Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (371) / 2019

Michał Paweł Urbaniak,

GDY RODZICE SIĘ ROZWODZĄ (HELGA FLATLAND: 'WSPÓŁCZESNA RODZINA')

A A A
Z okazji siedemdziesiątych urodzin Sverre zaprasza swoich bliskich na zagraniczną wycieczkę. Razem z nim do Włoch udają się: jego żona Torill, najstarsza córka Liv z mężem Olafem i dziećmi, druga córka Ellen z partnerem Simenem oraz jedyny syn Håkon. Daleka podróż sprawia, że rodzina musi odnaleźć się i zdefiniować w nowej rzeczywistości (Liv zauważa: „Wyjazd poza Oslo i dom w Tåsen, wyjście poza zwyczajowe ramy, utarte wzorce rozmów, spotkań i stałe miejsca przy stole zmieniły dynamikę naszych relacji. Teraz nikt nie wie, jak ma się zachowywać, odnosić do innych ani też jakie odgrywać role. Może chodzi tu również o to, że jesteśmy trojgiem dorosłych dzieci na wycieczce z rodzicami”). Ta niecodzienna sytuacja zapowiada zmiany – podczas uroczystej urodzinowej kolacji Sverre i Torill oznajmiają, że postanowili się rozwieść. Tak rozpoczyna się „Współczesna rodzina”.

Helga Flatland bierze pod lupę typową współczesną, pozornie bardzo szczęśliwą rodzinę i pokazuje mechanizmy, które nią rządzą. Jej członkowie nie żyją według jednego wzorca. Liv jest szczęśliwą żoną i matką, jej życie zostało oparte na uznanych schematach, które wyniosła z domu. Ellen kroczy podobnie tradycyjną drogą, choć wchodzi w nieformalne związki, brakuje jej również potomstwa (bezskutecznie próbuje zajść w ciążę). Z kolei Håkon przełamuje schematy. Nie uznaje typowego małżeństwa, ścisłej zależności (twierdzi: „model dwuosobowego związku obowiązujący w dużej części świata, stanowi próbę zinstytucjonalizowania uczuć i miłości”), szuka więc spełnienia w przelotnych relacjach. Krytycznie ocenia wybory Ellen i Liv („Obserwowałem moje siostry z pewnym sceptycyzmem, szczęśliwy, że nie muszę – i nigdy nie będę musiał – żyć tak jak one. Jak Liv, stanowiąca nierozerwalną jedność z Olafem, postrzegająca małżeństwo jako bezdyskusyjny wyrok dożywocia. Albo jak Ellen, nieustannie poszukująca właściwego faceta, kogoś, kto da jej wszystko i będzie dla niej wszystkim”). Co ważne, mimo różnic w poglądach rodzice i dzieci budują wspólną strukturę złożoną z tych samych doświadczeń, wpojonych wzorów myślenia, ugruntowanych zwyczajów, kodów czytelnych tylko dla „wtajemniczonych”. W ten sposób tworzą unikalny „zestaw cech wspólnych, niewypowiedzianych i stałych, niezmiennych w czasie i przestrzeni”. Rodzina jest tak silna, że kolejni jej członkowie – partnerzy, mężowie, żony, nawet przychodzące na świat dzieci – muszą się niejako przystosować do wyznaczonych reguł i tradycji. Co się stanie, kiedy ta konstrukcja zostanie poddana w wątpliwość i poniekąd zniszczona poprzez rozstanie rodziców?

Sytuacja w tej powieści jest o tyle ciekawa, że – jak może się wydawać – w rozstaniu Sverre’a i Torill nie ma nic dramatycznego i krzywdzącego. To wspólna decyzja, przemyślana i umotywowana: „Oboje czujemy, że coś się wypaliło, że nie jesteśmy już w stanie czerpać z tego małżeństwa radości”. Mimo wszystko ten rozwód okazuje się tragedią dla ich dorosłych już dzieci, w których przekonaniu małżeństwo rodziców „stanowi wartość stałą i niezmienną”. Poza tym to rodzice nauczyli Liv, Ellen i Håkona, że „nie należy przerywać czegoś, co się zaczęło, trzeba podejmować dobre decyzje i potem się ich trzymać (…). W tej rodzinie się nie poddajemy. Nie zarzucamy rozpoczętych projektów. Bierzemy się w garść i wytrzymujemy do końca”. Zatem jakim prawem występują przeciwko przyjętym zasadom?

