Wydanie bieżące

1 lipca 13 (373) / 2019

Katarzyna Szkaradnik,

CO SŁYCHAĆ U PILCHA? (JERZY PILCH: 'TRZECI DZIENNIK')

A A A
„Jak próbujesz pisać »Trzeci dziennik«, a praktycznie nigdzie nie wychodzisz (…), czytasz książki, przeglądasz gazety, patrzysz na ligową młóckę, (…) [a] jedynym człowiekiem, do którego dzwonisz, jest twoja matka, jak przy tym z całych sił nie chcesz, by twój dziennik stał się dziennikiem mózgu osobnego (…) – wyznaczyłeś sobie, bratku, karkołomny plan” (s. 55-56). Tłumaczenie się w takim wypadku należy uznać za zrozumiałe, choć Jerzy Pilch od zawsze przejawiał predylekcję do karkołomnych przedsięwzięć. Z drugiej strony, jego ostatnie teksty powstawały w podobnych warunkach ograniczenia – spowodowanego wówczas powikłaniami pooperacyjnymi – i obcując z tymi tytułami, można niekiedy mieć wrażenie zamknięcia w monadzie świadomości autora. Czy zatem kolejna część diariusza, rozpięta pomiędzy 7 maja 2017 a 15 lipca 2018 roku, również przedstawia sytuację ironicznie streszczoną przez Gombrowicza na początku własnego „Dziennika”: „Poniedziałek: Ja. Wtorek: Ja. Środa: Ja”? Jeśli nawet owszem, to czy nie dlatego sięgamy po kolejne Pilchowe pozycje? I czy… kiedykolwiek było inaczej?

Już w pierwszych zdaniach „narrator” wita nas niczym starych druhów: „Maj, początek maja, jest zimny w całej Polsce, jednakowoż w Wiśle-Parteczniku szczególnie; znam to zimno i wy także je znacie” (s. 5). Wiadomo – czytaliśmy przecież o specyficznym wiślańskim mikroklimacie nie tylko w jego felietonach i poprzednich dziennikach, ale też w powieściach („Mróz trzymał jak kryształowe imadło, śniegu było półtora metra i dalej sypało. (…) Chodziliśmy w labiryntach i tunelach, Sigła była warownym lodowatym grodem” [Pilch 2013: 53]). To zaledwie detal, niemniej ilustruje przyświecającą pisarzowi zasadę pana Jowialskiego: „– Znacie? – Znamy! – No to posłuchajcie”; innymi słowy, przez stronice omawianej książki przewijają się bodaj wszystkie sztandarowe wątki autora „Wielu demonów”.

Z góry trzeba zaznaczyć, że wbrew przytoczonemu zastrzeżeniu pozostaje on au courant z aktualiami, chociażby politycznymi. Komentuje więc głośne wydarzenia tamtych 14 miesięcy, od przemówienia Donalda Trumpa na placu Krasińskich po samospalenie Piotra Szczęsnego, oraz rozmaite osobliwości polskiego piekiełka, nie szczędząc akcentów publicystycznych, jak w przypadku „klechdy o dobrym Lechu i złym Jarosławie” (s. 84). O ile jednak tradycyjnie manifestuje zdegustowanie polityką, o tyle z lubością snuje rozważania o futbolu, m.in. o planowanym mundialu w Katarze, a głównie o swoim niezłomnym przywiązaniu do Cracovii (choć na pozór opowiedział o nim już wszystko w wywiadzie rzece „Zawsze nie ma nigdy”).

