Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (371) / 2019

Katarzyna Warmuz,

W FEMINIZMIE BEZ ZMIAN (TUCA I BERTIE)

A A A
Po „Dziewczynach”, „Broad City”, „Dwóch spłukanych dziewczynach” bądź „Niepewnych” przyszła pora na kolejny serial o młodych kobietach, które nie chcą godzić się na dorosłość. Tym razem Netflix proponuje swoim widzom produkcję, za którą odpowiedzialna jest Lisa Hanawalt – znana przede wszystkim ze współpracy przy serii „BoJack Horseman”. Widzowie dostali opowieść o losach dwóch dziewczyn, tukanicy Tuki i wróbelka Bertie, których historie dzieją się w zjawiskowym mieście Bird City. W tym świecie nastolatki to rośliny, ludzie występują nader rzadko, a środkiem publicznym są wielkie robale.

Najprawdopodobniej twórcy dostrzegli, że wpisywanie fabuł w modne feministyczne tematy przynosi niezłe profity, ponieważ Tuca i Bertie to typowy serial dla młodych dziewczyn – jest tu trochę o chłopakach i związkach, choć dominują raczej wątki uświadamiające, że rzeczywistość podyktowana jest kulturze gwałtu. Bohaterki, mimo że mają odmienne osobowości, potrafią się wzajemnie wspierać i akceptować. Można wręcz powiedzieć, że są to prawdziwe „siostry”, dla których przyjaźń jest na pierwszym miejscu. Podobnie jak w innych produkcjach, tu także przyjaciółki diametralnie się od siebie różnią. Bertie to ambitna kobieta pracująca w „korpo”, która chciałaby mniej się przejmować swoim lekko nudnawym chłopakiem lub wyjściem z domu. Natomiast Tuca to beztroska, niepijąca alkoholiczka – nie ma stałej pracy ani stałego związku, lecz zupełnie się tym nie martwi.

Dziewczyńskie seriale mają jednak to do siebie, że na początku dużo obiecują, po czym przeradzają się w laurki ku czci liberalnego feminizmu. Pierwszy sezon „Dziewczyn”, „Broad City” czy też „Niepewnych” to przecież pokazanie prekarności w jej pełnym wymiarze – materialne warunki determinują całe życie bohaterek, dowodząc, że skończenie dobrych studiów w żaden sposób nie ratuje przed niestabilnym zatrudnieniem lub bezpłatnym stażem. Pierwsza scena „Dziewczyn”, w której Hannah zostaje odcięta od rodzinnego źródełka z pieniędzmi, jest zapada w pamięć i, co istotne, ustawia cały odbiór. „Broad City” można określić jako manifest prekarności – tylko relacja między Ilaną i Abbi okazuje się stała. Reszta nieustannie jest w ruchu. Natomiast serial „Niepewne” to historia Issy, która nie potrafi zdecydować się na żaden konkretny ruch ze strachu przed byciem pozbawioną środków do życia. Niestety, kolejne sezony tych seriali, co ma niewątpliwy związek z uzyskaniem popularności, starają się być apolitycznie, a przynajmniej zamieść pod dywan problem wyzysku i braku stabilności.

