Wydanie bieżące

1 lipca 13 (373) / 2019

Kamila Czaja,

'DOROSŁA' OPINIA (MARCIN WICHA: 'WIELKA KSIĘGA KLARY')

A A A
Zanim pozdobywał większość nagród, które były do zdobycia, za „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, nawet zanim zyskał spore zainteresowanie swoim debiutem dla dorosłych czytelników, „Jak przestałem kochać design”, Marcin Wicha pisał książki dla dzieci. Teraz możemy skorzystać z dodatkowych zalet faktu, że ten autor stał się popularny – dwie z tamtych, chyba za mało znanych, publikacji wznowiono zbiorczo, uzupełniając „Proszę tego nie czytać!” (2011) i „Słowo na »szy«” (2012) trzecią częścią opowieści o Klarze, „…i żarty się skończyły”. Na pierwszą z nich składają się opowieści prowadzącej dziennik dziewczynki o domu i szkole, druga dotyczy wakacji (co pozwala wyjść poza wcześniejszy mikrokosmos i pokazać szerzej polskie absurdy), najnowsza natomiast to już nie przelewki, skoro czas na czwartą klasę. Z góry przyznaję, że nie wiem, na ile książki Wichy podobają się dzieciom będącym w wieku dziewięcioletniej bohaterki. Ale podobnie jak choćby przy serii przygód Mikołajka mamy do czynienia z podwójnym, także dorosłym adresatem, więc mogę zdać relację z własnych lekturowych odczuć. Mianowicie bawiłam się świetnie.

Tom otwiera mocne uderzenie, jedna z moich ulubionych historyjek, czyli „Order”. Od razu widać tu główne tematy i podstawowe źródła komizmu całej książki: zderzenie dzieci i rodziców z wymogami pełnionych ról domowych i szkolnych oraz fakt, że Klara jest wystarczająco duża, by relacjonować sytuacje z życia, ale jeszcze za mała, by wychwycić ironię. Stąd dialogi takie, jak ten z babcią poproszoną o jakieś wojenne wspomnienia na lekcyjny użytek: „– (…) akurat z wojny to nic nie pamiętam, ale mogę się podzielić wspomnieniami z chrztu Polski. / – To fajnie – mówię, żeby nie robić babci przykrości. – Może kiedyś na religię?” (s. 18). W innym świetnym rozdziale, „Demonstracja”, znów będzie bohaterka dociekać historii rodzinnej: „– A pradziadek był faszystą czy komunistą? – pytam. – Zależy który – chichocze tata” (s. 90). Klara robi postępy, chociaż niewielkie, skoro w trzeciej części książki stwierdza: „To się nazywa mówić w sposób aroniczny. Tata często to robi. Nazwa pochodzi od soku z aronii, który jest kwaśny” (s. 246). Zanim dziecko nauczy się dystansu, starszy czytelnik wielokrotnie ubawi się proponowanymi tu przez dorosłych wymówkami, by czegoś nie robić, oraz sprawozdawanymi przez dziewczynkę sytuacjami, traktowanymi przez nią śmiertelnie serio, podczas gdy czytelnik zwija się ze śmiechu.

Dużą zaletą „Wielkiej księgi Klary” jest celne i zabawne pokazywanie przemian – świadomości oraz instytucji. Niezadowolona z efektów w „Orderze” Klara żali się: „Przez tę wojnę będę miała traumę i obniżoną średnią” (s. 20), ale jej obawy są z punktu widzenia dorosłych trochę na wyrost, skoro w klasach I-III może w najgorszym razie „dostać grzybka”, a sama szkoła bardzo się zmieniła: od „Babcia musiała chodzić do szkoły i obiecywać, że tata się poprawi” po „(…) pani musi zostać dłużej w pracy i obiecać rodzicom, że się poprawi (…)” (s. 95). Do tego inne międzypokoleniowe różnice: „– Kiedy ja byłem w maluchach, to śpiewałem o biedronce! – Znam to! – cieszy się Młodszy. – »Codziennie niskie ceny!«” (s. 153). Często to dzieci są górą, muszą rodzicom i dziadkom objaśniać nowe realia, starsze pokolenia nie odnajdują się bowiem w wymogach, które stawia (okazuje się, że głównie przed nauczycielami i rodzicami) współczesna szkoła.

