Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (371) / 2019

Jakub Skurtys,

SEZON W SURREALIZMIE (JAKUB KORNHAUSER: 'DZIEWIĘĆ DNI W ŚCIANIE')

A A A
A było to tak: ogary poszły w las, echo ich grania słabło coraz bardziej, aż wreszcie utonęło w milczeniu leśnym. Nie, nie. Inaczej było. Pan zgubił rabarbar, przedwcześnie podcięty, łososiowy z wierzchu. A może jeszcze inaczej: to, co dało się wynieść, zostało wyniesione, a to, co dało się zjeść, zostało zjedzone? Pan nie wracał. Namiastkę władzy przejęli księża i sołtysi. E, tak też nie. Z większą emfazą: Jezus Maria, już po człowieku! Poszedł pan szukać charcików w ścianie. Były zatem charciki, no i pan zgubił charciki, więc teraz w ścianie kładziemy się spać. Jakoś tak, choć nie do końca, bo nić coś zjadło po drodze i sowa czka nam pod kopułą. (W powyższym akapicie wykorzystano dwa niedosłowne cytaty z wierszy, jeden niedosłowny cytat z prozy i trzy nie w pełni dosłowne fragmenty z recenzowanej książki. Szanownego czytelnika uprasza się, aby nie dociekał zanadto.)

„Dziewięć dni w ścianie”, czyli nowa książka poetycka Jakuba Kornhausera, zaczyna się właśnie w ten sposób, od tego zupełnie odjechanego wykrzyknienia o Jezusie i charcikach, a potem jest jeszcze dziwniej, jeszcze mniej logicznie i z całkowitym brakiem przywiązania do wymijanych rekwizytów i obrazów. Całość składa się z czterech cyklów prozy poetyckiej, w której Kornhauser wyraźnie bryluje i za którą dostał już nagrodę im. Wisławy Szymborskiej przy okazji „Drożdżowni” (2015). Te cykle to kolejno tytułowe „Dziewięć dni w ścianie”, „Tydzień w świętym mieście”, „Dekada w żyznym kraju” oraz „Werdykt w odwrotnym pokoju”. Teksty ukazywały się wcześniej, głównie na łamach „Znaku” i w „Piśmie” (pierwsze trzy cykle, wówczas po prostu jako opowiadania, ale żadne tam z nich opowiadania…). Trzy pierwsze łączy też oczywiście zabieg związany z konstrukcją tytułów – wyznaczenie określonego przedziału czasu oraz umieszczenie akcji w „konkretnej” przestrzeni, która tylko z pozoru brzmi konwencjonalnie. W rzeczywistości tytuły poddane są władzy jukstapozycji, której w całej prozie Kornhausera mnóstwo: zderzamy czas i przestrzeń, rejestr (np. awangardowego eksperymentu) z rejestrem (na ogół niskim, ludowym), pewną skalę emocjonalną z zupełnie inną, co chwilę wywodząc oczekiwania czytelnicze w pole.

Gdyby próbować streścić poszczególne prozy, nie byłaby to sprawa łatwa, choć w pewien sposób wykonalna. W tytułowych „Dziewięciu dniach…” podstawą do dziwnej i meandrującej opowieści o stanie umysłowości pewnej wiejskiej osady jest zagubienie się pana lub jego odejście (śmierć może), którego przyczyną jest samotna wyprawa w poszukiwaniu zbiegłych psów myśliwskich. Już jednak owe zdrobniałe i wypieszczone językowo „charciki” sugerują, że chodzi tu o coś więcej: z jednej strony, całość opowiadana jest jakby przez członków wspólnoty, spanikowanych, opuszczonych, podatnych na gusła i ludową metafizykę, z drugiej – przez kogoś, kto regularnie miesza im w głowach i językach. Nie jesteśmy w stanie określić, z jakiego czasu dobiega do nas ten monolog, o jakiej wiosce w górach mówimy (ściana może być równocześnie ścianą masywu, od której prawdopodobnie odpadł pan, jak i ścianą domu, w której zamieszkujemy jak robaki) oraz jaka była rola gospodarza w tej wspólnocie.