W przypadku „Tuki i Bertie” obietnic otrzymania solidnej porcji antykapitalistycznej narracji nie ma. Od początku sytuacja pracownicza bohaterek wydaje się klarowna. Co więcej, pozycja zawodowa nie jest krytykowana przez bohaterki. Bertie pracuje w korporacji, choć marzy o założeniu własnej cukierni. By przybliżyć się do zrealizowania celu, bohaterka zgadza się na staż u cukiernika, zwłaszcza że skrycie marzy o spędzeniu z nim namiętnej nocy. W jednym odcinku przyznaje przed przyjaciółką, że razem z chłopakiem, Specklem, mają oszczędności. Natomiast Tuca to lekkoduch parający się dorywczymi pracami, ale co jakiś czas otrzymuje od bogatej ciotki sute czeki. Jednak ta sytuacja nie jest w żaden sposób wykorzystana przez scenarzystów. Tukanica opowiada o karierze ciotki w pozytywach („przebiła szklany sufit i cały czas pięła się w górę”), by w następnej scenie opowiedzieć znajomemu o swojej biednej matce. Nie dostrzega zależności między swoim wykluczeniem ekonomicznym, które zaczęło się w dzieciństwie, a milionowym majątkiem krewnej. Różnica między bogatymi postaciami a tymi biednymi jest taka, że ci drudzy są dobrzy i troszczą się o siebie nawzajem. Pytanie, czy z bycia dobrym można wyżyć? Niekoniecznie.

Niepewne zatrudnienie Tuki zostaje tu zresztą przedstawione jako fanaberia, część szalonej i ekscentrycznej osobowości. Choć prekarność jest w dziewczyńskich serialach dość powszechnym tematem, żadna z bohaterek nie podejmuje krytyki rynku pracy. Dużo zmieniło się od czasów „Seksu w wielkim mieście” – stała praca i miejsce zamieszkania już nie są czymś oczywistym. Tyle że nikogo specjalnie nie zastanawia, skąd pochodzą uelastycznianie czasu pracy, jeszcze większa presja, brak pracy po studiach, popadanie coraz większej liczby osób w uzależnienia i depresję. Oskarżenia w dziewczyńskich produkcjach padają w stronę samych bohaterek. Bertie nie potrafi dostać awansu lub nie potrafi rozkręcić biznesu, ale przyczyn swoich porażek szuka w sobie – źle się ubiera, nie jest wystarczająco waleczną feministką i nie jest świadoma swojego ciała. Nie jest to pojedynczy przypadek. Nawet w świetnie zapowiadających się „Dziewczynach” wina za porażki leży na barkach bohaterek lub, w najlepszym przypadku, oskarża się patriarchat za niesprawiedliwe traktowanie kobiet. Twórczynie „Broad City” w pewnym momencie zapraszają do swojej produkcji Hilary Clinton – to gest, który jasno daje do zrozumienia, że feminizm w dziewczyńskich produkcjach jest liberalny. Nie lubię uogólniających wniosków, lecz próżno szukać w serialach dla młodych kobiet wątków lewicowych. Nikt nie mówi o darmowej aborcji, redystrybucji, progresji podatkowej lub ciężkiej pracy gospodyń domowych. Te tematy są nieistotne w obliczu samorealizacji i przebijaniu się przez szklany sufit. Jedyną nowością w XXI-wiecznych serialach okazuje się większa inkluzywność – miejsce się znajdzie dla osób nieheteronormatywnych, alkoholików i narkomanów, osób niebiałych i chorych na depresję, wychudzonych lub z nadwagą. „Tuca i Bertie” powielają wcześniej stworzone motywy, lecz można zauważyć, że w tej produkcji postawiono na politykę tożsamościową i liberalny feminizm.

Wątek, który musiał się pojawić po akcji #metoo, to kwestia przemocy seksualnej, czy to w postaci molestowania w pracy lub na ulicy, czy gwałtu. Jednak jest on wykreowany topornie, trochę na siłę. Trudno też czasami podejść do tych aspektów życia codziennego bez poczucia konsternacji. Chodzi o to, że serial „Tuca i Bertie” w założeniu jest produkcją komediową. Z jednej strony, chorobę weneryczną bohaterki potraktowano z dużą dozą ironii, z drugiej, wprowadza się wątki mające uczulić widzów na kulturę gwałtu. Trudno pogodzić te dwie przestrzenie i nie zgubić się w tym, co jest poważne, a tym, co ma bawić. Dostrzegam w tym duże niebezpieczeństwo, bp posługiwanie się ironią bez jasnych ograniczeń może spowodować efekt odwrotny. Tak się dzieje w przypadku, w którym pierś Bertie ucieka z jej ciała po seksistowskim zachowaniu kolegi z pracy. Jeśli wpisuje się ważne i nieraz bolesne sytuacje w ironię, to można być pewnym, że przemoc zostanie wyśmiana, zignorowana.