Zdarzają się u Wichy absurdy wykraczające poza „ducha czasu”, choćby w rozdziale „Jasełka”, w którym jest jak w wierszu „O idei równości” Krzysztofa Jaworskiego: „W podstawówkach trwają przygotowania / do jasełek. Każdy chce być Matką Boską” (Jaworski 2008: 61). Spora część komizmu wynika jednak z dobrego uchwycenia pewnych aktualnych tendencji, które w dziecięcej optyce i przetworzeniu doskonałych idei przez niedoskonałą codzienność pokazują niejeden swój brak. Skądinąd słuszne wychowywanie maluchów w duchu ochrony środowiska w praktyce jest serią porażek rodziców próbujących sprostać szkolnym wymogom. Feministyczne wstawki mamy Klary trafiają w próżnię (choćby w opowiadaniu „Zawieszenie”, w którym to mama prowadzi, ale wszyscy domorośli mechanicy i tak zwracają się wyłącznie do taty). Równocześnie jednak subtelnie wprowadza Wicha tego typu społeczne zagadnienia, co dzieciakom nie zaszkodzi. Może nieco słabiej wypadają na tym tle doraźne kawałki z „…i żarty się skończyły”, bo o ile same reguły polityki pokazane na przykładzie kampanii wyborczej do klasowego samorządu wydają się dość uniwersalne, to niedługo i dla dorosłych odbiorców nieczytelne może się okazać spostrzeżenie jednego z kolegów Klary, że cechą, którą ceni u prezydenta, są narty (zob. s. 241).

Wicha imponuje zmysłem obserwacji i umiejętnością wykorzystania konwencji książki dziecięcej do wyostrzenia pewnych diagnoz. A przy tym mamy do czynienia z opowieściami o miłych ludziach. Rodzinie Klary chętnie się kibicuje. Nieidealni bohaterowie, ale starający się, jak potrafią, budzą sympatię. Ale dużą przyjemność sprawia też język, bo autor bawi się na przykład kolejnymi przykładami tego, że dla dziewięciolatki wszystko po imieniu to nazwisko: „Idziemy z mamą na film o Misiu Trzy De (swoją drogą, dziwne nazwisko)” (s. 56), „Najpierw mijamy pensjonat pani Frei Zimmer” (s. 172), w minizoo „Jarka Noego” „przybiega sam pan Jarek Noego” (s. 206). Dzieci mają sposoby dopasowywania słów do realiów, co kogoś nieprzyzwyczajonego do niektórych zjawisk bawi („pani od religii łamane przez etykę” [s. 104]). Żarty językowe nawet bardziej niż relacjonowane sytuacje zdradzają, że chce Wicha sprawić przyjemność też starszemu czytelnikowi, bo to do niego trafi odezwa „No pasaran!” (s. 84) w wydaniu dziewięciolatki i to on zrozumie zagubienie ojca Klary w dialogu z kelnerką w wakacyjnej stołówce, który zaczyna się: „– Numerek? – pyta pani tatę. – Proszę?!” (s. 166), a potem kontynuowany jest w podobnym tonie.

Jeśli chodzi o odbiór dziecięcy, mogę jedynie podejrzewać, że czytelnikom z adekwatnej grupy wiekowej spodobają się przygody dziewczynki, która zmaga się z takimi problemami, jakie mają oni sami – z młodszym rodzeństwem, międzypokoleniowym niezrozumieniem, „grzybkami” czy dramatyczną klasą czwartą. Zwłaszcza mali fani duetu Goscinny i Sempé albo rodzimej „Dynastii Miziołków” Joanny Olech powinni się w tej konwencji odnaleźć. Na podstawie własnych lekturowych wrażeń rekomenduję natomiast „Wielką księgę Klary” dorosłym, którzy wcale nie muszą tu udawać, że kupują czy pożyczają tom „dla dziecka”. Nie wszystkie rozdziały „Wielkiej księgi Klary” zapadają w pamięć równie mocno, obok ulubionych historyjek, scenek czy dialogów zdarzają się i takie fragmenty, o których szybko zapominam. Nie schodzi jednak autor poniżej pewnego dobrego poziomu obserwacji, elegancji języka, dowcipu, pointy. Widać tu podobne pisarskie zalety jak w „dorosłych” książkach Marcina Wichy, tylko ciężar gatunkowy jest mniejszy.

Klara na wiadomość kuzyna, że dostał stypendium, myśli: „Mam nadzieję, że takie stypendium nie jest zaraźliwe” (s. 286). Ale „Wielka księga Klary” sprawdzi się jako lektura dla tych, którzy już wiedzą, że należałoby sobie życzyć, by zaraźliwe jednak było…

Literatura:

Jaworski K.: „Drażniące przyjemności (1988-2008)”. Wrocław 2008.
Marcin Wicha: „Wielka księga Klary”. Ilustracje: Zosia Dzierżawska. Wydawnictwo Mamania. Warszawa 2019.