ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (372) / 2019

Miłosz Markiewicz,

NAWRÓCENIE DEFETYSTY (REBECCA SOLNIT: 'NADZIEJA W MROKU')

A A A
Ten tekst miał się nazywać „Nadzieja umiera ostatnia”. Chciałem w ten sposób nawiązać do klasycznej już książeczki Haliny Birenbaum, wspomnień z czasów Holokaustu, które zakupiłem wiele lat temu podczas wizyty w Muzeum Auschwitz-Birkenau. Miałem kilkanaście lat i publikacja ta wydawała mi się ważna, jednak z dzisiejszej perspektywy widzę, że nie potrafiłem docenić wagi jej treści, a przede wszystkim ciężaru jej tytułu. „To niezwykle znaczące, że osoby, które mają najwięcej do stracenia, mają też często najwięcej nadziei” (s. 249) – czytam dziś u Rebekki Solnit i zdaję sobie sprawę, jak wiele siły potrzeba, by zaufać nadziei w tak niespokojnym oraz niepewnym czasie. Nadziei, która sama w sobie nie niesie przecież żadnego konkretu, nie daje obietnicy stabilizacji ani pewnej przyszłości. Nadzieja jest rozedrgana i krucha. A jednak ocala życie, pozwala wytrwać – staje się w ten sposób narzędziem walki oraz oporu. Niewiele ma wspólnego z biernością czy oczekiwaniem na to, co nadejdzie. Jest niczym wyzwanie rzucone światu oraz hegemonicznie narzucanym zasadom. Trzeba mieć wiele siły i odwagi, by oddać się nadziei, by postawić na nią wszystko, co się posiada, a przede wszystkim własne życie. Nadzieja nie jest przecież „wiarą w to, że wszystko było, jest czy będzie dobrze (…). Nie jest radosną paplaniną o tym, że wszystko zmierza ku lepszemu, choć może stanowić przeciwwagę dla utartej śpiewki o świecie schodzącym na psy. Można by ją nazwać opowieścią o zagmatwaniu i niepewności, z których wyrasta możliwość nowego otwarcia” (s. 9–10).

W trakcie przygotowywania notatek i ramowego planu tekstu, spisywania fragmentów, z których będę składał swoją recenzję, zdałem sobie sprawę, że powinienem przybrać nieco inną pozycję. Nie zdystansowanego czytelnika, ale człowieka, przeciwko któremu napisana została ta książka. Już w trakcie lektury czułem, że Solnit – jak zwykle zresztą – oddziałuje na mnie w sposób niezwykły, że pozostawia wiele do przemyślenia, podrzuca tropy, którymi chcę później podążać. Dopiero jednak próba poukładania tego w całość uświadomiła mi, że lektura „Nadziei w mroku” okazała się dla mnie doświadczeniem niezwykle ważnym, wręcz formującym.

Po doskonałym i głośnym zbiorze esejów „Mężczyźni objaśniają mi świat” i monumentalnym „Zewie włóczęgi” wydawnictwo Karakter postanowiło przybliżyć polskim czytelniczkom i czytelnikom książkę Solnit, która pomimo 15 lat mijających od pierwszego wydania nie straciła ani trochę na aktualności, a wydaje się, że wręcz przeciwnie – z każdym dniem staje się pozycją jeszcze ważniejszą w obliczu niespokojnych czasów, w których przyszło nam żyć. „Nadzieja w mroku” jest niczym podręcznik aktywizmu i niewątpliwie tak powinna być traktowana. To jednakowoż podręcznik nietypowy, w zdecydowanie antyszkolnym stylu, raczej skłaniający do rewolucyjnych refleksji niż dający gotowe rozwiązania. Nadzieja jest bowiem według Solnit „czymś, co zdobywamy, kopiąc tunele, wybijając okna, otwierając drzwi i znajdując ludzi, którzy czynią podobnie” (s. 256). Podobnie jak w przypadku wspomnianej przeze mnie książki Birenbaum, stanowi ona wyraz niezgody wobec tego, co zastane. „Nadzieja tkwi w założeniu, że nie sposób przewidzieć, co się stanie w przyszłości, i że w tej szczelinie niepewności pojawia się przestrzeń do działania” (s. 10). I do takiej właśnie wiary w sprawczą moc aktywizmu zachęca nas autorka. Obok bardziej abstrakcyjnych, choć w uroczy sposób uwodzicielskich refleksji, przywołuje – jak to ma w zwyczaju – konkretne przykłady społecznych akcji, które zmieniły oblicze świata. Mamy więc upadek muru berlińskiego, koniec apartheidu, meksykańską rewolucję zapatystów, protesty przeciwko wojnie w Iraku, antyglobalistyczne protesty podczas szczytu Światowej Organizacji Handlu w Seattle czy aksamitną rewolucję w Czechosłowacji, by wspomnieć jedynie te najnowsze. Solnit zauważa: „Stare sojusze topnieją tak samo, jak lód na biegunie, tyle że w tym wypadku rozpad niesie wyzwolenie, oznacza narodziny w całkiem nieznanym, nowym wspaniałym świecie” (s. 201).

