ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (373) / 2019

Sławomir Iwasiów,

WSZYSCY BĘDZIEMY NIGDY (MONIKA SZNAJDERMAN: 'PUSTY LAS')

A A A
Osobista opowieść Moniki Sznajderman zaczyna się niczym piękna baśń – od słów „dawno, dawno temu”, które wprowadzają nas do świata na krawędzi dnia i nocy, geografii i historii, natury i kultury, gdzie człowiek egzystuje wśród zacierających się wspomnień oraz kurzu niszczejących dokumentów. To przecież (był) nasz wspólny świat – chciałoby się powiedzieć, patrząc przez ramię – wydrążony, niepełny, schyłkowy. Być może właśnie stamtąd wszyscy pochodzimy?

Wycinkiem tego świata, pokazanym w „Pustym lesie”, jest geograficzna kraina Beskidu Niskiego – miejsce urzekające krajobrazami, o bogatej kulturze i skomplikowanej historii. Autorka – i zarazem współbohaterka tej opowieści – oprowadza nas po „swoich stronach” i tym przepięknym, ale niepokojącym, rozpadającym się, zanikającym świecie, dzięki dwóm bardzo ważnym „kompetencjom”: rozległej wiedzy etnograficzno-antropologicznej oraz nie mniej istotnej osobistej wrażliwości na kruchość i niestałość otaczającej ją rzeczywistości. Już na początku czytamy: „Tak w ogóle w Beskidzie Niskim mieszkam już znacznie dłużej. Bo przed Wołowcem były Olchowiec, Czarne, Łosie. Wszystko to były, to są wsie łemkowskie. Lub – jak wolą niektórzy – rusińskie, rusnackie” (s. 9). Znamienne jest to lekkie zawahanie, wyrażone słowami „to były, to są”, które ujawnia się w kilku miejscach tej absorbującej uwagę opowieści. Co „było”, a co „jest”? Co „będzie”? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na tak postawione pytanie.

Monika Sznajderman opowiada zatem przede wszystkim o sobie, ale też – kreśląc zarys autobiografii (nie jest to wszak historia „całego życia”, a jedynie jego urywki) – niemało pisze o przestrzeni, z którą związała swoje losy – o Beskidzie Niskim, przez wieki będącym etnią Łemków, o powiecie gorlickim i okolicznych wsiach (jak Gładyszów, Czarne czy Wołowiec), gdzie do dzisiaj słychać echa bijącego serca Galicji, o pograniczu polsko-słowackim.

Z jednej strony zatem poznajemy historię studentki, warszawianki o żydowskich korzeniach, która w latach osiemdziesiątych pisała pracę magisterską, mieszkając w beskidzkiej chałupie bez prądu, by z czasem osiedlić się w tych stronach na dobre, zbudować dom, a w końcu zostać szefową największego niezależnego wydawnictwa w Polsce – Czarnego, które oparło swój katalog na „literaturze małych ojczyzn”, eseju, reportażu i, by tak rzec, antropologicznej i socjologicznej wrażliwości redaktorki, badaczki, pisarki. Z drugiej strony – Monika Sznajderman, jako uznana antropolożka kultury, obok własnej historii pisze historię tego miejsca i tych ludzi, z którymi związała swój życiorys. I te dwie linie opowieści przecinają się co rusz na kartach „Pustego lasu”, tworząc coś w rodzaju „auto/biografii antropologicznej”. Wciągającej w lekturę lekkością, faktograficzną zwięzłością, ale też językiem prozy czułej na poetyckości ukrywające się w zakamarkach obserwowanego świata.

W czym się ten język prozy i ta „poetyckość” przejawiają? Ot, dobry przykład: „Odkąd pamiętam, lubiłam jesień. Ale tak naprawdę polubiłam ją w Czarnem. Górale porzucali nasze doliny, odchodzili ze swoimi psami, owcami, ze swoim pokrzykiwaniem i zapachem dymu. Rzeczy wracały na swoje miejsca, tak jakby to były ich miejsca najpierwotniejsze” (s. 14–15). Są w tym fragmencie i osobiste odczucia, i melancholia – trudna do uchwycenia jak snujący się zapach dymu.

Kontrastem dla prozy artystycznej są fragmenty eseistyczne, antropologiczne, traktujące o beskidzkich wsiach i mieszkających w nich rodzinach. „No więc wszyscy oni byli tu przede mną: Drobczakowie i Smyjowie, Tuzowie i Hutyriakowie, Filakowie i Barnowie, Kołotyłowie i Sydoriakowie, Sandowyczowie i Smerekaniczowie, Sawczakowie i Dudyczowie, Polańscy i Sołoninkowie. A także Lorberowie i Binderowie, Berganowie i Kriegerowie, Sternowie i Zieglerowie” – pisze autorka o Łemkach, Żydach, Polakach (s. 47). W „Pustym lesie” poznajemy ich dość dokładnie – podążając śladami wspomnień, literatury i zachowanych dokumentów.

