Wydanie bieżące

15 lipca 14 (374) / 2019

Anna Depta,

DEMONY DEKADENCJI ('CABARET', REŻ. JACEK BOŃCZYK)

A A A
W czerwcu 2018 roku ze stanowiska dyrektora Teatru Rozrywki w Chorzowie zrezygnował Dariusz Miłkowski, przechodząc na zasłużoną emeryturę – kierował bowiem nieprzerwanie instytucją od jej powstania w 1984 roku. Zastąpili go Aleksandra Gajewska oraz Jacek Bończyk, a „Cabaret” to obok familijnego „Zorro” kolejna premiera ich pierwszego sezonu. Co więcej premiera wyjątkowa, gdyż to pierwszy w historii Teatru Rozrywki revival, czyli ponowne wystawienie sztuki, w dodatku znanej i lubianej. „Cabaret” grano bowiem z powodzeniem w Rozrywce w latach 1992-2002, a niezapomniane kreacje stworzyli wtedy Jacenty Jędrusik i Elżbieta Okupska. Czy Jackowi Bończykowi, reżyserowi wersji scenicznej z 2019 roku, udało się spełnić oczekiwania widzów?

„Cabaret” to w końcu jeden z najbardziej kultowych musicali, któremu dodatkowy rozgłos zapewniła filmowa wersja z 1972. Film w reżyserii Boba Fosse’a różni się od sztuki w warstwie fabularnej, ale Fosse wyeksponował w nim to, co najistotniejsze dla fenomenu dzieła – wzrastającą popularność nazizmu oraz różne postawy ludzkie względem tej ideologii, czego świadkami są goście i pracownicy kabaretu. Nie bez znaczenia jest rola Lizy Minelli, która stworzyła niezapomnianą kreację Sally Bowles (co ciekawe, kilka lat wcześniej przegrała casting do wersji teatralnej), a także piosenki w jej wykonaniu, szczególnie „Mein Herr”, „Maybe This Time” oraz „Cabaret”. Kanwą musicalu jest pobyt młodego pisarza Clifforda Bradshawa w Berlinie u schyłku Republiki Weimarskiej oraz jego znajomość z Sally Bowles, wokalistką zatrudnioną w kabarecie Kit Kat. Clifford i Sally mieszkają w pensjonacie u Fraulein Schneider, doświadczonej przez życie kobiety, w której z wzajemnością zakochuje się żydowski sklepikarz, Herr Schultz.

Aktorsko spektakl stoi na wysokim poziomie. Wioleta Malchar-Moś i Hubert Waljewski tworzą dobrany duet kochanków. Waljewski wciela się w Clifforda Bradshawa i przekonująco oddaje postać nieco introwertycznego, przytłoczonego, ale i zafascynowanego Berlinem pisarza. Na szczególną uwagę zasługuje kreacja Malchar-Moś, która gra Sally Bowles. Takie postacie znajdują się już w emploi aktorki, która na deskach Teatru Rozrywki wcielała się m.in. w Marię Magdalenę w „Jesus Christ Superstar” czy Hedy La Rue w „Jak odnieść sukces w biznesie, zanadto się nie wysilając” – nic dziwnego, gdyż aktorka radzi sobie świetnie z rolami kokietek. Malchar-Moś umiejętnie balansuje między niewinnością, wręcz dziecinnością, a seksapilem. Oprócz wyczucia komediowego należy pochwalić jej wokal; w drugim akcie brawurowo wykonuje tytułowy utwór, popisując się przy tym nie tylko świetnym głosem, ale i przekonującą interpretacją aktorską. Należy też wspomnieć o Marku Chudzińskim, który jako Ernst Ludwig – współpracujący z nazistami oportunista – potrafi być zarazem czarujący, jak i wyrachowany. Komizmu sztuce przydaje postać Fräulein Kost, damy do towarzystwa umilającej czas marynarzom, którą odgrywa Marzena Ciuła.