Wprawdzie oba wymienione tematy można roztrząsać, odwołując się do samych doniesień medialnych, ale Pilchowa deklaracja wiekowania w mieszkaniu okazuje się przesadą. Nie tylko bowiem kreśli autor mapę Warszawy „szpitalno-przychodnianej”, lecz również zabiera nas na dłużej do Wisły. A skoro Wisła, to szereg lejtmotywów: dawni znajomi oraz matczyne królestwo, skomplikowane relacje z nader żywotną, charakterną rodzicielką, zwłaszcza zaś – jakżeby inaczej – zagorzali cieszyńscy luteranie, których obszerną apologię zawarł w pierwszej części „Dziennika”. Tym razem, do czego także przywykliśmy, porusza się między anegdotą i satyrą (podrwiwanie z natchnienia proboszcza w Wiśle-Malince, skądinąd męża kuzynki) a teologicznymi deliberacjami nad odpoczynkiem „PB” po dziele stworzenia czy nad apokryfami biblijnymi. Nie byłby też Pilch sobą, gdyby przynajmniej raz nie napomknął o biskupie Wantule. Wisła przede wszystkim ewokuje reminiscencje z młodości, spośród których warto wyróżnić uwiecznioną już tylekroć „starkę” Czyżową („Niejedna wielka emigracja zachodziła, bo z Babką nie szło w domu wydzierżeć” [s. 67]) i mieszkającą na piętrze domu towarowego Wojnarów, dużo starszą od Jerzyka wczasowiczkę. Dlaczego na równi z nieśmiertelną seniorką stawiam lakonicznie wzmiankowaną letniczkę? Ależ tak, odnajdziemy ją w „Tysiącu spokojnych miast”: „Ceglana galaktyka Domu Towarowego Rychtera graniczyła wprawdzie z naszym światem, ale anielica mojej pierwszej miłości mieszkała wysoko (…)” (Pilch 1997: 26, 27). Tamta zamierzchła Wisła to też wspomnienie pewnego letniego dnia spędzonego ze zmarłym niedawno kuzynem: „Utkwił mi ten dzień w pamięci, bo był jak wcielenie sensu życia wiecznego, nie musieliśmy o tym myśleć, wiedzieliśmy, po prostu wiedzieliśmy, każdy atom upalnego powietrza potwierdzał, że nie umrzemy nigdy” (s. 31-32).

Motywy ciągle niewiarygodnego przemijania, starości, nadciągającego kresu oraz choroby i samotności ze szczególną mocą doszły do głosu w „Zuzie albo Czasie oddalenia”, „Portrecie młodej wenecjanki” i „Żywego ducha”. W „Trzecim dzienniku” pisarz swoim zwyczajem poddaje je refleksji w wariantach serio i buffo, lecz nawet w tym pierwszym przypadku z dystansem świadczącym o pokonaniu kryzysu. Okresy lepszego samopoczucia przywracają nadzieję, wszak „Pełnia życia jest zawsze tam, gdzie ja jestem” (s. 51). Paradoksalnie, życie pulsuje również we fragmentach z definicji funeralnych, mianowicie w nekrologach, obecnych już we wcześniejszych tomach dziennika. Tym razem na barwne portrety pośmiertne zasłużyli m.in. Janusz Głowacki i krytyk filmowy Zdzisław Pietrasik, z którym autor „Innych rozkoszy” zaprzyjaźnił się w redakcji „Polityki”. A co z przeciwieństwem posępnego Tanatosa, ze sferą uważaną za esencję pełni życia (w każdym razie Pilchowego)? Otóż Eros jakby mniej ostentacyjnie sobie poczyna, na ogół zapośredniczony w cudzych słowach. Raz wychynie z cytowanego wywiadu z edukatorką seksualną seniorów, raz z urywka „Czarodziejskiej góry” opisującego oburzenie Castorpa w reakcji na niedwuznaczne odgłosy zza ściany pensjonatu. Kiedy indziej diarysta puszcza do nas oko, relacjonując wrażenia z wystawy w Muzeum Narodowym: „Kto młody, widzi wszystko, kto stary – wybiórczo. (…) Przy szkicu Rubensa »Satyr i trzy nimfy« wzrok mi się trochę poprawił, ale to za mało, żeby się wypowiadać szerzej” (s. 42-43).

