye’a, który za podstawowe zadanie krytyka uznaje wykazanie, że mit poszukiwania jest mitem centralnym wszystkich rodzajów literackich (Frye 1972, s. 294). Zadać więc trzeba bardzo ważne pytanie, którego Rella nie zadał. Czemu bohater wybiera się w podróż? A zatem w jakiej musi być sytuacji, że postanawia pojechać na Sycylię, odwiedzić matkę, u której nie był od piętnastu lat? By precyzyjnie odpowiedzieć, trzeba dokładnie przeanalizować fragment kończący pierwszy rozdział powieści: „To było najokropniejsze: ten spokój bez nadziei. […] Targały mną abstrakcyjne furie a jednocześnie byłem spokojny, nie chciałem niczego [3]. Nie obchodziło mnie to, że moja dziewczyna na mnie czeka. Pójść do niej czy nie pójść, czy kartkować słownik [1] – wszystko było mi było jedno; czy wyjść i spotkać się z przyjaciółmi, zobaczyć innych ludzi, czy zostać w domu – było mi wszystko jedno. Byłem spokojny; byłem taki, jak gdybym nie miał za sobą ani dnia prawdziwego życia i nigdy nie wiedział, co to znaczy być szczęśliwym; jakbym nie miał nic do powiedzenia, twierdzenia czy przeczenia,[…]; jakbym przez wszystkie lata swego życia nie jadł chleba, nie pił wina ani kawy, nie spał z dziewczyną, nie miał dzieci, nigdy się z nikim nie pobił i nawet przypuszczał, że jest to możliwe – nie przeżył dzieciństwa w górach na Sycylii wśród opuncji i siarki [2]; ale wewnętrznie wrzałem wściekłością i, myśląc o zgubionym, przepadłym rodzaju ludzkim, zwieszałem głowę: na dodatek padał deszcz, nie odzywałem się do nikogo, a w butach miałem pełno wody [4]” (s. 7-8).

Kolejne numery odpowiadają interesującym mnie tezom (których w tym fragmencie jest znacznie więcej: trzeba zaakceptować nieuchronność redukcji):

[1] Mogę czytać tylko słowniki (wynika to z późniejszego kontekstu).

[2] Znajduję się w położeniu, w którym przeszłość (pamięć) przestaje mieć dla mnie znaczenie i jak przypuszczam, może zostać wymazana.

[3] Targają mną abstrakcyjne furie. Jestem spokojny w beznadziei.

[4] Mam buty pełne wody. Nie mogę wyruszyć w podróż. Stoję.

[Ad. 1] Kiedy czytam: „słownik”, nasuwają mi się dwa zasadnicze konteksty. Pozostawanie w obrębie znaku rozumianego za de Saussure’em; słowo odsyła wprost do desygnatu, jest maksymalnie bezkontekstowe, samotne, co warunkuje najczęściej przyjmowany w słownikach porządek alfabetyczny. Tu warto przywołać ostrzeżenie Rolanda Barthes’a z „Fragmentów dyskursu miłosnego” lub jego „autobiografii”: że porządek alfabetyczny bywa jednak zdradliwy, gdyż wystawia słowa umieszczone obok siebie (ze względu na np.: wspólny rdzeń etymologiczny etc.) na ryzyko tematycznej łączliwości, co może zasugerować czytelnikowi istnienie jakiejś szczątkowej formy narracji, a więc opowiadania. Słowa w słowniku powinny mieć charakter monadyczny. Jeśli więc bohater może już czytać tylko słowniki, oznacza to: po pierwsze, że nie potrafi znaleźć jakiegokolwiek indywidualnego wyrazu, poprzestaje tylko na poziomie abstrakcyjnego i powszechnego systemu języka, a nie jego użycia. Po drugie: bohater nie może czytać książek – a więc opowieści. Nie jest zdolny do tworzenia narracji, czyta więc słowniki.

[Ad. 2] Kim ja jestem? Bohater nie zadaje sobie tutaj tego wielkiego pytania. Być może autor uznał, że jest zbyt, jak to się mówi, „oklepane”. Cały jednak ten wywód zwraca uwagę na kwestię obojętności wobec przeszłości: na bycie takim, jakby się w ogóle nie było. Paul Ricouer w swoim monumentalnym dziele „O sobie samym jako innym”, proponuje podział tożsamości na a) tożsamość rzeczy (idem – bycie tym samym, odpowiadające na pytanie co?), którą ująć można numerycznie – rozpoznać rzecz w n liczbie przypadków (sytuacji) (dwa razy, trzy razy, n razy itd.) i uznać ją za tą samą (jedyność) lub jakościowo – rozpoznać jako tą samą, ze względu na te same cechy; b) tożsamość osoby (ipse – bycie sobą – odpowiadające na pytanie: kto?). Ricouer uważa, że te dwie tożsamości są ze sobą w nieustannym dialogu. Jeśliby spróbować ustawić je na linii prostej, gdzie na jednym krańcu byłaby tożsamość rzeczy, na drugim tożsamość osoby, pośrodku znalazłby się charakter, tworzący się na zasadzie sedymentacji, gdzie nad ipse – przez przyzwyczajenia, poprzez upływ czasu, osiadałyby i w końcu scementowały się cechy, które stanowiłyby idem. W charakterze mielibyśmy więc do czynienia ze swoistym przyleganiem co? do kto?

