Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (375-376) / 2019

Katarzyna Warmuz,

ŚMIECH JEST ZASŁONĄ DLA BÓLU (DWIE SPŁUKANE DZIEWCZYNY)

A A A
„NAJWIĘKSZYM JEDNAK PROBLEMEM jest jednak to, że biznes babeczkowy dziewczyn kompletnie się nie rozwija, nadal tak naprawdę nic nie mają. Powinni ten interes posunąć do przodu, bo chyba każdy chciałby zobaczyć, jak dziewczyną się coś udaje. Nie mówię, że muszą mieszkać w wypasionym apartamencie i pić szampana do śniadania ale brak rozwoju własnego biznesu, który jest głównym wątkiem serialu sprawia, że stoi on w miejscu” (gacek870, https://www.filmweb.pl/serial/Dwie+sp%C5%82ukane+dziewczyny-2011-616779/discussion/Ten+serial+ma+1+problem,2672357)



Nie ulega wątpliwości, że sitcom „Dwie spłukane dziewczyny” to serial zapomniany – wyrzucony poza główny nurt i schowany między takimi produkcjami jak „Nie zadzieraj z zołzą spod 23” i „Broad City” a „Podmiejskim czyśćcem”. Na polskich portalach trudno znaleźć recenzje, które nie skupiałby się tylko na niewybrednym, często niepoprawnym politycznie, humorze. W moim odczuciu produkcja Michaela Patricka Kinga i Whitney Cummings ma więcej do powiedzenia o współczesnym świecie niż niejedna produkcja, która chciałaby wejść na rynek z mocnym przekazem.

„Dwie spłukane dziewczyny” to opowieść, jakich wiele – dwie młode kobiety chcą odnieść sukces. Rzecz w tym, że początek nie jest tak przyjemny jak w większości produkcji na temat realizacji „amerykańskiego snu”. Już na wstępie widzowie dostają srogi policzek, bowiem dowiadują się, że ojciec jednej z bohaterek, Caroline Channing (Beth Behrs), z dnia na dzień traci cały majątek. Razem z pieniędzmi kobieta traci przyjaciół, poważanie na Manhattanie i wizję Ameryki jako miejsca dobrobytu i bezpieczeństwa. Trafia na Brooklyn, na którym poznaje Max Black (Kat Dennings) – książkowy przykład „white trasha”. Dwie dziewczyny, mimo że pochodzą z tego samego miasta, dzieli niemalże wszystko: począwszy od zachowania, stylu przetrwania w prekarnych warunkach, kończąc na zawiązywaniu relacji z drugim człowiekiem. Co je łączy? Permanentny brak gotówki, a z czasem przeżywania kolejnych porażek także i przyjaźń.

Od samego początku sitcom „Dwie spłukane dziewczyny” zyskiwał skrajne recenzje. Krytycy koncentrowali się na wulgarnych, seksistowskich i rasistowskich gagach oraz erotycznych aluzjach. To prawda, że jest to produkcja niepoprawna politycznie – nie ma minuty bez sprośnego humoru, stereotypów na temat Polaków i Ukraińców lub rasistowskich docinków w stronę Hana (Matthew Moy), szefa restauracji, w której dziewczyny pracują. Z drugiej strony, recenzenci wskazywali na potencjał sitcomu oraz na nietuzinkową chemię pomiędzy dwiema głównymi aktorkami. To wszystko prawda – między dziewczynami iskrzy, a żarty o penisach w bułkach lecą między nimi. Jednak, w moim przekonaniu, niepoprawne politycznie żarty nie są czymś, co należy krytykować, lecz, paradoksalnie, docenić. Nie podchodzę afirmatywnie do zachowań seksistowskich, rasistowskich i homofobicznych. Moja przychylna ocena „Dwóch spłukanych dziewczyn” wynika z prostej przyczyny – serial pokazuje, jaki świat jest na zewnątrz liberalnej banieczki.

Nie twierdzę, że osoby wykluczone ekonomicznie są esencjalne ksenofobiczne lub seksistowskie. Rzecz w tym, że w świecie Max i Caroline nikogo specjalnie nie obchodzi orientacja seksualna lub pochodzenie rasowe – to kwestie drugo- lub nawet trzeciorzędne w obliczu sytuacji ekonomicznej bohaterów. Twórcy nie zapomnieli o nikim. To prawda, że Han, Koreańczyk, słyszy żarciki na temat swojego wzrostu. Oleg, Ukrainiec, jest sprośnym slavem z wielkim, złotym łańcuchem na szyi. Sofii Kaczynski to Polka, przedstawiająca Polskę jako kraj nieznający współczesnej medycyny. Earl to Afroamerykanin, który kiedyś był muzykiem jazzowym uzależnionym od kokainy. Serial „Dwie spłukane dziewczyny” przedstawia świat taki, jaki jest – pełen stereotypów i uprzedzeń. Jednak w tym uniwersum, bohaterowie serialu potrafią odsunąć je na bok i stworzyć instytucję podobną do rodziny. O ile liberalne media rozpisują się na temat ksenofobii i rasizmu rzekomo panoszących się wśród klasy ludowej, tak serial Kinga i Cummings pokazuje coś zupełnie odwrotnego. Osoby wykluczone ekonomicznie potrafią się dogadać pomimo istniejących stereotypów. Natomiast to właśnie bogacze stawiają mury, przez które nikt nie może przejść – chyba że ma się fortunę i apartament z widokiem na metropolię.