Sprzeczne sygnały dobiegają do nas dzięki przemieszaniu w obrębie dwóch/trzech zdań różnych porządków. Z samej opowieści wyłania się zaś bardzo wiarygodny obraz lęku i zagubienia, związanego z utratą jakiegoś metafizycznego punktu odniesienia do realnej władzy. Pan jest bowiem kimś na wzór dziedzica, właściciela ziemskiego z czasów romantycznych, a jego wyprawa za psami i nagłe zniknięcie komentowane jest przez zmetaforyzowany lud, który musi się zmierzyć z odejściem owej wyższej władzy. I nagle opowieść z „Dziewięciu dniu…” zmienia się z surrealistycznego eksperymentu, w którym pewne słowa nieustannie podmieniane są na inne i uzyskują tym samym piętrzące się efekty dziwności, w refleksję o polskiej, ludowej, skolonizowanej świadomości, o tęsknocie za wartościami, o wydziedziczeniu z pewnego metafizycznego porządku, które wiąże się z przemianami niesionymi przez nowoczesnego ducha. I chociaż rzecz – z racji owego pana, dziedzica i myśliwego – nosi znamiona fantazyjnej wariacji o naszym romantyzmie, równie dobrze może dotyczyć współczesności i diagnozować kondycję małomiasteczkową.

Załóżmy jednak, że świat przedstawiony w prozach Kornhausera przybywa z przeszłości, na takiej samej zasadzie, na jakiej przybywało Mickiewiczowskie Soplicowo czy Dukla Stasiuka. W każdej z czterech części tomu mielibyśmy zatem do czynienia z opowieścią o pewnym utraconym już świecie, przychodzącym spoza czasu, ale zamiast sentymentalnej nostalgii, poddanym surrealistycznemu udziwnieniu. Podstawowy problem, który nurtuje w przypadku nowej prozy Kornhausera, to jej przystawalność do naszej rzeczywistości i współczesnych napięć kulturowych. Nie chodzi oczywiście o to, żeby surrealistyczne prozy poetyckie musiały zdawać test mimetycznej zgodności, ale by odpowiedziały na dwa pytania, które przychodzą z dwóch odrębnych porządków. Ten awangardowy, odziedziczony po Bretonie, zapytałby zapewne o produktywność eksperymentu, o zdolność wygenerowania nowych połączeń, które zmieniałyby nasze językowe nawyki, a co za tym idzie również sposoby myślenia i wyobrażania sobie przyszłości. Ten drugi, zachowawczy, chciałby zapewne odpowiedzi na pytanie: czy w tych rozbitych lub krzywych zwierciadłach odbijają się jakieś cząstki naszego świata, powidoki teraźniejszości, czy jest to jedynie „literatura ocalająca”, eskapistyczna, pielęgnująca to, co już przepadło.

Na to drugie pytanie można odpowiedzieć tak: „Dziewięć dni w ścianie” jest książką nader aktualną, nawet bardziej niż „Drożdżownia”, trochę za bardzo przypominającą powieść Juliana Kornhausera „Dom, sen i gry dziecięce”. W poprzednim tomie, formalnie bliższym krótkim prozom Maxa Jacoba, miało się wrażenie, że opisywana tam kraina – trochę dzieciństwa, trochę żydowskiego dziedzictwa, a trochę krakowskiego mieszczaństwa – zbudowana jest z gotowych już języków (i to nie na zasadzie objettrouvé, jak dzieje się często w nowym tomie, lecz przygotowanej uprzednio poetyki). Zaskakiwały oczywiście połączenia, poematowość, surrealistyczne skróty, wizja tryumfu natury nad ludzkimi ruinami poprzemysłowymi, całość jednak oddana była tej wersji oniryzmu, którą znamy z wierszy katastrofistów oraz poetów wiejskich, a którą przedstawił nam w prozie Julian Kornhauser. Tutaj, w „Dziewięciu dniach…” wyraźnie czuć, że alternatywne rzeczywistości nie przychodzą za pośrednictwem odziedziczonej przez młodszego z Kornhauserów wersji wspomnień, lecz z głębin wyobraźni, lektur, gazet i nasłuchów rzeczywistości. Ma to charakter mniej intymny, mniej rodzinny, za to bardziej przypomina polską pamięć zbiorową, która opiera się na zapomnieniu o chłopskich korzeniach i podatna jest na niespodziewane powroty wypartego dziedzictwa. W tym sensie, przez ciągłe wykorzystywanie monologu wypowiedzianego i stylizowanie go na ludowe gawędy (odnotujmy pewne inspiracje tomem „Hurrraaa!”), Kornhauser odzyskiwałby właśnie głos ludu, a równocześnie zachowywał sobie prawo do poetyckiego sproblematyzowania go.

