Wydanie bieżące

15 lipca 14 (374) / 2019

Iwona Kościelniak,

MISTRZOWSKA OPOWIEŚĆ O NAS SAMYCH (ŁUKASZ ORBITOWSKI: 'KULT')

A A A
Łukasz Orbitowski po raz kolejny, po „Innej duszy” z serii Na F/Aktach wydawanej przez wydawnictwo Od Deski do Deski Anny i Tomasza Sekielskich, bierze na warsztat autentyczną historię. Tym razem jest to opowieść o Kazimierzu Domańskim – oławskim wizjonerze i cudotwórcy, któremu od 8 czerwca 1983 r. na jego działkach na ulicy Nowy Otok w Oławie regularnie ukazywała się Matka Boża, nakazując uzdrawianie ludzi. Do tego niewielkiego miasteczka na Dolnym Śląsku zaczęły napływać tysiące pielgrzymów zwanych w powieści „jeremiaszami”, którzy paraliżowali ruch kolejowy, samochodowy, wykupywali i tak trudno dostępne w tych czasach artykuły spożywcze i przemysłowe oraz zanieczyszczali fekaliami podmiejskie działki. Popularność Domańskiego rosła dzięki emitowanym w telewizji dokumentom na temat jego działalności oraz wystąpieniu gen. Wojciecha Jaruzelskiego, oficjalnie potępiającego rzekome objawienia na Dolnym Śląsku. Za donacje otrzymane od „pielgrzymów” Domański wybudował sanktuarium Matki Bożej Pokoju wraz z plebanią oraz domem pielgrzyma, które w oficjalnym rejestrze stały jako zabudowania gospodarcze. W 1999 r. wraz z żoną Bronisławą w sądzie we Wrocławiu zarejestrował Stowarzyszenie Ducha Świętego, które zostało uznane przez Kościół Katolicki za sektę chrześcijańską, a samo stowarzyszenie wraz z jego członkami zostało objęte interdyktem kościelnym.

W opowieści Orbitowskiego głównym bohaterem nie jest jednak Kazimierz Domański, lecz zupełnie odmienna postać – Henryk Hausner. Jego losy są opowiadane z perspektywy starszego brata Zbigniewa. Jest to zatem w zamyśle całkowicie subiektywna relacja, która nie daje czytelnikowi odpowiedzi na nurtujące go od samego początku pytanie: czy Henio jest wybrańcem obdarzonym przez Boga wyjątkową łaską, człowiekiem obłąkanym, a może zwykłym mistyfikatorem? Prowadzona narracja jest rzadko spotykana. Mamy bowiem do czynienia z opowieścią-rzeką, jak pozwolę sobie ją nazwać, będącą niejako stenogramem rozmowy przeprowadzonej w fikcyjnej rzeczywistości przez samego autora książki z bratem oławskiego wizjonera. Co ciekawe, rozmowa ta nie jest „nagrywana” w aktualnym wymiarze czasowym, lecz w roku 1997, w trakcie powodzi tysiąclecia na Dolnym Śląsku, przepowiedzianej z resztą przez Henia, w niespełna kilka lat po jego śmierci. Brak tutaj zatem dystansu czasowego, który pozwoliłby narratorowi na zaprezentowanie wydarzeń w nieco bardziej obiektywny sposób, z uwzględnieniem przemyśleń o ironicznym charakterze. Opowieść jest jednak bogata w refleksje uogólniające, mogące stanowić samodzielne sentencje, charakterystyczne dla człowieka znajdującego się u kresu życia, człowieka doświadczonego i kompletnego (np.: „W ciemności człowiek widzi wyraźniej, co ma w sobie”; „Wiele można by się nauczyć od kotów, tylko do tej mądrości potrzeba wieku, doświadczenia, a przede wszystkim wielkiej straty”; „[…] Człowiekowi można zabrać niemal wszystko. Pieniądze, kobietę, dom. […] Ale nadziei zabrać nie wolno, bo to śmierć za życia”; Powiadają, że gdy kto się wiedzą przekarmi, głupotą mu się odbija”). Zabieg ten zbliża powieść Orbitowskiego do pisarstwa Wiesława Myśliwskiego, a zwłaszcza filozoficznego „Traktatu o łuskaniu fasoli”. Zaprezentowana jednak przez Zbyszka wiwisekcja nie dotyczy jego samego, lecz brata, którego postać odbija się w innych bohaterach niczym w zwierciadle, pomagając tym samym stworzyć jak najpełniejszy portret psychologiczny („Jednego człowieka widać tylko przez drugiego, nigdy samego […]”).