Prócz tych koronnych tematów pojawiają się w „Trzecim dzienniku” różnorakie felietonowe migawki: wizyta w kinie i u znajomej masażystki, analizy snów, dumania nad alternatywnym życiorysem, wyłapane faits divers. Powraca też pisarz do swoich fascynacji malarstwem i fotografią (przybliżanych już choćby w rozmowach z Eweliną Pietrowiak), do obsesyjnej pedanterii w utrzymywaniu ładu na biurku oraz do manii introligatorskiej, którą, jak pamiętamy, podzielił się z narratorem „Portretu…” („W zeszłym roku wydałem majątek na kurwy, w tym roku tyleż samo, a może i więcej na oprawianie książek? Postęp?” [Pilch 2017: 178]).

Otrzymujemy przeto klasyczne Pilchowe silva rerum, aczkolwiek oczywiście niejednolity jest tu ciężar zarówno artystyczny, jak i gatunkowy. Na zaledwie 182 stronach udało się pomieścić tyle wątków, że można tę książkę określić tak, jak sam autor scharakteryzował układaną równolegle powieść „Żywego ducha”: to rzecz „mała, a pakowna” (s. 101). W porównaniu z ponad 450-stronicowym pierwszym i niespełna 300-stronicowym drugim tomem „Trzeci dziennik” przypomina raczej dzienniczek, nasuwa się więc pytanie, czy nie należało poczekać, aż jeszcze urośnie. Z drugiej strony, poprzednie zapiski urywają się w połowie 2013 roku. Czy reaktywacja dziennika – nie intymnego przecież, lecz z założenia publicznego – wynikała z potrzeby oznajmienia, że się żyje i wciąż tworzy? Ale tego dowiodły już rzeczona powieść i wywiad rzeka „Inne ochoty”, w którym, notabene, nowy diariusz został zapowiedziany (tym razem nie był drukowany w prasie). Zatem koniunkturalizm? A może imperatyw nieustannego dialogowania?

Na ten ostatni trop naprowadza liczba passusów poświęconych dziedzinie bez wątpienia dla Pilcha fundamentalnej. Zapewne każdy spostrzegł, że nie wspomniałam dotąd o literaturze, chociaż dominuje ona nad pozostałymi zagadnieniami poruszanymi w „Trzecim dzienniku” chyba bardziej niż w dotychczasowych częściach. W dodatku problemy literackie przybierają – jak zwykle – różne oblicza. Po pierwsze, rozważań nad konkretnymi dziełami oraz nad meandrami biografii pisarzy: od domniemywania losów Salingera po oszałamiającym sukcesie „Buszującego w zbożu”, przez analizę paszkwilu Bunina na Babla, po dytyramb na cześć stylu Marqueza. (Poczesne miejsce zajmują też tutaj nazwiska niesłusznie, zdaniem autora, zapoznane, typu Kalman Segal). Po drugie, minirecenzji nowości wydawniczych i komentarzy do bieżących lektur. Po trzecie, rozbudowanych cytatów, m.in. z Goethego czy Konwickiego. Po czwarte, refleksji metaliterackich, zarówno poważnych, jak i przekornych: „Chcecie zostać pisarzami? Przede wszystkim wystarajcie się o neurotyczne matki” (s. 26). Po piąte, partii autotematycznych, niejako kontynuujących te z „Zawsze nie ma nigdy” i „Innych ochot”, a obejmujących perypetie niewydanych „Mas upalnego powietrza”, ironiczną ripostę recenzentom, którzy postawili już na Pilchu krzyżyk, czy uwagi na marginesie „Żywego ducha”, acz ostrożne, wszak „autor o sobie dywagujący, poważnie siebie traktujący – na ogół źle to wróży” (s. 101).