Rzecz jasna nie byłoby „Cabaretu” bez Mistrza Ceremonii ­– narratora musicalu, ale i szefa kabaretu Kit Kat. Kamil Franczak zdaje się inspirować w równym stopniu dwoma kanonicznymi odtwórcami roli – Joelem Greyem oraz Alanem Cummingsem, który właściwie stworzył postać MC na nowo. Cummings w przeciwieństwie do Greya jest rozerotyzowany, czarujący, kokietuje publiczność – jest w równym stopniu Mistrzem Ceremonii, co gwiazdą kabaretu. Grey przypomina z kolei marionetkarza, który sprawnie pociąga za sznurki. Franczak raz dystansuje się od wydarzeń w kabarecie, a raz staje się ich częścią, oddając zarazem androginiczność postaci MC, jak i jego wyuzdanie. Aktor wprowadza publiczność w świat nocnego Berlina świetnym wykonaniem „Wilkommen”, niestety trudno powiedzieć, że tworzy niezapomnianą kreację, jeśli weźmie się pod uwagę całość musicalu; zdecydowanie bardziej wyróżnia się Malchar-Moś, a przecież to konferansjer powinien być najbarwniejszą postacią. Wierzę jednak, że to kwestia oswajania się z rolą i scenicznego obycia, a Franczak jako utalentowany wykonawca znajdzie swój sposób na bohatera.

Praca kostiumografki Anny Chadaj zasługuje na uznanie. Stroje nie tylko oddają ducha epoki, ale także podkreślają osobowość i status postaci. Cieszy również umiejętne wyzyskanie kostiumów w kreowaniu atmosfery – na przykład pod koniec pierwszego aktu większość bohaterów odzianych jest w trencze, płaszcze pierwotnie o charakterze wojskowym, co ma zapewne oddać paramilitarny charakter NSDAP i rosnącą popularność partii. Wysiłek zespołu widać szczególnie w bogactwie strojów personelu kabaretu Kit Kat, niemniej kilka decyzji uważam za niezrozumiałych. Aktorki i tancerki pod cielistym body ze srebrnymi cekinami noszą biustonosz i o ile zdaję sobie sprawę, że w grę mogły wchodzić kwestie praktyczne, to takie rozwiązanie nie sprawdza się ze względów estetycznych – o wiele lepiej wyglądałyby na przykład gorsety, które zresztą nosi w niektórych scenach męska część zespołu baletowego. Sztuka i tak jest odważna, w końcu jeden z songów („Dwie damy”) traktuje o trójkątach miłosnych, więc biustonosz założony pod prześwitujące body z kryształkami w strategicznych miejscach to zbędny element ubioru, wręcz zaburzający magię teatru.

Scenograf Grzegorz Policiński również postawił na wierność historycznym realiom; w wywiadzie przyznaje się do inspiracji architekturą Republiki Weimarskiej, jednak widać, że nawiązuje także do monumentalnej architektury nazistowskiej i faszystowskiej – tak, jakby scenografia miała zapowiadać rodzący się nowy porządek. Kabaret Kit Kat opływa blichtrem, ale równocześnie pokazano jego kiczowatość – na scenie przez większość spektaklu dominuje monumentalna instalacja przedstawiająca kobiece nogi w szpilkach. Królują tu także neony, a rozrywkowy charakter kabaretu oddaje błyszcząca srebrna kurtyna. Miejscami brakuje jednak spójności – obskurny pokój Clifforda Bradshawa nie pasuje do pięknego artdekowskiego holu pensjonatu Fräulein Schneider, w założeniu przecież podrzędnego przybytku, z kolei sklep Herr Schultza, zamożnego kupca, przypomina skromny straganik.