Na uwagę zasługuje sama opowieść, którą Orbitowski prowadzi mistrzowsko, uwzględniając zawiłość ludzkiej pamięci oraz asocjacyjny charakter funkcjonowania mózgu. Nie są to bowiem retrospekcje prowadzone w sposób linearny, lecz niechronologiczny, meandryczny, z licznymi dygresjami i oznakami nieuchronnego zapominania. Dzięki temu w sposób naturalny udało się umieścić w książce retardacje, które dodatkowo zwiększają ciekawość odbiorcy. Autor doskonale zna istotę opowieści, co zdaje się momentami tłumaczyć czytelnikowi ustami Zbyszka: „Miałem panu opowiadać o lodołamaczach, łabędziach i krze, opowiadam o górce, a pan chcesz słuchać o Heniu. To dlatego, że nie wie pan nic o opowiadaniu. Pan by chciał odtworzyć historię jak plik w komputerze, a tak się po prostu nie da, bo Heniek jest też w tej górce, w lodołamaczach, zaś nade wszystko w wodzie, o której tak bardzo nie chce pan słuchać”. Szczególnie znakomite są dygresje w formie mikroopowieści, jak np. tej o sarence, które zapadają głęboko w pamięć.

Orbitowski nie ustrzegł się jednak od ograniczeń towarzyszących przyjętej formule. Oto bowiem opowieść wydaje się być momentami zbyt szczegółowa, z przywoływaniem dialogów postaci czy nawet mowy pogrzebowej (sic!). Wydarzenia, których narrator nie był świadkiem, są przytaczane z drugiej ręki, z relacji zasłyszanych od innych, co za każdym razem jest podkreślane w celu uniknięcia nieścisłości. Ponadto decyzja o rezygnacji z osoby przeprowadzającej „wywiad” skutkowała koniecznością przytaczania jej pytań bądź wątpliwości w formie mowy pozornie zależnej, co wywołuje wrażenie sztuczności.

W „Kulcie”, niczym w soczewce, skupia się obraz społeczeństwa polskiego z lata 80. XX wieku. Orbitowski z właściwą sobie szczegółowością, w rzetelny sposób odmalowuje przy pomocy relacji mieszkańców zmieniającą się na przestrzeni lat Oławę okresu PRL-u. Obrana czasoprzestrzeń definiuje bohaterów mieszczących się w archetypach wypracowanych przez patriarchalne małomiasteczkowe społeczeństwo. Starszy z braci odgrywa rolę miejscowego amanta, znakomitego w swoim fachu fryzjera, doskonałego męża i ojca, którego powodzenia w życiu zawodowym i osobistym zazdroszczą inni przedstawiciele płci męskiej. Henio jest miejscowym dziwakiem i budzącym szacunek wizjonerem, któremu Matka Boża po raz pierwszy ukazuje się podczas podwiązywania pomidorów, co przywodzi na myśl staruszka z „Piosenki o końcu świata” Czesława Miłosza. Romek to pozbawiony jakiejkolwiek wiary i moralności ksiądz. Waldek natomiast jest lokalnym działaczem partyjnym, swoją pozycję zawdzięczającym wpływom ojca, do którego do końca życia jest porównywany. Zbyszek zachowuje się tak, jak wymaga od niego przyjęta jeszcze w dzieciństwie poza. Jego decyzje, podjęte zgodnie z obranym wizerunkiem, prowadzą go do nieuchronnej zguby. Dramatyczne wydarzenia z życia zmuszają bohatera do redefinicji takich wartości, jak miłość, przyjaźń, honor, braterstwo, lecz tak naprawdę nie wpływają na jego skostniały sposób postępowania. Pomimo wypracowanej przez lata ponoszonych porażek życiowych i różnego rodzaju zawodów, nie jest w stanie wyjść poza przyjęty sposób zachowania. Nadzieją na lepszą przyszłość są dla niego synowie, którzy, o ironio, stanowią fizyczne i psychiczne repliki Zbyszka i Henia, umieszczone jednak w zupełnie innym momencie historii. Nadzieja umiera, a historia zatacza koło, z czego sprawy nie zdaje sobie narrator, nieświadomie zachęcając syna do powielania jego błędów. Niewierzący w Boga, przeznaczenie bądź ślepy los Zbyszek, nie ustrzega się jednak myślenia magicznego, które siłą rzeczy emanuje z jego opowieści.