Aspekt kultury gwałtu zostaje tu niewątpliwie spłycony. Jest również dobrą pożywką, by wprowadzić klasistowskie wątki. Na zajęciach antyprzemocowych mentorka przebiera się za budowniczego, by następnie wykrzykiwać w stronę podopiecznych wulgarne komentarze. Podobna sytuacja ma miejsce, gdy do mieszkania dziewczyny przychodzi hydraulik – w oczach Bertie urasta on do obleśnego mężczyzny, który przy okazji naprawy kranu pewnie instaluje w jej mieszkaniu kamery. Czyżby producenci uważali, że tylko mężczyźni z klasy ludowej są zdolni do molestowania lub gwałtu? To intrygująca kwestia, bowiem te same zachowania, które w przypadku hydraulików lub przypadkowych gości na ulicy wzbudzają w Bertie obrzydzenie, są inaczej postrzegane w kontekście jej relacji z cukiernikiem, u którego jest na upragnionym stażu. Tu przemocowe zachowanie uważa się za seksowne, wręcz podniecające. Sytuacja ulega zmianie, gdy innej stażystce nie podoba się zachowanie szefa. Następuje wtedy zwrot akcji polegający na rozmowie między dwiema dziewczynami. Bertie, zamiast bronić swoich fantazji, zaczyna popadać w poczucie winy, które przeradza się w oskarżanie cukiernika o seksizm i, co zaskakujące, problemy w związku. Nie ulega wątpliwości, że Bertie słusznie reaguje na molestowanie w swojej drugiej pracy – nie chce takiej formy okazywania zainteresowania jej osobą, chce być traktowana jako poważny pracownik. Dziwi mnie natomiast, że autorytarne szefowanie cukiernika, wcześniej podniecające, staje się nagle problemem. Oczywiście, relacja władzy, mocno okraszona seksualnym podtekstem, stanowi wynik kapitalistycznych relacji między ludźmi i jest to problematyczna kwestia. Jednak ten problem nie zostaje podjęty właśnie z takiej perspektywy. Bertie i Tuca, jeśli byłyby lewicowymi feministkami, oskarżyłyby system, który podpowiada im, że seksowny jest mężczyzna mający władzę, czyli pieniądze. W nowej produkcji Netflixa to instytucja siostrzeństwa ma być odpowiedzią na patriarchalne bolączki tego świata. To jednak perspektywa bardzo ograniczona, bowiem nie daje recepty na wyzysk i feminizację biedy. Wsparcie serialowych sióstr polega na mówieniu banalnych zdań typu „nie ma ograniczeń”, „wszystko potrafisz” – to kuszące frazesy, ale łatwiej je zaaplikować do świata z plasteliny niż naszej nudnej rzeczywistości, która tak łaskawa nie jest.

Problem molestowania chciałabym wpisać jeszcze w jeden aspekt, a mianowicie wszechogarniającą paranoję Bertie. Jest to kluczowy element, bowiem często pojawia się w sytuacjach wyimaginowanej przemocy seksualnej, co w moim przekonaniu świadczy o egocentrycznym i narcystycznym charakterze postaci. Zastanawia mnie, dlaczego kultura gwałtu w produkcji Lisy Hanawalt dotyka postaci niemalże wszędzie doszukującej się oceny innych. W moim przekonaniu ustawia to odbiór tego, ważnego przecież problemu, jako sytuacji, w której kobiety przesadzają, kombinują i dostrzegają nawet w najmniej podejrzliwym geście przyczynek do gwałtu. To o tyle interesujące, że Tuca takich problemów nie ma – nie narzeka na molestowanie, nie widzi wszędzie męskich spojrzeń. Można by wręcz stwierdzić, że to dziewczyny o niskiej samoocenie, zahukane i ciche mają problem z seksistowskim zachowaniem. Natomiast pewne siebie kobiety tego nie odczuwają.

