Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (371) / 2019

Katarzyna Frąckowiak,

SŁOWOMOWA LEIRISA (MICHEL LEIRIS: 'MOWA SŁOWA. SZKICE O LITERATURZE')

A A A
Można czytać najnowsze szkice Michela Leirisa tylko jako zbiór esejów o literaturze, pewnego rodzaju źródło wiedzy o jego recepcji poezji, prozy, dramatu i innych. Nie gwarantuję jednak, że taka lektura będzie owocna i zaspokoi oczekiwania wobec francuskiego prozaika osadzonego tym razem w roli krytyka literackiego, czasem też antropologa. Odczuwając po takiej właśnie lekturze spory niedosyt, myślę, że o wiele ciekawiej potraktować „Mowę słowa” jako kontynuację wcześniejszej strategii literackiej autora „Wieku męskiego”, czyli jako akt autobiograficzny, tym razem ukazujący nie tylko wrażliwość Leirisa wobec samego siebie, ale wobec słowa, powierzchownie ubrany tylko w refleksję o twórczości i życiu autorów takich jak Arthur Rimbaud, Charles Baudelaire, Raymond Queneau, czy Raymond Roussel. Proponuję przeczytanie tych szkiców jako zbioru autorstwa kogoś, kto również (a może przede wszystkim?) jest poetą i tak siebie określał (Tomasz Swoboda w posłowiu słusznie zauważa przywiązanie autora „Wieku męskiego” do samoidentyfikacji jako autora poezji). Przekształcając cytat francuskiego prozaika, Swoboda pisze, że „Leiris poeta to ktoś, kto musiał stworzyć sobie osobny świat, gdyż w tym nie chciał się zadomowić” (s. 220) . Moim zdaniem fraza ta zwięźle ujmuje zmagania literackie autora „L’Afrique fantôme”, chciałabym jednak nieco ją przekształcić i podkreślić. Leiris, co świetnie widać właśnie w „Szkicach o literaturze”, stara się stworzyć przede wszystkim język, którym mógłby posługiwać się w świecie osobnym, język, który ulega ponownemu zaczarowaniu, pozornie bardziej zamykając niż otwierając na drugiego.

Dla problematyki odtwarzania języka istotny jest esej otwierający zbiór. Autor zdaje się w nim zachęcać każdego z nas do stworzenia intymnego słownika wskrzeszonych słów, pomijającego etymologiczne i zwyczajowe znaczenie, a opartego na unikalnym, własnym doświadczeniu (graficznym, brzmieniowym, zmysłowym). Czy jednak język ten w jakikolwiek sposób ułatwiał zakorzenienie i porozumienie z drugim? Na tym etapie to nieistotne, gdyż inne zadania wyznacza mu Leiris. Krytykuje on postrzeganie języka wyłącznie jako narzędzia komunikacji, sens słowa dostrzega w jego złożoności, a nawet zawiłości, odbiegając od użytecznej prostoty i uniwersalizmu. Odzyskuje język, gdyż właśnie w nim widzi najlepsze narzędzie samopoznania, „nić prowadzącą nas po wieży Babel naszego umysłu” (s. 6).

Destrukcja dotychczasowego systemu znaków, jego automatycznego używania i pojmowania, jest jednak częścią szerszego planu, czyli tworzenia świata osobnego, w którym Leiris głęboko pragnie się zadomowić. Wszystko to okazuje się gestem sprzeciwu, którym konsekwentnie pisarz operuje w każdej swojej działalności literackiej, zaczynając od niedotrzymywania terminów nadsyłania tekstów (wypominanego mu przez Georges’a Bataille’a), poprzez niezdecydowanie co do formy swoich dzieł, zbaczanie z pierwotnie obranego tematu, czynienie centrum z marginaliów, na słownych kalamburach (niezwykle trudnych do przetłumaczenia) kończąc. Dobrą ilustracją awersji do otaczającego, uporządkowanego i jednoznacznego świata stanowi też jeden z tytułów wiersza Leirisa „Rien n’est pas fini” („Nic nie jest skończone”). Paradoksalnie, bunt związany u pisarza z niepokojem, przyznaniem się do porażki i zrezygnowaniem nie jest przez niego waloryzowany ujemnie, a stanowi jedyną aktywną postawą wobec rzeczywistości, jak pisze przy okazji rozważań o „Cel!Pal!” Philippe’a Soupaulta: „Bunt pozostaje rodzajem względnego optymizmu, przez który wydaje się nam, że mamy jeszcze jakiś wybór i wybór ten jest lepszy niż akceptacja. Właśnie to przekonanie decyduje o sile tych, których kochamy, i nie pozwala im iść na dno w grożącym zewsząd zalewie banału i tchórzostwa” (s. 7). Również przy użyciu buntu Leiris definiuje samą poezję, pisząc: „Trudno mi sobie wyobrazić, czym miałaby być poezja, jeśli nie przejawem fundamentalnego buntu człowieka przeciwko absurdalnym prawom rządzącym światem, w który został on, wbrew sobie, wrzucony” (s. 9). Na świat, w który został wplątany człowiek wraz z narodzeniem, składa się również język, którego regułom podlega każdy mówiący i piszący. Dlatego właśnie w poetach (na przykład Rimbaudzie), jako tych, którzy nieustannie zmagając się zniewoleniem w języku oraz są świadomi jego ograniczeń i chcą je przekroczyć, Leiris upatruje modelu buntowniczego zachowania. Poezja doprowadza, jak sam pisze, do „zwrócenia się ku światu” (s. 10), przyłączenia do większej zbiorowości podobnych sobie, zjednoczenia ludzi. Namysł nad językiem skutkuje wiedzą, że słowa nie wystarczą, aby obalić pozbawione sensu reguły, pozwala jednak zrozumieć ogólne mechanizmy działania opresyjnych systemów i przyczynić się do progresu. Tym sposobem rewolucja zaczyna się w języku, a każdy świadomy poeta oprócz bycia czarnoksiężnikiem słów jest po prostu rewolucjonistą.

