Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (372) / 2019

Ewa Szkudlarek,

W CIENIU PARASOLI ('KANAPKA Z CZŁOWIEKIEM', REŻ. JERZY SATANOWSKI)

A A A
Nie ulega wątpliwości, że Jacek Kaczmarski to jeden z najbardziej znanych pieśniarzy, artysta owiany legendą – zbuntowany i niepokorny wobec systemu politycznego, społecznej konsumpcji, wreszcie człowiek zmagający się z agresywną chorobą, wadzący się z Bogiem, a także szukający ukojenia w świecie poetyckiego słowa oraz w impulsywnych uderzeniach w struny gitary. Spektakl „Kanapka z człowiekiem” w poznańskim Teatrze Nowym nie jest próbą odtworzenia portretu psychologicznego, ale pejzażem wspomnień, utkanym z różnorodnych piosenek znanego barda. Chciałoby się powiedzieć, w nawiązaniu do konwencji telewizyjnego programu, że nie tylko „pejzaż bez Ciebie”, ale przede wszystkim „pejzaż o Tobie”. Sam autor biografii o Jacku Kaczmarskim, Krzysztof Gajda wspomina, iż „model sztuki uprawiany przez Kaczmarskiego był złożony z tekstów, muzyki, wykonania na scenie. (…) Ale nie sposób pojąć całkowicie jego twórczości bez zrozumienia naturalnego tworzywa, jakie stanowiła dla niego codzienność. Wcale nie szara, jak zwykło się ją określać. Jacka życie było barwne, bujne i bogate – przed rozpoczęciem pracy nad tą książką nie miałem pojęcia jak bardzo. Obfitowało w wiele radosnych momentów i wiele decyzji, które pewnie wolałby wymazać z pamięci. Ale zawsze wszystkie sytuacje, które przeżywał, stawały się tworzywem jego wierszy i piosenek. Nie wspominając o prozie, która wprost żywiła się autobiografizmem” (Gajda 2009: 8).

Sam tytuł spektaklu „Kanapka z człowiekiem” został zaczerpnięty z wiersza Kaczmarskiego. Rzecz nie dotyczy tylko samego „zjadania” kanapki, ale w metaforycznym ujęciu „nadgryzania” świata, „przełykania” zdarzeń i „trawienia” rzeczywistości. Utwór odnosi się do problemów psychologicznych i socjologicznych związanych z epoką konsumpcjonizmu. Reżyser Jerzy Satanowski wybrał dla tego przedstawienia formułę klasycznego koncertu piosenek aktorskich przeplatanych recytacją wierszy czy odczytem zapisanych wspomnień. Można zastanawiać się – czasem spierać lub polemizować – dlaczego w spektaklu pojawiły się te, a nie inne utwory. Z pewnością każdy odbiorca z młodego lub starszego pokolenia mógłby stworzyć swoją listę piosenek znanego barda, czerpiąc z ogromnej spuścizny artysty.

Poszczególne piosenki, takie jak „Przedszkole”, „Nasza klasa”, „Dzieci Hioba”, „Czerwony autobus”, „Obława”, „Krzyk”, „Rozstrzelanie”, „A my nie chcemy uciekać stąd”, „Autoportret Witkacego”, „Powrót” i „Źródło” tworzą w spektaklu „Kanapka z człowiekiem” pejzaż wewnętrzny artysty: malowany słowem i dźwiękiem, rozciągnięty między wyobraźnią a tym, co mieści się w prozie życia. To kartki wyrwane z notatnika codziennych zdarzeń, zapisy na taśmie magnetofonowej własnych myśli, obrazy powstające w głowie, wybrane fragmenty z życia, przypadkowe spostrzeżenia, przebłyski wspomnień. Można zatem usłyszeć piosenki w wykonaniu młodych i dojrzałych, urodziwych i charyzmatycznych aktorek w następującym składzie: Pamela Adamik, Bożena Borowska-Kropielnicka, Karolina Głąb, Oliwia Nazimek, Agnieszka Różańska. Te kobiece interpretacje utworów Kaczmarskiego podkreślają niepokój i zadumę nad losem człowieka, wyrażają lęk i świadomość przemijania, a także dążenie do szczęścia i zatracenie w upojeniu erotycznym. Chwilami pojawia się cyniczna drwina i bunt wobec polityki, wreszcie element spontanicznej zabawy i budowanie atmosfery grozy. Te piosenki wprowadzają w nastrój nostalgii i wzruszenia wokół tego, co składa się na życie każdego człowieka.

