Wydanie bieżące

15 lipca 14 (374) / 2019

Magdalena Kempna-Pieniążek,

EFEKT KOKONU (DZIENNIK ANNE FRANK)

A A A
„Dziennik Anne Frank” Ariego Folmana i Davida Polonsky’ego nie jest ani ilustracją tekstu literackiego, ani powieścią graficzną luźno inspirowaną zapiskami żydowskiej dziewczyny przez ponad dwa lata ukrywającej się przed nazistami. Wyjątkowo trafnym określeniem wydaje się w jego przypadku termin „adaptacja” – i to w jego najbardziej podstawowym znaczeniu, związanym z przeniesieniem treści z jednego medium do innego. W zasadzie nie mogłoby być inaczej: od lat współpracujący ze sobą artyści, już dwukrotnie – w animowanym dokumencie „Walc z Baszirem” (2008) oraz w ekranizacji „Kongresu futurystycznego” Stanisława Lema („Kongres”, 2013) – udowodnili, że są specjalistami w zakresie sztuki intermedialnej.

Narracyjna i estetyczna wrażliwość autorów pozwoliła im na twórcze podejście do historii słynnej młodej Żydówki ukrywającej się wraz z rodziną w tajnej oficynie w Amsterdamie. Folman i Polonsky sporo wnoszą do dziennika Anne Frank, równocześnie jednak nie odbierają jego autorce prawa głosu. Nie reinterpretują, co najwyżej subtelnie przesuwają akcenty; nie uwspółcześniają, lecz poszukują w dzienniku treści uniwersalnych, aktualnych w każdej epoce; nie dekonstruują, a dokonują selekcji materiału, który – jak dowiadujemy się z noty autorskiej – w całości przeniesiony do graficznego medium zająłby około trzech i pół tysiąca stron.

Historia Anne Frank w ujęciu Folmana i Polonsky’ego nie jest opowieścią o zbrodniach Holokaustu, o absurdzie i koszmarze wojny lub o tym, że ofiarami politycznych konfliktów bardzo często są dzieci. Wszystkie te wątki, rzecz jasna, pojawiają się w „Dzienniku”, zostają jednak ujęte w konwencję opowieści o dorastaniu, podszytej przekonaniem, że w czasach dokonującej się apokalipsy dojrzewa się tak samo jak we wszystkich innych czasach. Anne z „Dziennika” drży na myśl o wojnie, jest świadoma tego, że codziennie giną tysiące ludzi, i tak samo jak jej bliscy przeczuwa horror obozów koncentracyjnych, wszystko to jednak nie zmienia faktu, że najistotniejsze dla niej rozterki i najbardziej gwałtowne konflikty rozgrywają się w jej wnętrzu. Anne poszukuje autodefinicji, nieustraszenie zagłębia się w labiryncie własnych emocji, odkrywa swoją seksualność, kłóci się z rodzicami, krytycznie obserwuje swoje otoczenie, zakochuje się, odkochuje, buntuje i fantazjuje o tym, jak będzie wyglądać jej życie po wojnie lub jak mogłoby wyglądać jej życie aktualne, gdyby do żadnej wojny nie doszło. Autentyczne uczucia – bliskie prawie każdemu, kto pamięta trudy okresu dojrzewania – są największą siłą „Dziennika Anne Frank”, dodatkowo wzmocnioną za pomocą trafnych wyborów estetycznych.