Michael Patrick King jest znany przede wszystkim z wykreowania bodaj najbardziej znanego serialu dla kobiet, a mianowicie „Seksu w wielkim mieście”. W XXI wieku seria o czterech białych i bogatych przyjaciółkach doczekała się krytyki. Producentom zarzucano brak różnorodności pod względem rasy oraz orientacji seksualnej. Co zaskakujące, obliczano również, czy Carrie, wykonując pracę felietonistki, faktycznie mogła pozwolić sobie na kupno aż 40 par butów od Manolo Blahnika (jedna para to koszt około 500 dolarów) oraz czy mogła mieszkać w West Village. „Seks w wielkim mieście” zaatakowano z niemalże każdej strony – pominięto natomiast kwestie klasy. W „Dwóch spłukanych dziewczynach” największy akcent pada na położenie ekonomiczne bohaterów. Nawet tytuł sugeruje, że widzowie będą mieć do czynienia z całą plejadą wykluczonych ekonomicznie figur. Co więcej, można tu odnaleźć różnorodność pod względem etnicznym, rasowym, orientacji seksualnej, która nie tylko pojawia się w gagach, bo przecież ekipa z restauracji to mieszanka kulturowa. Jednak dla większości krytyków to właśnie żartowanie z utartych frazesów było sytuacją graniczną. Nie pochylono się nad tym, że serial Kinga i Cummings ma do zaoferowania opowieść o milionach osób, które muszą codziennie martwić się o swój los. Wątki klasowe zostały przedstawione w recenzjach jako ciekawostka, nowość. To prawda, że to pierwszy sitcom, którego realia są osadzone w zubożałym Brooklynie. Niemniej, nie pokuszono się o analizę warunków bytowych bohaterów – potraktowano je jako scenografię taką jak każda inna. Rzecz w tym, że „Seks w wielkim mieście” pokazywał zaledwie ułamek społeczeństwa. „Dwie spłukane dziewczyny” przedstawiają życie milionów.

W produkcji żartuje się ze wszystkiego i ze wszystkich, choć najbardziej siarczyste policzki dostają osoby bogate. Caroline, choć klasowo zdegradowana, notorycznie słyszy przytyki dotyczące jej zachowawczości, pedanterii lub skłonności do lamentu i histerii. To cechy, które figurują w „Dwóch spłukanych dziewczynach” jako wyznaczniki wyższej klasy społecznej. Oczywiście, dochodzi do tego również szereg innych wyróżników, takich, jak zainteresowanie sztuką, tresowanie dzieci, posiadanie koni wyścigowych i wyższego wykształcenia, narzekanie na mieszkanie na czwartym piętrze. Listę tę można ciągnąć w nieskończoność. Rzecz w tym, że Max często jest głosem rozsądku, ponieważ przedstawia liczne fanaberie wielkomiejskiej arystokracji tak, jak się powinno je postrzegać. Pokazuje, że jeśli codziennie musisz walczyć o przetrwanie i swoją płacę, to nie obchodzi cię szczur w kuchni, sprośny współpracownik lub brak ulubionego koloru błyszczyka w sklepie. Serial o dwóch dziewczynach pokazuje, nareszcie, że bieda nie uwzniośla, lecz upodla i wpędza w depresję. Max pod przykrywką ironii skrywa kompleksy spowodowane brakiem wykształcenia, kochającej rodziny lub ukrywa fakt, że w dzieciństwie była molestowana przez partnerów matki. Jeśli śmiech z puszki pojawia się po okrutnych żartach z gwałtu, to stanowi to zaśmianie sytuacji, ale także, ponownie, pokazanie, że ludzie w codziennym życiu są seksistowscy, homofobiczni, rasistowscy. To nie jest równoznaczne z tym, że bohaterowie są dla siebie przemocowi, nawołują do czystości rasy i związków heteroseksualnych. Powtórzę: ekipa z restauracji tworzy, pomimo stereotypów, zgraną i kochającą się grupę osób. W ostatecznym rozrachunku liczy się to, czy jest się dobrym i uczciwym człowiekiem, a nie kolor skóry lub orientacja seksualna lub opowiedziany żart o biuście. Należy mieć również na uwadze, że te same żarty, ale wypowiedziane przez obce dla głównych bohaterów osoby, funkcjonują już jako obelgi. To istotne rozróżnienie, ponieważ taki zabieg daje do zrozumienia widzom, że przy zastosowanej tu formie humoru ważna jest umowa społeczna w konkretnej grupie osób.