Jeszcze z jednego powodu „Tuca i Bertie” to serial będący peanem na cześć liberalnego feminizmu. W interesujący sposób został przedstawiony tu sposób na promowanie swojego biznesu. W pewnym momencie Bertie przestaje pracować dla cukiernika i postanawia założyć swój własny interes. Po kilku scenach, prezentujących porażki podczas prób ze zdobyciem składników, lokum i środków na promocję, dziewczyny uświadamiają sobie, że za ich niepowodzeniem stoi nie kto inny jak cukiernik. Twórcy podają ciekawe wyjście z sytuacji. Chodzi o to, że jeżeli konkurencja na wolnym rynku stanowi dla kogoś problem, to w łatwy sposób można sobie z nią poradzić – Bertie publikuje filmik, na którym cukiernik ją znieważa. W ten sposób, zgodnie z logiką siostrzeństwa, wygrywa biznes kobiecy nad męskim. Anna Piekutowska i Zuzanna Piechowicz stwierdziły, że „Lisa Hanawalt rozwiewa złudzenia: własny biznes to nie jest cukierkowe spełnienie marzeń, lecz wielkie ryzyko finansowe, poświęcenie i tytaniczna praca” (https://krytykapolityczna.pl/kultura/film/przesun-sie-koniu-tuca-i-bertie-sa-jak-girls-tylko-rysunkowe-i-lepsze). Trudno się z tym zgodzić, ponieważ nie pokazano właściwie, jak prowadzi się swój biznes w Bird City. Jedyna praca, jaką przedstawiono w ramach prowadzenia własnej cukierni, polegała na zaangażowaniu znajomych i sąsiadów w pieczenie ciastek w domowej kuchni. Kwestie legalności i opłacenia siły roboczej zostawmy na boku – to przecież tylko serial animowany.

„Tuca i Bertie”, podobnie jak inne dziewczyńskie produkcje, zawodzi na kilku polach. W serialach dla młodych kobiet, co ma oczywisty związek z promowaniem liberalnego feminizmu, opartego na wsparciu „sióstr”, brakuje wzmianki na temat pogarszającej się sytuacji na rynku pracy, nieustannych cięć socjalnych i braku udogodnień w ramach reprodukcji. W przypadku „Tuki i Bertie” widzowie dostają kobiecy manifest na wiek XXI – akcent pada tu na politykę tożsamościową i akcję #metoo, a nie na antykapitalistyczne idee. W dalszym ciągu serialem, który pokazuje brutalną rzeczywistość, jest produkcja Michaela Patricka Kinga „Dwie spłukane dziewczyny”, ukazująca, pod płaszczykiem sitcomu, życie white trashów, migrantów i zdegradowanych bogaczy. Wszystko tu się lepi od spermy i potu, biznes nie wychodzi z powodu konkurencji, a życie ogranicza się do kombinowania, by przetrwać dzień za dolara.

LITERATURA:

Piekutowska A., Piechowicz Z. 2019: https://krytykapolityczna.pl/kultura/film/przesun-sie-koniu-tuca-i-bertie-sa-jak-girls-tylko-rysunkowe-i-lepsze/.
„Tuca i Bertie” („Tuca & Bertie”). Scenariusz: Lisa Hanawalt. Produkcja: Lisa Hanawalt, Noel Bright, Steven A. Cohen, Raphael Bob-Waksberg,Tiffany Haddish, Ali Wong. Obsada (głos): Tiffany Haddish, Ali Wong. Platforma: Netflix, Produkcja: Stany Zjednoczone 2019, 260 min.