Flatland ujmuje problem rozwodu od bardzo interesującej strony. Właściwie pomija rodziców (czytelnik nie pozna gruntownie kierujących nimi motywów), a skupia się na tym, jak konsekwencje tej decyzji uderzają w dorosłe już i niezależne dzieci. Tylko im oddaje głos. Dla Liv rozstanie rodziców oznacza rozpad całego świata. Nie umie funkcjonować samodzielnie, stąd niemal zaraz po wyprowadzce z domu założyła kolejną rodzinę („nigdy nie chciałam być sama, być niezależną, za wielką wartość uznawałam życie wśród ludzi, dopasowanie się do nich, bycie częścią czegoś większego, jakiejś wspólnoty”). Próbuje ona spojrzeć na to, co się stało racjonalnie, ale ostatecznie wyznaje: „nie jestem w stanie znaleźć żadnego punktu oparcia. Rodzice, niezależnie od wszystkiego innego i wszystkich innych, reprezentowali w moim życiu poczucie bezpieczeństwa, byli siatką asekuracyjną, która w razie upadku uratowałaby mnie od śmierci”. Kieruje w stronę rodziców ostre oskarżenia: „Rezygnują ze wszystkiego, co było kiedyś nami (…). Jednym ruchem zburzyli wszystko to, na czym budowałam swoje życie”. Ma świadomość, że skoro ta największa wartość nie była trwała, rozpaść może się każdy cenny układ. W końcu musi się zmierzyć z kryzysem w swoim małżeństwie.

Sytuacja, w jakiej znaleźli się Sverre i Torill, wyostrza także spojrzenie Ellen na jej własny związek („Uderza mnie nagle, jak bardzo staliśmy się sobie obcy i jak rozpaczliwie próbuję się trzymać czegoś, czego sensowności nie umiem już uzasadnić. Ani on, ani ja nie mamy już siły na nas, zostaliśmy zredukowani do dwóch osobnych części, które już razem nie działają”), jak również potęguje lęk przed rozstaniem. Wydaje się, że tylko upragnione dziecko pomogłoby przetrwać jej i Simenowi – tylko że kolejne próby nie przynoszą rezultatów. Także Ellen nie jest wolna od absurdalnych oskarżeń: „Są chwile, kiedy myślę, że mama i tata postępują bardzo nierozsądnie, rozwodząc się akurat teraz, w środku tego wszystkiego, czemu muszę stawiać czoła, obciążając mnie dodatkowo swoim rozstaniem. Z myślą tą wiąże się również często nieznośne poczucie krzywdy wywołane faktem, że rodzice niemal ostentacyjnie porzucają rodzinę, podczas gdy ja tak desperacko walczę o założenie własnej”. Håkon – choć kibicuje rodzicom, wszak niejako podążają za jego teoriami – przekonuje się, że i dla niego to rozstanie jest bolesne, co więcej wywiera negatywny wpływ na jego relacje uczuciowe.

Ważnym motywem we „Współczesnej rodzinie” jest naiwne – i nieco egoistyczne – funkcjonowanie w przekonaniu o stałości świata. Rodzeństwo musi się zmierzyć ze zmianą na najbardziej „nienaruszalnym” obszarze. To rodzi wiele niewygodnych pytań, zmusza do refleksji, wyjścia poza schematy. Następuje weryfikacja i ewaluacja wspomnień, oddzielenie złudzeń od faktów. Wkrótce okaże się, że nie każda zmiana jest katastrofą, a koniec otwiera nowy początek. Bo ta powieść traktuje przede wszystkim o tym, że w rodzinie „ludzie nigdy nie widzą się nawzajem wyraźnie, patrzą na siebie przez zasłonę łączących ich relacji”. Dlatego warto – jak zauważa Torill – „wyjść na chwilę zza tej zasłony, zastanowić się nad tym, kim się faktycznie jest, i pobyć ze sobą”. Właśnie tę szansę dają sobie rodzice, a potem niejako „wmuszają ją” dzieciom, poniekąd dla ich dobra.

Literatura skandynawska – przede wszystkim ta psychologiczna – przyzwyczaiła nas do wiwisekcji rodzinnych poprowadzonych z chłodną oszczędnością i precyzją (można tu wymienić książki takich autorów jak choćby Majgull Axelsson, Anne B. Ragde czy Jonas Gardell). Helga Flatland doskonale wpisuje się w ten nurt. Interesują ją przede wszystkim ludzie postawieni w trudnej, nieoczywistej sytuacji. Poprzez historię Håkona, Ellen i Liv oraz ich rodziców norweska pisarka pyta o kondycję dzisiejszej rodziny. Szuka odpowiedzi, uczciwie analizuje, wątpi, ale i daje nadzieję. Tym samym tworzy literaturę uniwersalną – taką, w której łatwo się odnaleźć. „Współczesna rodzina” to bardzo ważna książka – i bardzo, nomen omen, współczesna.
Helga Flatland: „Współczesna rodzina”. Przeł. Karolina Drozdowska. Wydawnictwo Poznańskie 2019.