Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (371) / 2019

Rafał Strózik,

JEDNOWYMIAROWOŚĆ, EFEKCIARSTWO I DUCHOTY (MIŁOŚĆ, ŚMIERĆ I ROBOTY)

A A A
Jak podaje „Business Insider”, w 2017 roku włodarze Netflixa przeznaczyli na filmowe oraz serialowe produkcje aż 6 miliardów dolarów. W roku następnym środki produkcyjne na wspomniany cel zostały podniesione już do 8 miliardów (https://www.businessinsider.com/confirmed-original-shows-coming-to-netflix-2018-2017-12?IR=T#lovesick-season-3-released-january-1-1). Pomimo zaistniałych w ostatnich miesiącach kontrowersji związanych m.in. z nagłym zakończeniem seriali w uniwersum Marvela – marki, do której prawo jest w posiadaniu Disney’a, który dąży do utworzenia własnej platformy streamingowej – pozycja Netflixa na rynku zdaje się nie ulegać zachwianiu. Plejada doskonale znanych bywalcom internetowych „wypożyczalni” filmowych tytułów takich jak „BoJack Horseman”, „Stranger Things” czy „Altered Carbon” została zasilona o „Miłość, śmierć i roboty” – miniserial, którego twórcą jest Tim Miller. Autor konceptu może być znany wielu przede wszystkim z reżyserii pierwszej części kinowych przygód „Deadpoola”, choć specjalizuje się on w tworzeniu efektów specjalnych do gier oraz filmów. Pomysłodawca serii jest założycielem Blur Studio, które odpowiadało m.in. za pomoc przy efektach specjalnych do drugiej części „Mass Effect” czy „Scott Pilgrim kontra świat”. Jednym z licznych producentów produkcji został David Fincher – człowiek odpowiedzialny chociażby za „Siedem” i „Podziemny krąg”.

Według zapewnień twórców „Miłość…” jest zbiorem krótkometrażowych powieści animowanych, choć zdarzają się tutaj i odcinki z udziałem fizycznych postaci ludzkich. Zdecydowaną większość historyjek utrzymano w gatunku science fiction, przy czym warto odnotować, że pojawiają się i odcinki z mocno eksponowanymi wątkami magicznymi. W przeciągu kilku godzin seansu widz dostanie okazję bycia biernym uczestnikiem brawurowego napadu cyborgów na konwój, wycieczki turystycznej robotów po zrujnowanym świecie czy wariacji mitu o Ikarze. W stopce deskrypcyjnej produkcji widnieje informacja, iż mamy do czynienia z serialem z kategorii „zagmatwany, emocjonujący” i opis ten zdaje się odzwierciedlać skomplikowaną naturę dzieła w sposób przewrotnie niezamierzony. Twór Millera jest bowiem serialem, który może wzbudzić w widzu skrajne, lecz niekoniecznie pożądane i konstruktywne emocje, po czym pozostawić go w poczuciu ambiwalencji lub wręcz niechęci bądź wrogości.

Nie sposób przemilczeć faktu, że twórcy produkcji obrali sobie za cel „krytyczny namysł” nad kulturą patriarchalną, co sprowadza się w przypadku zdecydowanej większości odcinków do bezwarunkowego demonizowania mężczyzny, najczęściej białego, poprzez przypisywanie mu źródłowości wszelkiej nierówności, przemocy, wyniszczenia i uprzedmiatawiania słabych jednostek lub grup społecznych. Pomimo iż próby namysłu nad szeroko rozumianą kulturą zachodnią nie są obecnie już niczym nowym ani nadzwyczajnym w sztuce audiowizualnej, to w przypadku „Miłości…” forma, a raczej intensyfikacja zjawiska przekształca dialog między twórcami a widzami w pretensjonalny i moralizatorski monolog, co staje się momentami nie do wytrzymania. Widz atakowany jest obrazami okaleczeń sfer genitalnych podstarzałym erotomanom; zarówno werbalnym, jak i niewerbalnym „ucieraniem nosa” arystokratom oraz bogaczom należącym do płci męskiej; wytykaniem ignorancji i niewiedzy męskiej klasie średniej. W tym samym czasie odbiorca raczony jest niejednokrotnie podprogowym mitologizowaniem reprezentantów mniejszości oraz outsiderów społecznych, którzy jako jedni z nielicznych zasługują na aprobatę autorów większości odcinków. To nieustanne poczucie obcowania z silnie zaangażowanym ideologicznie tworem, w którym nie ma, siłą rzeczy, miejsca na jakąkolwiek polemikę czy refleksję ze strony odbiorcy, sprawia wrażenie mierzenia się z nachalną propagandą. O ile należy mieć na względzie, że wszelkie twory kulturowe nasączone są, w mniejszym bądź większym stopniu, poglądami ich twórców, o tyle w tym konkretnym przypadku natężenie zawartych w dziele postulatów przesłania pozostałe walory artystyczne.