To książka napisana przeciwko politycznej bierności i bezczynności. Przeciwko bezczynności polityków, którzy zdążyli już zbyt wygodnie rozsiąść się na swoich pozycjach, którzy już dawno przestali uprawiać typ demokracji zwany przedstawicielską, a zamiast tego dbają jedynie o własne interesy. Przeciwko bierności obywatelek i obywateli, którzy uwierzyli w narrację, iż ich wola oraz głos nie mają znaczenia, którzy oddali władzę w ręce innych, nie zauważając, że oddali im w ten sposób swoje własne życia. To w końcu książka napisana „przeciwko nastrojom defetystycznym i lekceważeniu, które są aż nazbyt rozpowszechnione” (s. 247). Ostatnie zdanie uświadamia mi więc, że jest to książka napisana przeciwko mnie i mojej postawie. Przeciwko defetyzmowi, który od pewnego czasu przejął znaczną część moich przemyśleń o świecie i człowieku. W zasadzie przestałem już poszukiwać rozwiązań czy dróg, którymi można by pójść w celu choć minimalnej naprawy obecnej sytuacji. Raczej z pokorą i zrozumieniem dla wszechobecnej beznadziei odliczam dni do końca świata, który znamy, a przede wszystkim do zagłady (bądź samozagłady) naszego gatunku.

Tymczasem Solnit postanowiła mi udowodnić nie tylko naiwność mojej postawy, która w zasadzie niewiele różni się od bezmyślnego powtarzania, że „będzie dobrze”, ale przede wszystkim uświadomić, że dałem się oszukać kapitalistycznej zasadzie, iż „zwycięzca bierze wszystko”. Jak pisze: „Całkowite zwycięstwo zawsze wydawało się świeckim odpowiednikiem raju (…). Absolutyści ze starej lewicy wyobrażali sobie, że takie zwycięstwo, gdy nadejdzie, będzie całkowite i trwałe, co praktycznie jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że zwycięstwo było i jest niemożliwe, i nigdy nie nadejdzie” (s. 27). Tymczasem „raj nie jest miejscem, do którego się przybywa, lecz samą podróżą” (s. 153). Defetyzm bierze się z braku wiary z możliwość zwycięstwa. Tymczasem permanentne zwycięstwo to zabójstwo wartości, w imię których prowadzona jest walka. Niczym bumerang w książce Solnit powracać będzie Wielka Rewolucja Francuska, która jest chyba najlepszym przykładem tej tezy. Trzeba więc przedefiniować zwycięstwo, nie postrzegać go w kategoriach całkowitych. Szereg małych zwycięstw ma większe znaczenie niż nieprzynosząca żadnego efektu bierność. Autorka ma świadomość, że nie zmienimy świata. Przynajmniej na pewno nie w ten sposób, w jaki byśmy to sobie wyobrażali. Ale wiedza ta nie staje się dla niej podstawą defetyzmu, a wręcz przeciwnie. Solnit zadaje w tym kontekście pytania o sens aktywizmu i znajduje go właśnie w tytułowej nadziei. Nie może nam ona obiecać niczego stałego – oferuje jedynie nieprzejrzystość, niepewność i wątpliwości. Przede wszystkim jednak nie pozwala zatopić się w marazmie i bezczynności.

Dlaczego autorka tak stanowczo występuje przeciwko politycznej bierności? Przypomina nam bowiem, że stan, który znamy – jak chociażby prawa kobiet czy brak niewolnictwa – nie istnieje od zawsze, a został wywalczony właśnie w ramach społecznego aktywizmu. Działaczki i działacze nie zmienili może świata, nie wywrócili go do góry nogami, ale udało im się zasiać w społecznej świadomości niepewność odnośnie dotychczasowych zasad. Dziś sytuacja sprzed zaledwie stu lat, gdy kobiety nie miały w Polsce praw wyborczych, wydaje nam się niewyobrażalna. A jednak potrzeba było długiego i żmudnego procesu, który zachodził w różnych miejscach na świecie, by sytuacja mogła zmienić się na taką, jaką znamy dzisiaj. „Nie możemy czekać, aż wszystko stanie się osiągalne – to zbyt długo” (s. 49) – powie więc Solnit i zachęcać będzie do dalszych politycznych aktywności. Choć nie jesteśmy w stanie przewidzieć kierunku naszych działań, choć nie możemy mieć nawet pewności, iż zmiana pojawi się za naszego życia, choć napotykać będziemy na przeszkody i porażki, nie powinniśmy się poddawać. „Polityczna czujność bez aktywizmu oznacza przyglądanie się spustoszeniu ze wzrokiem zwróconym ku centrum wydarzeń. Już sam aktywizm rodzi nadzieję, gdyż stanowi pewną alternatywę i odwraca nas od zniszczeń w centrum, byśmy stanęli twarzą w twarz z niebywałymi możliwościami, z bohaterami i bohaterkami czekającymi gdzieś na uboczu, a niekiedy u naszego własnego boku” (s. 66).