Warto pochylić się również nad szatą graficzną książki. Słowa Wojciecha Jaruzelskiego oraz Beaty Szydło dotyczące objawień, a stanowiące niejako motta wiążące się z fabułą opowieści, są zapisane krojem pisma imitującym czcionkę charakterystyczną dla tradycyjnej maszyny do pisania. Ten sam font, lecz wykorzystujący wyłącznie kapitaliki, znajduje się w zapisie każdego z dziesięciu rozdziałów powieści. Paradokumentalny charakter powieści dopełniają umieszczone na wewnętrznej stronie okładki autentyczne zdjęcia. Okładka projektu Rafała Kucharczuka przyciąga swą prostotą i oryginalnością. W jej centralnym punkcie znajduje się biały, symbolizujący czystość wiary Henia krzyż, od którego zdaje się bić światłość w formie dwunastoramiennej gwiazdy. Jest on umieszczony na jasnoniebieskim tle (kolor Maryi) przedstawiającym ogród, przypominający ilustrację z sentymentalnej sielanki. Obok krzyża znajduje się mocno kontrastująca z niebieskim tłem ciemnoróżowa łza. Grafika w nienachalny, symboliczny sposób oddaje treść książki, znakomicie z nią harmonizując.

Po przeczytaniu „Kultu” nie dziwi już zawarty na okładce blurb, reklamujący książkę jako „mistrzowską opowieść o nas samych” oraz „najdojrzalszą powieść Łukasza Orbitowskiego”. „Kultowi” można zarzucić, że nie traktuje o niczym nowym, że nie wnosi nic niepowtarzalnego i niepokojącego – nie musi tego robić. Wszystko zostało już napisane i opowiedziane. Silenie się na oryginalność w tym przypadku stałoby w sprzeczności ze stylem pisarskim i sposobem myślenia autora. Ciągnąca się przez dziesięć rozdziałów pierwszoosobowa narracja może się wydawać monotonna, pozbawiona fajerwerków w postaci zaskakujących zwrotów akcji, za to pełna fragmentów ją opóźniających. Dla niektórych stanowi to zarzut, dla innych zaś naturalny bieg opowieści, która przecież nie powinna trzymać słuchacza w nieustannym napięciu. Nie jest to bowiem ani thriller, ani kryminał, a skupienie odbiorcy ma sinusoidalny charakter – potrzebuje on fragmentów, w których może sobie pozwolić na lekkie osłabienie uwagi. Również sentencje głównego bohatera mogą się spotkać z zarzutem, że są to tak naprawdę wyświechtane truizmy. Być może, jednak jak bardzo skomplikowaną filozofię życia mógłby przekazać prosty człowiek, którym przecież jest Zbyszek? Wszystko to sprawia, że powieść będzie budziła w czytelniku mieszane uczucia. Z całą pewnością jest to propozycja książkowa, do której należy dojrzeć.
Łukasz Orbitowski: „Kult”. Wydawnictwo Świat Książki. Warszawa 2019.