Każdy utwór to mała etiuda aktorska z odpowiednim gestem i zachowaną pozą, subtelnym uśmiechem i dwuznaczną miną. Natomiast „Raj” w wykonaniu Marcina Januszkiewicza to przejmująca interpretacja, oddająca poczucie bólu i desperacji, stan zagubienia połączony z szukaniem iskry nadziei.

Oczywiście nie mogło w przedstawieniu zabraknąć legendarnych „Murów” – tym razem w wykonaniu Agnieszki Różańskiej. Ta piosenka, napisana w 1978 roku, zaznaczyła swój szczególny ślad w biografii Kaczmarskiego. To dzięki niej po sierpniu 1980 roku obwołano go „bardem Solidarności”. Utwory artystów żyją własnym życiem i to często niezależnym od intencji autora. W latach osiemdziesiątych społeczeństwo oczekiwało pieśni o wolności, o buncie wobec opresyjnej władzy. Kaczmarski funkcjonował w świadomości społecznej jako bard-rebeliant. Słowo „bard” stało się niezwykle popularne w owych czasach, a poza tym upowszechniło się przekonanie, że bard to reprezentant opozycji. Gitarowi poeci, do grona których należał Kaczmarski, wyglądali jak działacze studenckich organizacji opozycyjnych czy podziemni drukarze. Nosili długie swetry, buty traperki, plecaki i drewnianą biżuterię. W miarę upływu czasu zmieniły się gusta publiczności oraz ich wrażliwość. W ostatniej dekadzie PRL nastąpił polski „boom rockowy”, który stał się zapowiedzią zmierzchu bardów.

Na początku lat dziewięćdziesiątych Kaczmarski jako artysta stopniowo tracił swoją popularność i schodził w cień zapomnienia. A poza tym „od niewiadomych już czasów irytowała go też gęba barda „Solidarności”, pieśniarza politycznego, autora nieśmiertelnych „Murów”. Teraz, im mniej był słuchany, tym grubsza warstwa rdzy zaczynała pokrywać jego zbroję. (…) Postanowił raz jeszcze podjąć straceńczą grę o wszystko. Zabić barda, ośmieszyć „Solidarność” i Polskę, opluć siebie i swoich przyjaciół. Po to, żeby wyjść czysty, jako Jacek Kaczmarski – pisarz. Artysta. (…) Piosenki, które przychodziły mu tak łatwo, przyniosły mu sławę, ale nie poważanie” (Gajda 2009: 245).

Kaczmarski dążył do stworzenia swojego portretu artysty na nowo. Wydał album muzyczny „Sarmatia”, powieść „Autoportret z kanalią”, napisał tekst do blues-opery „Kuglarze i wisielcy”. Artysta wówczas nie epatował szczególną indywidualnością i wyjątkowością, ani też przekonaniami lub poglądami. Mówił o sobie znacznie mniej niż można się było spodziewać, ale to, co wyrażał, miało odpowiednią wartość. Jako poeta znał wagę słowa, liczył się z nim, nie nadużywał znaczeń. Pisał, ale nie rzucał słów na wiatr. Otaczająca rzeczywistość nie napawała go optymizmem, lecz pesymizmem – chwilami stawała się przygnębiająca i przerażająca, by nie powiedzieć katastroficzna. I było w tym jakieś wewnętrzne przeczucie rozpadu własnego świata. Kaczmarski zaczął odczuwać ból gardła, miał problemy z przełykaniem jedzenia, śpiewaniem, mówieniem, kaszlał i ostatecznie usłyszał diagnozę o nowotworze złośliwym przełyku.

Spektakl „Kanapka z człowiekiem” składa się z dwóch tematycznie uporządkowanych wspomnień. Pierwsze dotyczy czasów młodzieńczej świeżości, spektakularnej kariery, aplauzu publiczności i bycia bożyszczem tłumu. Drugie natomiast jest związane z wiekiem dojrzałym, okresem wyciszenia i wsłuchania się w swoje chore ciało. Taka dwudzielność spektaklu znajduje odwzorowanie w budowaniu scenicznej przestrzeni. Znajduje się w niej miejsce z mikrofonami, przeznaczone do występów, oraz mały kącik ze stolikiem i magnetofonem, służący do tworzenia, zapisywania i bycia sam na sam ze sobą. Prezentacja rzędu białych, szpitalnych łóżek sprawia, że nad całością unosi się przekonanie, że jedyny, ważny oraz ponadczasowy temat to życie i śmierć.