Autorka wierzy w siłę oddolnych inicjatyw i obywatelskiego aktywizmu. Nie zgadza się – co znamy z jej wcześniejszych publikacji – na narzucone zasady, na autorytaryzm władzy, na tyranię pozornie silniejszych. Zauważa bowiem, że daliśmy się oszukać paradoksalnej sytuacji, gdy jednostki wmówiły masom, iż są w jakiś sposób predestynowane do tego, by nimi zarządzać, podczas gdy „władza sięga korzeniami ustroni i marginesów, (…) kryje się gdzieś na rubieżach, nie zaś w centrum, na oświetlonej reflektorami scenie. Nasza nadzieja, a często także nasza władza” (s. 13). Jest więc pełna wiary w siłę społecznego przebudzenia. Daleko jej jednak do naiwności – nie oczekuje ruchów pokroju wspomnianej już Wielkiej Rewolucji Francuskiej (którą chętnie przywołuje nie tylko w różnych miejscach publikacji, ale przede wszystkim poświęca jej jeden z esejów stanowiących apendyks do trzeciego wydania książki). Zmiany dokonują się powoli, wręcz niezauważalnie. Jeśli już mówimy o walce ze strukturami władzy, to musimy uświadomić sobie, że struktury te trwają – w mniej lub bardziej niezmienionej formie – od tysięcy lat. Walka o zmianę powinna być więc postrzegana raczej jak kropla drążąca skałę. Nie dokonamy nagle rewolucji, nie urzeczywistnimy snów o raju na ziemi. Pozwolimy jednak rzeczywistości zafunkcjonować na nieco innych zasadach, wpuścimy rozedrganie i niepewność w jej fundamenty. Zadamy niewygodne pytania i będziemy je zadawać dopóty, dopóki nie otworzą się kolejne oczy, a kolejne usta nie dołączą do pytającego chóru. Jak zauważa bowiem Solnit, radykalność jakichkolwiek zmian jest jedynie pozorna – one nigdy nie dzieją się nagle, stanowią raczej wypadkową i efekt działań podejmowanych w wielu miejscach, na rozmaitych poziomach, na przestrzeni szeregu lat. Zmiany, o których tu mowa, są jak grzyby – wyrastają z niedostrzegalnej, ale rozległej podziemnej grzybni, która łączy je ze sobą, a jednocześnie zajmuje powierzchnię o wiele większą niż same jej owocniki. Dlatego też zmiany te, „społeczne, kulturowe i polityczne nie zachodzą w sposób przewidywalny ani wedle określonego harmonogramu” (s. 24).

Solnit, jako sprawna obserwatorka rzeczywistości politycznej i społecznej, dostrzega światełko nadziei w rozmaitych przejawach oraz kontekstach codzienności – czasowych czy geograficznych. Wieszczy czas zmian, jakby słyszała buzującą krew i wyczuwała społeczne nastroje oburzenia. Jak pisze: „W wielu krajach została uwolniona niezwykła potęga wyobraźni, pozwalająca nam odkrywać siebie na nowo, nawet jeśli niełatwo orzec, w jaki sposób ta wyobraźnia zdoła przeciwstawić się morderczemu ciężarowi neoliberalizmu, fundamentalizmu, zniszczeniu środowiska i doskonale się sprzedającej bezmyślności” (s. 203). Warto w tym miejscu przypomnieć, że książka była pierwotnie pisana na przełomie lat 2003/2004, stanowiąc niejako przejaw niezgody na działania administracji drugiej kadencji prezydentury George’a W. Busha w USA. Jej popularność sprawiła jednak, że została wydana jeszcze dwukrotnie – po raz ostatni (i na tym właśnie, trzecim wydaniu, bazuje polska edycja) w 2016 roku. Pozwala to więc zauważyć, że Solnit nie pomyliła się w swoich diagnozach – od tego czasu byliśmy świadkami chociażby Pomarańczowej Rewolucji w Ukrainie, Arabskiej Wiosny, ruchów Occupy Wall Street, Black Lives Matter czy #metoo, które mniej lub bardziej odmieniły oblicze świata, w którym żyjemy. Gdy piszę te słowa, w Hongkongu trwają masowe protesty przeciwko projektowi ustawy o ekstradycji. Największe protesty od 1997 roku, gdy podjęto decyzję o przekazaniu Hongkongu Chinom. Potęga wyobraźni, o której pisze Solnit, a jednocześnie napędzająca ją niepewność oraz nieprzejrzystość nadchodzącej przyszłości uruchomiły pokłady nadziei, które skłoniły ludzi do wyjścia na ulice i bezpośredniego wyrażenia swojego sprzeciwu. Bo przecież „nadzieja to siekiera, którą rozrąbuje się drzwi w sytuacji nagłej konieczności (…). Nadzieja oznacza po prostu, że inny świat jest możliwy, a nie że jest ziemią obiecaną, bowiem jego nadejścia nic nie gwarantuje. Nadzieja domaga się działania” (s. 36).