Jeśli jest jakiś wspólny element, który łączy wszystkie cztery cykle, byłoby nim niewątpliwie zamieszkiwanie. Są to bowiem prozy na temat miejsca – o tyle, o ile jest to miejsce mieszkalne, o ile naznaczają je różnorakie ruchy ucieczki, wydziedziczenia, powrotu, budowania, ale i niszczenia (popadania w zniszczenie) domostw i całych miast. Właściwie w omawianej książce dzieje się coś niezwykłego, bo spod warstwy wariacyjnych, ludowych gawęd, pełnych emocji, resentymentu, absurdalnych spekulacjii naiwnej metafizyki świętych obcowania, przebija opowieść o polskim urbanizmie, a właściwie szerzej: o relacji między miejscem zamieszkania i duchem nowoczesności. Jeśli tytułowe „Dziewięć dni…” opowiada o jakimś kafkowskim ruchu izolacji, „ucieczki w ścianę” na skutek utraty metafizycznego zwornika, to kolejne części problematyzują inne ruchy wydziedziczenia z miejsca zamieszkania, opuszczenia domu w poszukiwaniu nowych doświadczeń, potem niemożliwych powrotów na wieś, która zmieniła się już w przedmieścia (z cudownym, subwersyjnym buntem ogrodowych krasnali). Mamy w tych prozach cały bagaż dobrze rozpoznawalnych doświadczeń XX wieku, nawet jeśli przedstawione są jako przygody wędrujących lub usychających domów czy wyznania starych tubylców.

Nowa książka Kornhausera to w dużej mierze opowieść o powolnej śmierci domu-miejsca, albo odwrotnie: o kurczowym trzymaniu się przy życiu samego konceptu domu-miejsca. Nad wszystkim ciąży widmo katastrofy, przemijania, ubywania mieszkańców i przybywania nowych, ale już innych, obcych. Podeprzyjmy to większą garścią cytatów, które przy okazji odsłonią część strategii poetyckich autora, jak animizacje, efektowne puenty, fałszywe podstawienia wyrazów czy ciągłe zderzanie rzeczywistego z fantastycznym: „Przy Szczawnickiej usechł dom, odcinają mu konary, w środku gniazda. Porzucone ozory.”, „Tu się nie mieszka, tylko winduje ceny.”, „Długie rabaty o zmiennej szerokości. Wspólny odpoczynek w przestronnej pergoli. Niestety też problemy. Zmierza się do bankructwa.”, „Zarósł nam dom zieloną palisadą, powój zablokował wejście. Stoi się przed bramką tylko i obserwuje.”, „Tu takie domki pobudowali teraz, pokazuje sąsiad, to już nie to samo miejsce, co kiedyś, wiecie państwo, nawprowadzało się tu różnych spoza miasta”, „Grzeje się tu boazerią, twierdzi sąsiad, który jest zorientowany. Dobudowują kolejne miasta na tyłach (dwa lub trzy), sąsiad już wie: mają tu urządzić grzebalisko.”, „Nocą zakradamy się do byłego miasta, kościół przypomina dinozaurka nadzianego na olbrzymi kaktus”, „Zbuk, zwał, złom, idzie na ostro, uszczupla się kolejne zdzieraki. Na domy padł strach, niektórym łamią się krokwie, innym odpadają ganki, jeszcze innym więdną kominy.”, „Dom zawala się co kwadrans. Zarządziliśmy odwrót, rozczarowanie ogólne, nigdy się nie sądziło, bo kraj żyzny, rzekłbyś, miasta rosną jedno na drugim, staje się tu na baczność”.