Najważniejsze w kontekście zasadności opublikowania omawianej książki wydają się przemyślenia dotyczące notatek ogłaszanych przez Andrzejewskiego w „Literaturze” oraz ich krytyki w „Niby-dzienniku” Zygmunta Mycielskiego. Ów kompozytor i intelektualista zżyma się, że twórca „Bram raju” rejestruje jakieś faramuszki, z których nie sposób wywnioskować jego literackiego fachu. Pilch z kolei pyta prowokacyjnie, czy pisarzowi wolno obwieszczać światu pomiar gorączki, ale ocenia zapiski Andrzejewskiego jeszcze kategoryczniej: „Potem, jak zaczęły te teksty wychodzić w postaci książkowej, stężenie minoderii i patetycznych póz okazało się w nich tak znaczne, że po prostu czytać się tego nie dało” (s. 120). Czy jednak sam zdołał uniknąć takich potknięć?

W recenzji „Żywego ducha” („Twórczość” 2018, nr 12) wyznałam: „Osobiście wciąż nie tracę nadziei ani na dzieło w stylu »Wielu demonów«, ani na trzeci tom dziennika, ponieważ oba te bieguny autofikcji lepiej unaoczniają potencjał autora »Bezpowrotnie utraconej leworęczności«”. Doczekawszy się tego drugiego, na tytułowe pytanie „co słychać u Pilcha?”, mogę odpowiedzieć „po staremu”, a oznacza to: jak za dawnych, dobrych czasów. Wprawdzie na początku „narrator” uprzedza: „Człowiek zmienia poglądy – pisarz zmienia styl” (s. 5), lecz bez obaw – z Pilchową frazą wszystko w porządku. O ile w „Zuzie…” niekiedy potykała się i gubiła, w „Portrecie…” nadal brakowało jej rozmachu, o tyle tutaj Pilch okrasza swoje wywody charakterystycznymi hiperbolami („Weźcie i spróbujcie czytać późnego Płatonowa w oryginale – poznacie Chrystusa Pana” [s. 44]), gradacjami, pytaniami retorycznymi, eksklamacjami i kontrastami. Nieuchronną melancholię i elegijność przełamuje tragikomizmem i autoironią, zdarza mu się też perorować z iście kaznodziejską werwą, co, notabene, szczególnie pasuje do minitraktatów teologicznych.

Przypominając o wyświechtaniu pewnych sformułowań oraz uwypuklając przez stylizacyjną ekwilibrystykę figuratywność i autokreację, pisarz nie pozostawia złudzeń co do roli konstrukcji literackiej. Jak zauważa w „Drugim dzienniku”: „Nieodparta potrzeba przerabiania własnego i bliźnich życia – motor twórczości, motor wszystkiego. Tak jak było, jest słabo; tak jak jest, jest lepiej, choć naprawdę było inaczej” (Pilch 2014: 114). W najnowszym diariuszu świadczy o tym nie tylko znamienna dla autora felietonowość, ale również choćby podrasowana erudycyjnie dyskusja z wiślańskim znajomym czy podważenie dziennikowej spontaniczności zapowiedzią „pierwszego” (ergo także drugiego) cytatu z Montaigne’a. Dlatego też nadmieniłam o „rozpinaniu” treści w określonym wycinku czasu, a podmiot mówiący nazwałam „narratorem”.

Z drugiej strony, ten ostatni wyraża życzenie: „Jakby tak (…) spod stron i zapisów »Trzeciego dziennika« przeświecały inne strony i inne zapisy. Jakby na samym spodzie świeciły dyskretnym światłem intymne wyznania” (s. 57). Życzenie to podejrzane w świetle oczywistej rezerwy Pilcha w stosunku do konwencji konfesyjnej szczerości. Ale rzeczywiście mówi coś niecoś nie wprost, choćby w zawoalowanych wzmiankach o tajemniczej W. Na niej jednak nie kończy się widmowa obecność innych, naturalnie – głównie owych innych stron zapisów. U autora „Nart Ojca Świętego” zawsze mamy do czynienia tyleż z solipsyzmem, co z cudzożywnością, a obfitość cytatów, parafraz, aluzji dowodzi wspomnianego imperatywu dialogowania. Przecież, jak poucza diarysta w poprzednim tomie, „literatura obchodząca się bez literatury skazana jest na klęskę” (Pilch 2014: 12). Poza tym o widmowej obecności należałoby mówić w odniesieniu do zagadkowych postaci transformujących się w snach czy odwiedzających „narratora” nocą (skądinąd nie tylko tutaj).