Warto również zwrócić uwagę na graficzną stronę publikacji, a właściwie okładkę autorstwa Przemka Dębowskiego. Wzór, który na niej widzimy, przypomina promienie słoneczne odbijające się w rozchodzących się wodnych kręgach. Niczym aktywizm, o którym pisze autorka, każda zmarszczka na wodzie uruchamia kolejną, dzięki czemu rozprzestrzeniają się dalej i dalej, niosąc ze sobą świetliste promienie. Choć źródła światła może już nie być na horyzoncie, jego refleksy wciąż będą się jeszcze odbijały na wodnej tafli. Wydaje się, że „Nadzieja w mroku” nie mogła doczekać się bardziej wymownej, a jednocześnie poetyckiej okładki.

Nie twierdzę, że lektura Solnit radykalnie zmieniła moje życie i spojrzenie na świat. Wciąż bliskie mi jest smutne potakiwanie głową, gdy myślę, czytam bądź słyszę o nadchodzącej katastrofie klimatycznej, zagładzie gatunków (zwłaszcza ludzkiego) czy wojennych konfliktach. Wciąż trudno mi wyobrazić sobie inną przyszłość niż ta, w której – zgodnie ze słowami T.S. Eliota – świat na naszych oczach kończy się „nie hukiem, lecz skomleniem”. Sęk w tym, że zmiana, jaka we mnie zaszła, jest dokładnie tą, jakiej oczekiwała autorka „Nadziei w mroku”. Nie nabrałem nagle pewności, że „będzie lepiej”. Nabrałem jednak wątpliwości co do pewności mojej wizji przyszłości. A przecież właśnie niepewność i wątpliwość to fundamenty nadziei. Solnit sama zresztą nie ukrywa: „wojny wybuchną, planeta się ogrzeje, gatunki wymrą, jednak to, jak wiele wojen, o ile stopni i które gatunki uda się ocalić, zależy od tego, czy podejmiemy jakieś działania. Przyszłość pogrążona jest w mroku” (s. 37). Ów mrok warto jednak postrzegać w sposób pozytywny. Przyzwyczailiśmy się, by zgodnie z judeochrześcijańską tradycją wartościować ciemność negatywnie. Tymczasem – idąc tropem rzeczonej tradycji – towarzyszy nam ona od zarania dziejów, to ona była początkiem, to dopiero z niej wydzielona została światłość. Rzeczywistość podszyta jest więc mrokiem, który – zgodnie z myślą Solnit czy Virginii Woolf – pozostaje nieprzenikniony, ale nie przerażający (zob. s. 31). Ciemność nie jest więc tym, czego powinniśmy się bać. Niesie ona bowiem ze sobą nieograniczoną potencjalność, której zapewne jeszcze nie rozumiemy, ale która pozostawia w nas kiełkującą niepewność. Ciemność okazuje się tym, do czego powinniśmy powrócić, by zrozumieć, że kształt świata, jaki dostrzegamy, nie jest obrazem stabilnym. Że światło, które pozwala nam czuć się pewnie i bezpiecznie, ma raczej skłonność do oślepiania i zaślepiania.

Solnit nauczyła mnie więc ponownie umiejętności, o której dawno już myślałem, że bezpowrotnie ją utraciłem. Nie zmieniła się moja krytyczna ocena świata i ludzkich działań, ale, w myśl podstawowej zasady teorii krytycznej czy filozofii, znów odczuwam podniecający dreszczyk zwątpienia. Czuję, że zostałem wytrącony z pozycji, którą zająłem już jakiś czas temu. I to wytrącony w niespodziewanym wręcz kierunku. Nagle dostrzegam oraz doceniam pojawiające się tu i ówdzie przebłyski nadziei. Z ciekawością będę się przyglądał, co też może się z nich urodzić. Kto wie, może nawet dam się im kiedyś ponieść…
Rebecca Solnit: „Nadzieja w mroku. Nieznane opowieści, niebywałe możliwości”. Przeł. Anna Dzierzgowska, Sławomir Królak. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2019.