Przedstawienie o Jacku Kaczmarskim jest próbą zwrócenia uwagi na problem choroby, która powoduje, że sens nadawany życiu rozpada się i próżno szukać jakiegoś oparcia. Dramat artysty polega na nieumiejętności wyjścia poza samego siebie oraz wydostania się z kręgu własnych lęków i urojeń. W pomrokach rzeczywistości dominującą wartością jest życie własne. Czy jednak w człowieku może dokonać się aż tak wielka zmiana? Czy pęd w stronę śmierci może ewoluować w pęd ku życiu? Pojawia się niepokój o istnienie boskiego raju – jest czy go nie ma?

Poszczególne obrazy malarskie („Krzyk” Edvarda Muncha, „Autoportret” Witkacego, „Rozstrzelanie” Andrzeja Wróblewskiego) oraz krajobrazy rzeczywistości (miejskie ulice, tory kolejowe, deszczowa ulewa, zamieć śnieżna, gwiezdne konstelacje) ukazują stan ducha człowieka drugiej połowy XX wieku. To, co zewnętrzne, równa się temu, co wewnętrzne. Jednym z obrazów jest bezbrzeżna pustka na górskich stokach zatopionych w śnieżnej bieli. Symultanizm obrazowania jest odpowiednikiem sposobu jego dziania się w duchowym kosmosie każdej osoby przeżywającej swój dramat. Wychodząc z cienia tłumu, płaci się ogromną cenę, niszczy się prywatne życie. Spektakl jest zaproszeniem do rozważań o sposobach obrony przed pustką i poczuciem samotności. Kiedy na scenie gasną światła, z zakamarków wychodzi zwyczajna proza życia, której można ulec lub z nią walczyć.

Scenografię statyczną przygotowała Anna Tomczyńska. Nie ma dekoracji, jest tylko martwa przestrzeń wypełniona czarnymi parasolami, które przypominają wygięte kształty rozbitego świata, wyjęte niczym formy z teatru absurdu. Spod parasoli wydobywa się cień i nie jest to tylko „cień nosa skrzywdzonych Semitów”, to cień śmierci. Czerń parasoli została skontrastowana z bielą pustych łóżek. Chłodna biel symbolizuje umieranie, stopniowy proces zastygania materii ciała i języka. Ostatnie chwile są wyliczane na jednym oddechu, w ściśniętej krtani. Śmierć, która z jednej strony daje możliwość „przeczytania od początku do końca” danego człowieka, uświadamia jednocześnie, że tak naprawdę poszczególne losy różnią się tylko detalami, ale zakończenie mają wspólne, zrównujące wszystkich niczym w średniowiecznym tańcu śmierci. Marcin Januszkiewicz w roli Jacka Kaczmarskiego z wrażliwością patrzy na to, co nieuniknione. Wszelkie indywidualne przejścia w doświadczaniu tego, co absolutnie niepowtarzalne, są dla oglądających czymś powszechnym.

Wspomnienie staje się cieniem, które zawiera tajemnicę obecności i niebytu. Spektakl Kanapka z człowiekiem naprzemiennie wydobywa i potem zaciera portret artysty. A jednak gdzieś poza czasem i przestrzenią teatru magia piosenek i obrazów buduje metafizyczną więź, która pozwala odnaleźć w pamięci miejsce niezniszczalne.

Literatura:

Gajda K.: „To moja droga. Biografia Jacka Kaczmarskiego. Wrocław 2009.
Jacek Kaczmarski: „Kanapka z człowiekiem”. Reżyseria, układ tekstu, aranżacje muzyczne: Jerzy Satanowski. Scenografia: Anna Tomczyńska. Kostiumy: Jola Łobacz. Multimedia: Justyna Bielecka. Ruch sceniczny: Marta Szumieł. Premiera: 17.02.2018. Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu.
Fot. Jakub Wittchen.