W moim przekonaniu, sitcom został zapomniany właśnie ze względu na krnąbrność, bowiem twórcy zamiast podporządkować się trendom odwrócili się od nich i ukazali życie wykluczonych ekonomicznie ludzi. Amerykański sen jest tu przedstawiony dwojako. Z jednej strony, widzowie otrzymują historię ojca Caroline, który został milionerem, bo „okradł pół miasta”. To stwierdzenie niewygodne, ponieważ po raz pierwszy w komediowym serialu Nowy Jork zostaje ukazany w sposób prawdziwy – bogactwo miliarderów opiera się na okradaniu biedniejszej części społeczeństwa. Tytułowe bohaterki i ich przyjaciele są skazani na pracę w taniej, obskurnej restauracji, mieszkanie na Brooklynie w kilka osób i branie kolejnych prac, by przeżyć. Jeśli ktokolwiek myślał, że Michael Patrick King wyprodukuje serial łudząco podobny do „Seksu w wielkim mieście”, może czuć się zawiedzony. W „Dwóch spłukanych dziewczynach” nie ma miejsca na drogie drinki w porze lunchu, buty za 400 dolarów i chodzenie na randki z mężczyznami, którzy mają szoferów. Max, jak na osobę ciężko doświadczoną przez życie przystało, nie wierzy w bajki dla bogaczy – za to bierze za pewnik, że następnego dnia włoży swój przepocony mundurek, a po pracy w restauracji poniańczy dzieci rozpuszczonych matek z Upper East Side.

Z drugiej strony, jest tu też Caroline, która po aresztowaniu ojca, skazana zostaje na przedefiniowanie swojego życia. To, co kiedyś było dla niej jedynie egzotyką (m.in. kupowanie ciuchów w lumpeksach, jeżdżenie metrem, praca najemna), staje się dla niej niewygodną codziennością. Mimo porażki bohaterka pragnie założyć babeczkowy biznes z Max. W kwestii i tego wątku twórcy nie pozostawiają złudzeń – rynek nie jest sprawiedliwy. Na drodze do rozwinięcia cukierniczego przedsięwzięcia staje zawsze to samo, a mianowicie brak odpowiednich funduszy na rozpoczęcie własnej działalności lub zła opinia o ojcu Caroline. Dziewczyny odkładają pieniądze. Podsumowanie ich starań można zobaczyć po każdym odcinku, ponieważ to wtedy ukazuje się licznik. Jednak okazuje się on zawsze przykrym widokiem – widzowie tylko kilka razy będą mogli zobaczyć kwotę wyższą niż płaca minimalna w Stanach Zjednoczonych. W moim przekonaniu to właśnie brak płynnego przejścia (oczywiście z kilkoma wpadkami po drodze) od pracy kelnerki do bycia miliarderką uczynił ten serial nieznośnym w polskich warunkach. W dalszym ciągu chcemy wierzyć, że założenie własnej firmy przyniesie zbawienie w postaci mieszkania na grodzonym osiedlu, samochodu z klimatyzacją i prywatnego przedszkola dla potomstwa. Symptomatyczne jest jednak to, że w serialu uczciwi przedsiębiorcy to ci, którzy dobrze płacą pracownikom, nie oszukują na podatkach i nie okradają ludzi. Na drugim biegunie znajdują się ci podobni do ojca Caroline: nieuczciwi, żerujący na biednych i niedostrzegający swojego przywileju. Figura „uczciwego przedsiębiorcy” jest tu ważnym aspektem, bowiem to ten model chcą realizować główne bohaterki.

Gdy dziewczyny wychodzą na miasto, Caroline pyta, „gdzie podziała się magia Nowego Jorku”. Max, z niewymuszoną szczerością odpowiada: „tu nigdy jej nie było”. To zdanie chyba najlepiej podsumowuje serial „Dwie spłukane dziewczyny”. Marzenia o lepszym życiu przysłania brutalna prawda dnia codziennego. Jak na ironię, produkcja Kinga i Cummings to sitcom, ale więcej tu miejsca na łzy – choć przysłania je śmiech, to przecież nikt nie powinien mieć wątpliwości, że jest to produkcja dosyć wiarygodnie ukazująca życie studentów, migrantów, osób z długami.
„Dwie spłukane dziewczyny” („2 Broke Girls”). Reżyseria: James Burrows, John Fortenberry, Julie Anne Robinson i inni. Scenariusz: Whitney Cummings, Michael Patrick King. Zdjęcia: Joseph W. Calloway i inni. Produkcja: Stany Zjednoczone 2011-2017, 138 odc. po 22 min.