Ricouer wprowadza także trzecie pojęcie: tożsamość narracyjną, która, zakładając upływ czasu (czasowość), pełni funkcję dialektyczną między byciem tym samym a byciem sobą. Jedność życia tego-który-jest-sobą tworzy się zatem w opowieści. Zauważmy, że w tym rozdziale pod znakiem zapytania postawiona jest właśnie kwestia narracyjności: bohater nie potrafi opowiedzieć samemu sobie o sobie – jest więc skrajnie niespójny, nie widzi swojego życia jako całości. Nie czyta już „fikcji”, które nauczyłyby go opowiadać. Owa obojętność bohatera, zapomnienie przeszłości, wskazuje na utratę tożsamości idem i bezpośrednio wiąże się z niezdolnością do opowiadania. W tym kontekście pytanie: „kim ja jestem – nie odsyła do nicości, ale do nagości samego pytania” (Ricoeur, 2018, s. 276) – przecież wypowiadane jest przeze mnie… Oznacza to, że kto? zadaje pytanie o własną tożsamość, a więc nie mamy do czynienia z destrukcją tożsamości ipse. O tym, jak sądzę informuje nas ten fragment.

[Ad. 3] Owe abstrakcyjne furie to uporczywe zapytywanie: kim jestem? – które nie odnosi się już do rzeczy. Zaś spokojna beznadzieja wiąże się bezpośrednio z tożsamością w sensie ipse (tutaj czystym byciem sobą). Oznacza stan oczekiwania na wezwanie innego, co należy rozpatrywać w sensie etycznym. Bohater jednak przestaje wierzyć, że ktoś będzie mógł go wezwać – stąd beznadzieja. Według Ricouera bycie sobą uzgadnia się z postulatem zachowania siebie w danym słowie. Otwiera to więc w naszej tożsamości szczelinę, którą wypełnia dopiero drugi człowiek. Czy jednak komukolwiek bohater zobowiązał się dotrzymać słowo? Zobaczymy za chwilę. Na ten moment wiemy, że biedak wykonuje mechaniczne czynności, znajdując się w położeniu, w którym dalsza kontynuacja życia realizować by się mogła tylko pod znakiem Pustki (znaczące słowo w tej powieści).

[Ad. 4] Buty pełne wody, to znakomita metafora, którą rozpatruję tu dwojako: w sensie nietzscheańskim rozumiałbym to jako zgnuśnienie nowoczesnego człowieka. Dobra myśl pochodzi z mięśni – powiadał Nietzsche, filozofię należy uprawiać w ruchu. Jakże się ruszać, kiedy ciążą mi własne nogi, co ma mnie ponosić? Stagnacja, spokój w beznadziei, określają kondycję współczesnego człowieka, a więc tego, który, według Vittoriniego, stoi ze zwieszoną głową i buty ma pełne wody. Z drugiej strony rozpatrzeć to można jako niezdolność do podróżowania, a zatem wyruszenia na poszukiwania siebie samego, wyjścia w świat, który ponownie nauczy mnie opowiadać, ROZMAWIAĆ (patrz tytuł powieści). Skoro zaś podróż to poszukiwanie – pierwszy i podstawowy mit powieści – to kiedy rzeknę, że iść nie mogę, bo buty mam pełne wody, chcę powiedzieć, że poza tym pierwszym rozdziałem nie napiszę już ani słowa więcej. Rozdział pierwszy „Sycylijskiej rozmowy” jest horyzontem tej powieści. Nie mogłaby być kontynuowana, gdyby na początku drugiego rozdziału nasz bohater nie został wezwany przez innego: przez ojca, który kazał mu odwiedzić niewidzianą od piętnastu lat matkę, do której raz do roku wysyłał kartkę urodzinową. Syn więc udaje się w podróż. Z początku nie ma ona celu, ale w pewnym momencie, w którym bohater orientuje się, że życzenia nie zdążą już dojść do matki na czas, postanawia złożyć jej wizytę. W czasie tej podróży odbuduje swoją tożsamość – po trzech dniach zmartwychwstanie jako ten-który-jest-sobą.

Trudno byłoby mi uwierzyć, że Ricouer nie czytał Vittoriniego, a może Vittorini czytał Ricouera?

Literatura:

Frye N.: „Archetypy literatury”. W: „Współczesna teoria badań literackich za granicą” T.2. Red. H. Markiewicz. Przeł. A. Bejska. Kraków 1972.

Iwaszkiewicz J.: „Książka o Sycylii”. Kraków-Budapeszt-Syrakuzy 2018.

Iwaszkiewicz J.: „Podróże do Włoch”. Warszawa 1980.

Di Lampedusa G.T.: „Lampart”. Warszawa 1988.

Rella A.: „Sycylia Elio Vittoriniego”. W: „Edukacja humanistyczna”, nr 1-2. Szczecin 2003.

Ricoeur P.: „O sobie samym jako innym”. Przeł. B. Chłestowski. Warszawa 2018.
Elio Vittorini: „Sycylijska rozmowa”. Warszawa 1984.

Elio Vittorini (1908-1966) urodzony w Syrakuzach na Sycylii powieściopisarz włoski, żyjący i pracujący głównie pomiędzy Florencją a Mediolanem. Jeden z prekursorów neorealizmu. W Polsce najbardziej znany z utworów „Ludzie czy nie?” (wyd. pol. 1958), „Erica; Garibaldynka” (wyd. pol. 1959). „Sycylijska rozmowa” jest kluczową powieścią w jego dorobku, pisana w żywiole okresu faszystowskiego w latach 1937-1939, została po raz pierwszy opublikowana w całości w 1941 (wyd. pol. 1984).