W niewymuszony i na pierwszy rzut oka niepozorny sposób „Dziennik…” przeobraża się w graficzny ekwiwalent zamkniętego na kluczyk pamiętnika dorastającej dziewczyny, w którym wetknięte między strony zdjęcia, zasuszone płatki kwiatów, pocztówki, liściki i ulotki zastępują stylizacje składające się na całość tak eklektyczną i spójną zarazem, jak dusza wrażliwej nastolatki. Malarskie cytaty czy plansze wzorowane na starych fotografiach funkcjonują tutaj na tych samych prawach co kadry operujące typową dla komiksu wyrazistością i skrótowością, a także nawiązania do plakatu czy broszury reklamowej. Na stronie czternastej Anne wyobraża sobie przymusowe roboty w estetyce egipskich malowideł przedstawiających niewolników budujących piramidy (tyle że „niewolnicy” występują tu w pasiakach, a piramidę wieńczy figura nazistowskiego orła), z kolei strona czterdziesta pierwsza ukazuje katalog rzeczy, które bohaterka chciałaby sobie kupić, niczym chaotyczny zbiór elementów powstały w wyniku burzy dziewczęcego mózgu. Spójność tym rozmaitym formom zapewnia szata barwna, w której brak mocno nasyconych kolorów. Nie epatując „efektem sepii”, który byłby tutaj aż nazbyt oczywistym wyborem, twórcy „Dziennika…” składają hołd estetyce wczesnych lat czterdziestych – czasów, gdy filmy barwne wciąż były nowością.

W tej mozaice wizualnych tropów największe wrażenie robią różnorodne wizerunki samej Anne. Jak większość nastolatków, narratorka jest bowiem obsesyjnie skupiona na własnej osobowości i rozmaitych jej – przeszłych, teraźniejszych i przyszłych, realistycznych i zmyślonych, domniemanych i wymarzonych – wariantach. Widzimy ją zatem, gdy prezentuje się w kiczowatej różowo-kwiecisto-gołębiej stylizacji jako panna młoda u boku ukochanego chłopaka (s. 16), pozuje na intelektualistkę i kobietę sukcesu (s. 133) lub uczestniczkę wystawnych przyjęć w stroju rodem z lat dwudziestych (s. 134). Fantazjując o byciu celebrytką, Anne stylizuje swoje fryzury na wzór hollywoodzkich gwiazd: Bette Davis, Joan Fontaine, Ingrid Bergman czy Marleny Dietrich (s. 102), wreszcie – doświadczając skrajnych emocji okresu dojrzewania – postrzega siebie równocześnie jako centralną postać „Krzyku” Edvarda Muncha i Adele Bloch-Bauer z obrazu Gustava Klimta (s. 58-59).

Twórcy komiksu nie są sentymentalni ani skorzy do budzenia łatwych wzruszeń. W subtelny sposób posługują się dowcipnymi dialogami i humorystycznymi grafikami. W obranym przez nich kluczu estetycznym zostało jednak zakodowane pytanie o to, kim stałaby się ta fascynująco silna, niepokorna i świadoma własnej wartości dziewczyna, gdyby dane było jej przetrwać. Na to pytanie nie da się, rzecz jasna, odpowiedzieć w sposób rozstrzygający. Można za to zaryzykować stwierdzenie, że – uwięziona na zawsze w swej młodości – Anne Frank pozostała zbiorem wszystkich roztrząsanych przez siebie możliwości, potencjalną realizacją każdego z wariantów przyszłej siebie, a także wielu innych, w czasie pisania dziennika jej niedostępnych. Nie dopełniając etapu przejścia z wielopostaciowej i wielogłosowej nastoletniej osobowości w swoją w pełni dorosłą formę, Anne Frank w ujęciu Folmana i Polonsky’ego jest tajemnicą podobną do zamrożonego kokonu motyla nieznanego gatunku. Ponieważ kokon ten już się nie otworzy i nigdy nie dowiemy się, którą z możliwych postaci przybrałby skryty w niej osobnik, możemy założyć, że jest wszystkimi nimi naraz.

Jako opowieść o dojrzewaniu „Dziennik Anne Frank” Ariego Folmana i Davida Polonsky’ego przypomina, że nie każda historia coming of age ma szczęśliwe zakończenie. W każdej z nich czai się jednak nadzieja oraz spektakularny potencjał (jeszcze) niezrealizowanych tożsamości. A losy dziennika Frank pokazują, że niekiedy „efekt kokonu” może przybrać rozmiary „efektu motyla” i stworzyć – przynajmniej w sztuce – fenomen, obok którego trudno przejść obojętnie.
Ari Folman, David Polonsky: „Dziennik Anne Frank” („Anne Frank. The Graphic Diary”). Tłumaczenie: Kamil Budziarz. Wydawnictwo Stapis. Katowice 2019.