Wszystkie cztery cykle wypełnione są poczuciem schyłku, pełzającej katastrofy, której na konkretnym miejscu (zarazem metafizycznie ujętym jako oś świata) dokonuje duch nowoczesności. Owo „rozczarowanie ogólne”, z ostatniego z cytatów, możemy potraktować szerzej, niż jako prostą reakcję na to, że nie jest tak, jak chciano, by było. To rozczarowanie, w którym – mimochodem, poza relacją świadków – odkrywamy równocześnie kruszenie się podstaw zachodniej metafizyki i odchodzenie magicznego świata dzieciństwa. Surrealizm nowej książki Kornhausera, tak ożywczy dla polszczyzny, bo mający tak niewiele wspólnego z oniryzmem, nie próbujący już zaklinać świata w nostalgiczne opowiastki, utrzymane metafizycznymi szwami, jest zaskakująco materialistyczny, pogodzony z tym, że jedyna dostępna nam dziś magiczność jest efektem pracy języka.

Ostatni z cyklów ukazał się – nie trzeba szukać, bo informuje nas o tym nota bibliograficzna – w monografii okołowystawowej „Leon Chwistek. Nowe kierunki w sztuce” [red. Chrobak 2018]. Można zapytać: jak to, prozy poetyckie w monografii o Chwistku? Gdy jednak zajrzymy do eseju Kornhausera z tego tomu, wiele rzeczy rozjaśni się również w sprawie „Dziewięciu dni….” W szkicu tym dokonał bowiem autor zestawienia słynnego manifestu Chwistka „Wielość rzeczywistości w sztuce” z „Manifestem surrealizmu” André Bretona, wskazując na ich pokrewieństwo. Zanim Kornhauser przejdzie jednak do „próby surrealizacji kilku klasycznych z punktu widzenia rozwoju malarskiego prac Leona Chwistka”, a więc tego, co ułożyło się w „Werdykt w odwrotnym pokoju” (w pewnym sensie ten cykl jest więc po prostu poetycką ekfrazą), napisze: „Z jednej strony zatem koncepcja Chwistka zbiega się z dążeniami Bretona do zakwestionowania kanonicznej wizji rzeczywistości świata realnego jako jedynej obowiązującej; ponadto, co wyraźnie wyłania się z obu teorii, dopuszczone zostaje do głosu przeświadczenie o uprzestrzennieniu tej rzeczywistości w postaci szeregu obrazów odsyłających do sfer pozaracjonalności. Przywołanie transcendencji braminów, wsparte zawierzeniem dziecięcej, czystej i niezapośredniczonej w empirii wyobraźni łączy obie, formistyczną i surrealistyczną, wizje rzeczywistości. »Egzotyczne rzeczywistości« Chwistka i Bretonowska »nadrzeczywistość«, choć różniące się na przykład stosunkiem do przypadku jako źródła aktu twórczego, ewokują, jak się wydaje, podobną tęsknotę. Tęsknotę do przekroczenia granic homogeniczności” (s. 52, podkreślenia – moje J.S.).

Owo „uprzestrzennienie rzeczywistości”, która w „Dziewięciu dniach…” jawi nam się w całej swojej rozciągłości, rozlazłości i rozkładzie, ale wciąż na płaszczyźnie, nie buduje hierarchii powierzchni i głębi i dlatego jest gestem z gruntu materialistycznym. Pragnienie przekraczania homogeniczności, realizujące raczej postulat „wielu rzeczywistości”, niż jakiejś jednej, nadrzędnie zdezorganizowanej dzięki sile przypadku, skutkuje zaś u Kornhausera licznymi literackimi heterotopiami.