Autorce i jej słowom z reguły towarzyszą albo źródła etnograficzne, faktograficzne, albo teksty filozoficzne, antropologiczne, historyczne (Heidegger, Brach-Czaina, Le Goff, Sebald). Nie brakuje także nawiązań do literatury – zarówno tej opisującej Galicję jeszcze w wieku XIX (Stanisław Staszic, Wincenty Pol), kojarzonej z Galicją w wieku XX (Zygmunt Haupt), jak i tej współczesnej, skutecznie wypromowanej przez Wydawnictwo Czarne (Augustyn Baran, Mirosław Nahacz, Martin Pollack i inni). Znalazło się też miejsce, oczywiście, dla Andrzeja Stasiuka, którego w narracji „Pustego lasu” rozpoznajemy po krótkim, acz zawsze ciepłym w swojej wymowie inicjałem („A.”). Będziecie pewnie pytali samych siebie – tak jak i ja zadawałem sobie to pytanie, czytając „Pusty las” – czy jest tutaj jakiś ślad Stasiukowych prozatorsko-poetyckich narracji, znanych choćby z „Opowieści galicyjskich”, „Przez rzekę” czy „Dukli”? A może jest tak, że to antropologiczna przenikliwość i pisarska wrażliwość Moniki Sznajderman przez lata wpływały na Andrzeja Stasiuka i jego książki o Beskidzie Niskim (i nie tylko)? Tak też mogłoby być – czemu nie!

Z narracji dowiadujemy się, między innymi, że to właśnie „Przez rzekę” Andrzeja Stasiuka była pierwszą książką wydaną przez Czarne. Przypadki tej przełomowej edycji są z perspektywy czasu zabawne: „Na co drugiej okładce założycielskiej publikacji Czarnego rozlała się farba, a ponieważ widniała tam czarno-biała twarz autora, a litery były czerwone, taki był w tych wypadkach jego nos” (s. 16–17). I o tym również opowiada w „Pustym lesie” Monika Sznajderman – o momencie kapitalistycznego boomu na nowe wydawnictwa (i w ogóle „boomu na wszystko” w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku), które powstawały jak grzyby po deszczu i musiały radzić sobie z rozmaitymi przeciwnościami losu.

O czym jeszcze mówi autorka w „Pustym lesie”? O nieobecnych/obecnych mieszkańcach Beskidu Niskiego. „Mogę tu mieszkać, bo ich wszystkich nie ma. Wyjechali. Zostawili po sobie pustkę, a w niej wspomnienia i porzucone rzeczy, zostawili krajobraz, który przez lata tworzyli. A przecież to oni zawsze tu żyli, nie ja” – pisze o swoich dawnych, teraźniejszych i przyszłych sąsiadach z beskidzkich wsi (s. 33). Ich historie, obok tych autobiograficznych, zapełniają kolejne strony „Pustego lasu”. Tworzą w sumie bogate i trudne dzieje Łemków, Żydów i Polaków zmagających się z kolejnymi zakrętami historii. W książce czytamy o pogromach Żydów w Galicji (s. 103), Wielkiej Wojnie i tragicznej w skutkach bitwie pod Gorlicami (s. 137) i wreszcie drugiej wojnie światowej, nazywanej przez autorkę „straszną wojną” (s. 169), oraz akcji „Wisła”, która tysiące okolicznych Łemków wygnała na Ziemie Zachodnie (s. 210).

Czym jest zatem w takim razie tytułowy pusty las? W sensie metaforycznym: miejscem opuszczonym, wyludnionym, ziejącą pustką przestrzenią, po której hula wiatr. W sensie historyczno-geograficznym: przestrzenią pustą, ale stopniowo zapełnianą harmidrem i gwarem pracy naftowych pól Beskidu Niskiego, który słynie z wydobycia ropy (s. 96). W sensie autobiograficznym: wypełnianiem dojmującej pustki dziejów osobistą historią, która być może jest w tym wypadku – i w każdym innym – najważniejszą ze wszystkich historii.

I tym bardziej przejmujące, na tym tle wielu biografii i wydarzeń, są osobiste – mimo wszystko jednak niedramatyczne – losy autorki-bohaterki, której autobiografia splata się w „Pustym lesie” z szerokim planem historii nowoczesnej i współczesnej. Nie mniej tu jednak, jak wspomniałem, prozy „magicznej”: „Teraz, gdy to piszę, jest październik, świat posypany złotem, po południu wisiała lekka mgła, a słońce było białe, lodowate. Zaraz przyjdzie listopad, po nim grudzień i do wiosny pogrążą nas w mroku” (s. 226–227). Czemu mrok może być tak przejmujący? To proste: w wielu wsiach nie ma oświetlenia, do którego przyzwyczailiśmy się w dużych miastach. Mrok jest czymś naturalnym – i być może to właśnie za nim powinniśmy wszyscy czasem zatęsknić.
Monika Sznajderman: „Pusty las”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2019.