Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (371) / 2019

Michał Misztal,

BEZ ISKRY (HELLBLAZER. BRIAN AZZARELLO PREZENTUJE. TOM 1)

A A A
Z pewną dozą ostrożności mogę chyba stwierdzić, że to dobre czasy dla polskiego rynku komiksowego. Nie tylko jesteśmy na bieżąco z wieloma nowościami zza granicy, ale też dostajemy wreszcie starsze, niejednokrotnie klasyczne serie, na które przyszło nam czekać bardzo długo. „Doom Patrol” Granta Morrisona. „Promethea”. „Invincible”. I gdzieś pomiędzy tym wszystkim (oraz wieloma innymi tytułami, które akurat w tej chwili nie przychodzą mi do głowy) powraca John Constantine, mag i okultysta, stworzony przez boga komiksowego medium, Alana Moore’a. Ubrany w długi płaszcz antybohater (Constantine, nie Moore), który wbił nóż w plecy niejednego przyjaciela i któremu nie brakuje powodów, by nienawidzić samego siebie. W dodatku, po wydawanej u nas przed laty interpretacji tej postaci ze scenariuszami Gartha Ennisa, wreszcie dostajemy klasycznego „Hellblazera” pisanego przez Jamiego Delano…

…a nie, to po prostu Egmont zdecydował się opatrzyć run Briana Azzarello okładką jednego z wcześniejszych wydań zbiorczych, zatytułowanego „The Fear Machine”. Dlaczego? Trudno powiedzieć, w każdym razie dostaliśmy Constantine’a od twórcy „100 naboi” – jak twierdzą niektórzy, jedyną naprawdę udaną serię tego scenarzysty. Czy tak jest w rzeczywistości?

W środku znajdziemy aż trzy oryginalne wydania zbiorcze: „Hard Time”, „Good Intentions” oraz „Freezes Over”. Nasz mag ląduje w Stanach Zjednoczonych, daleko od rodzimej Anglii, w realiach bardziej znanych Azzarello. W zasadzie to dobry omen: bodajże Peter Milligan stwierdził w jednym z wywiadów, że każdy, kto pisze „Hellblazera”, powinien zabierać Constantine’a „do siebie” i gdyby scenariuszami tej serii zajmował się na przykład Polak, miejscem akcji powinien być nasz kraj. Nie jest więc dla mnie problemem, że John ląduje z dala od swoich korzeni. Chodzi o to, że autor wydawanego swego czasu także u nas cyklu „Loveless” nie jest tutaj u szczytu formy. Pomysły wydają się niezłe, bo na przykład protagonista trafiający do więzienia o zaostrzonym rygorze to świetny punkt wyjścia i z pewnością niejeden czytelnik serii chciałby zobaczyć, co z tego wyniknie. Podobnie jest z próbą naprawienia przez bohatera jego (nie pierwszych, nie ostatnich) błędów w miasteczku Doglick, gdzie krąży tajemnicza bestia oraz mieszkają być może jeszcze gorsi ludzie. A co powiecie na Constantine’a zamkniętego w knajpie podczas śnieżnej zamieci, z grupą różnej maści nieznajomych, z których część ma sporo na sumieniu, a inni podejrzewają, że w okolicy grasuje na wpół mityczny seryjny morderca? Wydaje mi się, że Azzarello mógł zbudować na tych fundamentach coś o wiele solidniejszego. Brakuje tu polotu, część dialogów sprawia wrażenie pisanych na siłę, scenarzysta chyba nie do końca „czuje” swojego bohatera. Nie twierdzę, że czyta się to źle, niemniej z pewnością jest to „Hellblazer” poniżej oczekiwań. Po lekturze nie ma furii czy darcia szat, jest raczej wzruszenie ramionami: ot, komiks, który prawdopodobnie dość szybko zapomnę.

Ilustracjami w niniejszym tomie zajęli się Richard Corben, Marcelo Frusin, Steve Dillon oraz Dave E. Taylor. Corben to legenda komiksu niezależnego, którego należy szanować, ale jego styl niezbyt pasuje mi do „Hellblazera”. Dillon jak zwykle pokazuje Jessiego Custera. Najwięcej narysował Frusin i choć nie powiem, że jest najlepszy warsztatowo z całego zespołu pracujących tu rysowników, jego kadry przypadły mi do gustu najbardziej – nie żeby odbiorca miał do czynienia z czymś wybitnym. Za najlepsze graficznie uważam okładki poszczególnych zeszytów, którymi zajął się Tim Bradstreet, znany rodzimemu czytelnikowi choćby z ennisowskiego „Punishera MAX”.

Czytać, nie czytać? Mimo wszystko czytać, bo to jednak zawsze Constantine, pewny siebie, zarozumiały cwaniaczek, niby mogący bez mrugnięcia okiem sprzedać kumpla, jednak czasami próbujący być dobrym człowiekiem… co wiele razy spektakularnie obracało się przeciwko niemu. Azzarello też w jakimś stopniu to pokazał, choć mógł zrobić to lepiej. Tak czy inaczej, ciekawi mnie, co zobaczę w kolejnej odsłonie jego „Hellblazera”. I chyba najważniejsze: być może dobra sprzedaż albumów Amerykanina skłoni Egmont do publikacji pozostałych, nieraz dużo ciekawszych wydań zbiorczych tej serii. Trzymam kciuki.
Brian Azzarello, Richard Corben, Steve Dilon i inni: „Constantine. Brian Azzarello prezentuje. Tom 1”. Tłumaczenie: Paulina Braiter. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2019.