W „Mowie słowa” Leiris wiele miejsca poświęca również podróżom i etnografii. Jak połączyć to z zamiłowaniem do literatury? Po pierwsze, Leirisowski akt pisania nierozerwalnie połączony jest z doświadczeniem, gdyż, jak często przyznawał autor, nie potrafi on pisać o czymś, czego nie przeżył. Po drugie, doświadczenie etnografa i podróżnika z literacką podróżą łączy doznawane w obu przypadkach poniesienie klęski, w postaci niemożności ucieczki przed samym sobą, ale też przed językiem. Ciekawe uwagi na temat podróżowania zamieszcza Leiris w esejach o Raymondzie Rousselu, francuskim pisarzu będącym jednocześnie przyjacielem domu Leirisów, w których stwarza właściwie antyporadnik dotyczący wędrowania, realizowany niestety przez każdego śmiertelnika, nie wyłączając Leirisa i niekiedy jego badań etnograficznych. Podróżując, nieustannie jesteśmy zajęci sobą i przeżyciami wewnątrz nas. Sprawia to, że nie potrafimy w pełni rejestrować zmian zachodzących w środowisku zewnętrznym. Ekscentryczny Russel oraz jego praktyki obejmujące niewychylanie się ze swojej kajuty i oddanie pisarstwu podczas pobytu na Oceanii są symbolem takiej postawy. „Ja” staje się ciążącym bagażem przysłaniającym świat. Jak pisze Leiris: „Z wszystkich tych zapisków wynika, że Roussel nigdy nie podróżował w ścisłym sensie tego słowa. Zewnętrzny świat nigdy nie naruszył świata, który Roussel nosił w sobie, on sam chyba ani na moment nie przybrał pozy turysty, a w odwiedzanych krajach dostrzegał jedynie to, co sam w nich uprzednio umieścił i co pozostawało całkowicie zgodne z jego osobistym światem” (s. 40).

Jak z tą ludzką przykrą manierą – przywiązaniem do swojego wnętrza i stawianiem się w centrum kosmosu – realizować się jako etnograf? W esejach „Oko etnografa” i „Etnograf wobec kolonializmu” Leiris umieszcza kilka propozycji. Naukowiec powinien być świadomy, że sam w sobie narusza badaną kulturę, co daje mu okazję do zobaczenia również swoich nawyków z cennej perspektywy innego. Postuluje również naruszenie hermetyczności świata naukowego i uprzedzeń etnografów poprzez jak najczęstsze wypowiadanie się w formach innych niż naukowe, w celu zwiększenia zasięgu edukacji wynikającej z praktyk etnograficznych. Krytykuje obecną wśród młodych etnografów tendencję do badania niemal nienaruszonych społeczeństw i potęgowanie ich skostnienia w swoich badaniach. Nadzieję na obalenie jednostronności etnografii jako nauki człowieka Zachodu badającego różnych od siebie autor „Nocy bez nocy i kilku dni bez dnia” widzi w kształceniu etnografów rdzennych, mogących wreszcie to nas usytuować na pozycji innych i zdefiniować wobec innej kultury, nie przemawiając z zachodniego centrum. Leiris i w tym przypadku nie zapomina o języku, proponuje nauczanie dwujęzyczne: w języku rodzimym i języku kolonizatora, w celu zachowania zachowania łączności z tradycyjną kulturą.

Uważam tę pozycję za obowiązkową dla wcześniejszych czytelników Leirisa (ci znajdą w niej satysfakcjonujący materiał do uzupełnienia dotychczasowych lektur), ale nieco mniej reprezentacyjną dla odbiorców dopiero zaczynających przygodę z francuskim pisarzem. Dziwić może wyłączenie z tomu licznych esejów Leirisa o sztuce. Swoboda w posłowiu wyjaśnia tę wątpliwość przekonaniem o pojawieniu się w niedalekiej przyszłości właśnie takiej publikacji, zawierającej również refleksje autora o muzyce. Ja natomiast wciąż oczekuję szerszych prób polskich tłumaczeń poezji francuza, części jego twórczości niezwykle istotnej i niezbędnej do zrozumienia Leirisowskiej mozaiki, co zauważył Denis Holier: „Cała twórczość autobiograficzna Leirisa jest żałobą nad poezją, oznaczaniem wycofania się, ściganiem nieobecności, opłakiwaniem tego, co we »Frêle Bruit« nazywa »milczeniem schronienia wieszczki: opustoszałą siedzibą wyroczni, której odjęto głos«” (cyt. za: Szerszeń 2007: 9).

LITERATURA:

Szerszeń T: „Michel Leiris instrukcja obsługi”. „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa” 2007, nr 3-4.

Michel Leiris: „Mowa słowa. Szkice o literaturze”. Przeł. Tomasz Swoboda. Państwowy Instytut Wydawniczy. Warszawa 2018.