Mimo że poszczególne elementy spektaklu są na wysokim poziomie (jak zwykle na wysokości zadania stanęli tancerze i orkiestra), to widz wychodzi ze spektaklu z uczuciem niedosytu. Prawdopodobnie wynika to z niewłaściwego wyważenia proporcji między pierwszym a drugim aktem. Z jednej strony to częściowo kwestia libretta musicalu, być może także udzielonej licencji, niemniej Teatr Rozrywki już kilkukrotnie dokonywał znaczących modyfikacji w adaptowanych sztukach – z korzyścią dla inscenizacji. Pierwszy akt dłuży się, trwa około dwie godziny, a drugi – zaledwie czterdzieści pięć minut. W dodatku ten drugi jest o wiele bardziej dramatyczny i przejmujący – dopiero pod koniec pierwszego aktu widzimy, jak wiele ludzi uwiódł nazizm, łącznie z sympatycznymi bohaterami, jak Ernst Ludwig czy Fräulein Kost. Widoczne jest to w scenie, w której wiele gości przyjęcia zaręczynowego Fräulein Schneider i Herr Schulza zdejmuje okrycia wierzchnie i oczom widzów ukazują się opaski ze swastyką, a następnie wszyscy bohaterowie, zmuszeni przez członków NSDAP, wykonują „Jutro należy do mnie”, piosenkę stylizowaną na nazistowski hymn. Wcześniej jedynym zwiastunem rodzących się faszystowskich sympatii jest ten sam utwór śpiewany przez pracowników nieznanego nam baru lub kawiarni, co wówczas jeszcze nie ma złowieszczego charakteru. Być może to celowe zagranie ze strony reżysera spektaklu, Jacka Bończyka, który chciał pokazać, jak naziści powoli, niemal niepostrzeżenie, zdobyli duże poparcie ze strony społeczeństwa. Sądzę jednak, że źle wpływa to na tempo spektaklu i sprawia, że dwa akty musicalu nie przystają do siebie. Ostatnia scena spektaklu pokazująca różne postawy wobec widma nazizmu – ignorancję, bagatelizowanie oraz konformizm – wybrzmiewa dość silnie, ale pierwszy akt w jej świetle wydaje się częścią innego musicalu. Wątek miłości Fräulein Schneider i Herr Schultza w pierwszym akcie jest bowiem jakby wyjęty z innej bajki, niemalże sielankowy. Zbyt wiele scen poświęca się nieporadnym, z założenia komicznym zalotom sklepikarza. Zresztą związek Sally i Clifforda także jawi się idyllicznie, a przecież to postaci z zupełnie innych światów, z innymi życiowymi pragnieniami i doświadczeniami. Szkoda, że nie nakreślono bardziej dzielących bohaterów różnić, aby ukazać niemożność wzajemnego zrozumienia, a w rezultacie – tragizm ich uczucia. Żal także dwóch piosenek napisanych na potrzeby filmu, ale obecnych w niektórych wystawieniach musicalu – „Mein Herr” oraz „Maybe This Time”. Oba utwory naświetlają charakter Sally; pierwszy pokazuje jej frywolność oraz naturę niebieskiego ptaka, a drugi romantyczność i tęsknotę za prawdziwym uczuciem. W dodatku „Mein Herr” słynie z genialnej choreografii, która na pewno zostałaby świetnie zatańczona przez zespół Rozrywki.

Musical nie poradził sobie zatem ze swoją legendą. Czegoś zabrakło – przede wszystkim pomysłowości realizatorów i większego dramatyzmu. Oczekiwałam od Teatru Rozrywki, który stworzył kilka świetnych wersji non replica (m. in. „Jekylla & Hyde’a” i „Billy’ego Elliota”), innowacyjności, tymczasem widz ma do czynienia ze sprawnie działającym scenicznym mechanizmem – dobrą, ale niezapadającą w pamięć realizacją.

Literatura:

1. „Do teatru”! TVP 3 Katowice, 21.03.2019.

2. Wyszogrodzki D.: „Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018”. Warszawa 2018.
Cabaret”. Reżyseria: Jacek Bończyk. Scenografia: Grzegorz Policiński, Kostiumy: Anna Chadaj. Choreografia: Inga Pilchowska. Kierownictwo muzyczne: Mateusz Walach. Premiera: 30.03.2019. Teatr Rozrywki w Chorzowie.

Od redakcji: Niniejszy tekst powstał w maju. Na początku czerwca, na skutek publikacji materiału zawierającego prywatną rozmowę Aleksandry Gajewskiej i Jerzego Bończaka, marszałek województwa śląskiego podjął decyzję o odwołaniu Gajewskiej ze stanowiska dyrektora teatru. W geście solidarności z odwołaną dyrektor Jacek Bończyk zrezygnował z pełnienia funkcji z-cy dyrektora do spraw artystycznych. Pod koniec czerwca, w dużej mierze dzięki wsparciu zespołu i mediacjom z urzędem marszałkowskim, Aleksandra Gajewska została przywrócona na stanowisko dyrektora Teatru Rozrywki.