Kiedy serial pokazuje swe atrakcyjniejsze oblicze? Wtedy, gdy nie rości sobie kompulsywnie prawa do wychowywania widza i koncentruje się na dostarczeniu mu czystej rozrywki oraz gdy podejmuje się zabawy formą i konwencją. Odpieranie fal piekielnych istot przez sowiecką grupę specjalną czy nieco oniryczna historia artysty światowej sławy, który przymierza się do odsłonięcia swego opus magnum, potrafią dostarczyć ludycznych oraz estetycznych wrażeń. W przypadku „Miłości…” paradoksalnie tylko wtedy odbiorca ma możliwość jakiegokolwiek autonomicznego namysłu nad poruszonymi przez twórców poszczególnych odcinków zagadnieniami. To jednak zdecydowanie rzadkie zjawisko.

Poczucie rozczarowania dodatkowo wzmożone jest faktem, że narzucająca się widzowi normatywna pulpa, o której mowa powyżej, w znacznym stopniu przykrywa kunszt, jakim uraczyli swych widzów graficy komputerowi oraz osoby odpowiedzialne za audiowizualną stronę produkcji. Niejednokrotnie imponujące efekty, wybuchy, rozbłyski oraz przepiękne komputerowo wygenerowane pejzaże i towarzyszące temu wszystkiemu soczyste barwy, w połączeniu z popularnym w ostatnich latach prądem synthwave, stanowią tu sztukę samą w sobie.

Dla osób lubujących się w wyszukiwaniu rodzimych akcentów w zagranicznych produkcjach wart odnotowania może być fakt, że nad produkcją pracowało kilku Polaków czy też osób o polskich korzeniach w departamencie kierunku artystycznego i managementu (m.in. Magdalena Machalica, Maciej Rebisz i inni), co zdecydowanie przełożyło się na przemycenie narodowych „wtrętów” do serialu. Co rusz natknąć się można na polsko brzmiące nazwiska i odniesienia do polskiej kultury. Miłośnicy polskich „śladów” być może uznają to zatem za dodatkowy atut dzieła.

Niech nie da się zwieść ten, kto sądzi, że „Miłość…” jest próbą rozliczenia się twórców z jakąkolwiek kulturą czy historią. Najnowsze dzieło Tima Millera nie stawia trudnych pytań ani też niespecjalnie sili się na refleksję nad kondycją współczesnego człowieka. Tłumaczy za to, „jak jest”, zarazem wyjaśniając, „jak być powinno” i w jakich okolicznościach „byłoby lepiej”, przy jednocześnie nachalnym przyjęciu roli kapłana moralności oraz wartości. Quo vadis, Netflix?
„Miłość, śmierć i roboty”. Twórca: Tim Miller. Reżyseria: Tim Miller, Gabriele Pennacchioli, Víctor Maldonado i in. Scenariusz: Tim Miller, Philip Gelatt John Scalzi i in. Obsada: Christopher L. Parson, Yuri Lowenthal, Nolan North, Emily O’Brien, Kirk Thornton i in. Produkcja: USA 2019, 15 min. // 220 min.