Od początku, gdy tylko zajrzałem do „Dziewięciu dni…”, miałem z tyłu głowy niedawną lekturę „Pałaców Boga” Chwistka, charakterystycznej dla tego dzieła surrealistycznej maniery prozatorskiej, która skupia się na prezentacji rzeczywistości, na zachowaniu mimetycznego paktu, przy równoczesnym ciągłym zdradzaniu lub odchylaniu się od wierności tej akurat, naszej rzeczywistości. U Kornhausera też nie odniesiemy wrażenia, że to jakiś fantazjotwórczy eksperyment, gra wolnych skojarzeń. Przeciwnie: podmiot umocowany jest bardzo mocno w tamtym świecie, postacie również są przekonane o własnym miejscu. Nic, poza nieprzystawalnością tego świata do naszego, nie wskazuje na jego zaburzony charakter.

Można by te próby zestawić oczywiście z rodzimymi prozami, które czerpią z surrealistycznego ducha – np. „Po drugiej stronie siebie” Elizy Kąckiej, z „Wielorybem, czyli przypadkiem obiektywnym” lub „Sennym żywotem Leonory de La Cruz” Agnieszki Taborskiej, z surrealistycznymi prozami Zbigniewa Herberta. Ale za wiele rzeczy dzieje się tu w warstwie językowej i narracyjnej, zbyt wiele się wymyka, a za mało śni. „Drożdżownia” była znacznie bardziej spójna i regularna, poszczególne teksty stanowiły na ogół jeden, zwarty i stabilny obraz (pejzaż, impresję), choć tworzony za pomocą nie zawsze pasujących do siebie zdań. W nowej książce zbliżony jest temat, ale sam obraz przestaje wyznaczać ramy eksperymentu, przegrywa z żywiołem narracyjności, z pragnieniem opowiadania historii. Jak mówił w jednym z wywiadów Kornhauser: „Klasyczne ekfrazy nie mają sensu, tak myślę. Obrazy są dla mnie istotne jako wyzwalacze nowych historii, zapalniki, których niedocieczoności lubię się poddawać”. [„Zupełnie nieoczekiwane konteksty. Jakuba Kornhausera pytamy o »Drożdżownię«”, http://www.literackapolska.pl/kilka-pytan-do/jakuba-kornhausera-pytamy-o-drozdzownie/]. Wszystkie zapalniki zadziałały, a zaplanowana „próba surrealizacji” dała nader ciekawe efekty. Obok heterotopijnej galerii dziwactw, w której „rozbijamy cyferblaty paskudnych trolejbusów”, a „grzyb nabrzmiał u wezgłowia i poucza nas paskudnymi głoskami”, jak wrota do naszego wymiaru wybłyskują bowiem z nagła liryczne passusy rodem z tekstów Italo Calvino: „Jest to miasto oczywistych pomyłek, przejęzyczeń wynikających z braku cierpliwości. Nawet gdybyśmy mieli okazję przedostać się w pobliże jego serca, nie miałoby dla nas litości” (s. 43). Podstawmy tym zdaniom metaliteracką nogę: „Dziewięć dni w ścianie” to proza oczywistych pomyłek, przejęzyczeń wynikających z braku cierpliwości i nawet gdybyśmy mieli okazję przedostać się w pobliże jej serca… „Wiemy, psze pana, i właśnie dlatego staramy się pełznąć jak najszybciej, mieląc chimeryczne ścianki i przepierzenia z góralburgerów. Przemy, inaczej mówiąc: taran bojowy, mimo że na okrętkę. Gdzieniegdzie balustrada zwinięta jak wyobraźnia. Uciekaj, poskrom śpiącość!” (s. 46).

LITERATURA:

Kornhauser J.: „Chwistek. Awangarda obok awangardy”. W: „Leon Chwistek. Nowe kierunku w sztuce/ New Trends in Art”. Red. K. Chrobak. Kraków 2018.
Jakub Kornhauser: „Dziewięć dni w ścianie”. Wydawnictwo Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury  w Poznaniu. Poznań 2019.