Niemniej nad doznaniem nieswojości przeważa poczucie bycia u siebie, bo wszak i my jesteśmy takimi widmami nawiedzającymi pisarza. Kiedy więc napomyka o mieszkaniu na Hożej: „Żałujcie, że u mnie nie bywacie (po staremu nie zapraszam)” (s. 58), możemy odpowiedzieć: ależ bywamy! Sam od lat przewrotnie robi z nas voyeurów, a za sprawą wywiadu rzeki Pietrowiak gościliśmy nawet w pilnie strzeżonym pokoju bibliotecznym. Trudno się spodziewać, by „Trzeci dziennik” był dla szerokiego grona pierwszą okazją do styczności z Pilchem, przypuszczalnie na ogół sięgną po tę pozycję stali bywalcy jego samotni, dobrze w niej zadomowieni. Zresztą, jak sygnalizowałam, „narrator” po staremu familiarnie traktuje czytelników, lub raczej słuchaczy swojej gawędy („nie zaskoczę was, jeśli powiem (…)” [s. 31]). Owszem, nie zaskakuje, ale nie oznacza to zgranej płyty – w tym wypadku jesteśmy inżynierami Mamoniami z „Rejsu” i lubimy melodie, które już słyszeliśmy. W pierwszym diariuszu pisarz przytacza anegdotę: „Podobno Ludwig Wittgenstein pytany przez gospodynię, u której wynajął kwaterę, jakiego rodzaju posiłków sobie życzy, odparł: Wszystko jedno co, byle zawsze to samo. Otóż dla mnie jest to matka wszystkich porzekadeł, (…) bezcenna wskazówka i nigdy niespełnione marzenie” (Pilch 2012: 19). Może jednak poniekąd spełnione?

Podkreślam, że nie zaliczam się do czołobitnych wielbicieli autora „Miasta utrapienia”, łączy mnie z nim rodzaj Hassliebe, bodaj zbliżonej do jego postawy wobec „luterstwa korzennego”, z którym jest nierozerwalnie związany. Nie daje mu ono spokoju i nierzadko ciąży, pisarz broni się więc przed nim groteską i drwiną, lecz kiedy trzeba, identyczny arsenał wytacza przeciw krytykom ewangelicyzmu czy ignorantom. Z owej ambiwalentnej pozycji mogę stwierdzić, że „Trzeci dziennik” stanowi klasyczną – momentami lepszą od niektórych ostatnich „powieści”, a zarazem mniej rubaszną – odsłonę zjawiska pod tytułem Jerzy Pilch. Czy przekonam jedynie przekonanych? W pewnych kręgach (choćby na Śląsku) nawet osobom niegustującym w tym autorze wypada powiedzieć o jego nowej książce, że czeka w kolejce. Można by do nich skierować słowa włożone przez „narratora” w usta znajomego z Wisły: „Fraza: mam, ale jeszcze nie czytałem – do zgranych należy” (s. 8). Bez wątpienia żaden „pilchoman” nie narazi się na taki zarzut.

Literatura:

Pilch J.: „Drugi dziennik: 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013. Kraków 2014.

Pilch J.: „Dziennik”. Warszawa 2012.

Pilch J.: „Wiele demonów”. Warszawa 2013.

Pilch J.: „Tysiąc spokojnych miast”. Londyn 1997.

Pilch J.: „Portret młodej wenecjanki”. Kraków 2017.
Jerzy Pilch: „Trzeci dziennik: 7 maja 2017 – 15 lipca 2018”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2019.