Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (375-376) / 2019

Jacek Molencki,

STACJA KOSMICZNA W CENTRUM WSZECHŚWIATA (STAR TREK: STACJA KOSMICZNA)

A A A
Podczas rozważań nad fantastyką kosmiczną w kinie nasze myśli dominuje najczęściej seria „Star Wars”. I choć bliżej jej do gatunku fantasy niż science-fiction, a czasem – jak niektórzy krytycy filmowi twierdzą – do westernu, to cudowna wizja filmowa George’a Lucasa zredefiniowała sposób, w jaki patrzymy, a nawet, w jaki patrzeć chcemy, na kino kosmicznej przygody. Wpływy gigantycznego sukcesu „Gwiezdnych Wojen”, szczególnie społecznego, widoczne są w większości współczesnych dzieł filmowych o podobnej tematyce.

Mówiąc z kolei o twórczości w wymiarze małego ekranu, trzeba zauważyć, że podobną rolę odgrywa serialowa franczyza „Star Trek”. Jest ona tworem wyobraźni Gene’a Roddenberry’ego, któremu udało się wyemitować pierwszą jej odsłonę – po latach walk z potentatami telewizyjnymi – w roku 1966 na kanale stacji NBC. To drugi najstarszy, kultowy serial science-fiction, o 3 lata wyprzedza go jedynie brytyjski „Doctor Who”.

Dopiero pisząc te słowa, uświadomiłem sobie, że nazwa „Star Trek”, w przeciwieństwie do „Gwiezdnych Wojen”, nigdy nie została oficjalnie przetłumaczona na język polski. O ile podtytuły konkretnych serii mają swoje polskie odnośniki, tam, gdzie jest to logiczne, o tyle nazwa okalająca serię takowego nie posiada. Poniekąd może słusznie, bo „Star Trek” to termin zarówno chwytliwy, jak i dobrze brzmiący fonetycznie. Z drugiej strony, potencjalny tytuł polski miałby szansę być bardzo poetycki – „Gwiezdna Wędrówka”, jak podaje polska Wikipedia, czy preferowana przeze mnie „Podróż przez Gwiazdy”.

W tamtym czasie nazwa „Star Trek” odnosiła się jeszcze tylko do pierwotnej serii. Dla odróżnienia jej jako jedynie pewnego fragmentu pełnego serialowego spektrum tego uniwersum obecnie stosuje się retronim „Star Trek: The Original Series” lub w skrócie „Star Trek: TOS”.

Główną treść stanowiły przygody załogi kosmicznego statku Enterprise, będącego częścią Starfleet (Gwiezdna Flota), czyli ciała militarnego tzw. Federacji (dokładnie – United Federation of Planets). Z tego powodu bohaterowie serialu nie są luźną bandą awanturników, tylko stosują się do wojskowego rygoru i szanują hierarchię w swoich szeregach. Jak informuje nas czołówka, a także nierzadko stwierdzają protagoniści serii, ideą fabularną była misja badawczo-odkrywcza Enterprise. Luźnie tłumacząc słynne słowa serii: „By eksplorować dziwne, nowe światy. By odnajdywać nowe życie i nowe cywilizacje. By odważnie zmierzać tam, gdzie żaden człowiek wcześniej nie dotarł!”.

Wśród głównych postaci – poza „wielką trójką” kapitana Kirka (William Shatner), pana Spocka (Leonard Nimoy) oraz dr. McCoy’a (DeForest Kelley) – znaleźć można było szkockiego inżyniera Scotty’ego, czarnoskórą oficer łączności Uhurę, Japończyka – pana Sulu czy Rosjanina Chekova. To bardzo istotne informacje dla poniższych rozważań, ponieważ „Star Trek” jest wymieniany jako jeden z pierwszych seriali, które posiadają stałą, wielokulturową obsadę i forsują progresywne opinie w społeczeństwie, np. kobiety na stanowiskach władzy, równość dla osób o różnych kolorach skóry, amerykańsko-rosyjska współpraca w okresie szalejącej Zimnej Wojny. Wśród pomysłów twórcy znajdowało się również wprowadzenie kobiety na stanowisko pierwszego oficera Enterprise, na co jednak nie zgodziła się stacja NBC, uznając, iż widzowie (a może raczej zarząd telewizji?) nie byli gotowi na kobietę o tak wysokim stopniu militarnym. To ukazuje, jak odważną pozycję starał się zajmować „Star Trek”, nawet jeśli mierzył się z trudnościami powyższej natury. Warto również napomnieć, że serial miał formułę epizodyczną – żadne wydarzenia w poszczególnych odcinkach nie miały trwałego charakteru, co nie powinno dziwić nikogo zaznajomionego ze standardem produkcji seriali w tamtym okresie.

Pomysł na powyższe umiejscowienie akcji wykluł się w umyśle Roddenberry’ego. Wizja „Star Treka” była odzwierciedleniem jego nadziei na idylliczną przyszłość ludzkości. Jak twierdzą w licznych wywiadach osoby pracujące z nim przez lata, Roddenberry wierzył głęboko, że choć jest to obraz odległy, to kiedyś ludzka cywilizacja urośnie do takiego poziomu, aby stać się świetlistym przykładem dla innych istnień, które być może napotkamy, przemierzając galaktykę: uzyskamy całkowitą równość dla wszystkich grup etnicznych i klas społecznych; postawimy na badania i edukację społeczeństwa; zdusimy wszelkie wojny; porzucimy pogoń za pieniądzem i zamiast tego altruizm stanie się najwyższym dobrem; zwalczymy ostatecznie problemy takie jak głód, ubóstwo, choroby itd. Marzenia twórcy, wedle których ukształtował bazę serii, są zarówno ciekawe, jak i unikalne dla medium filmu/serialu. Stoją wszakże w opozycji do częściej widywanych w kulturze wizerunków futurystycznych – mrocznych, strasznych, dystopijnych, postapokaliptycznych („Blade Runner”, „Matrix”, „Mad Max”, by wymienić tylko kilka mainstreamowych przykładów).

„The Original Series” zakończyło swój żywot po zaledwie 3 sezonach w 1969 roku, ale popularność serialu była widoczna latami i jeszcze długo po zdjęciu go z anteny inspirował on kolejnych twórców gatunku. Ponowne wzniecenie zainteresowania tematem nastąpiło dopiero wraz ze świtem Kina Nowej Przygody i ostatecznie doprowadziło w 1987 roku do dania zielonego światła nowej odsłonie uniwersum – „Star Trek: Następne pokolenie” (tytuł oryg. „Star Trek: The Next Generation” lub w skrócie „ST:TNG”). Serial miał dziać się 100 lat po wydarzeniach ze „Star Trek: TOS” i zawierał nową drużynę bohaterów, którą prowadził słynny już kapitan Jean Luc Picard (Patrick Stewart). Ponownie Roddenberry stanął na czele produkcji, tym razem jednak jako jeden z dwóch zarządzających, a asystować mu miał Rick Berman (którego nazwisko okaże się bardzo istotne dla dalszych losów serii). Twórca uniwersum zbliżał się już do siedemdziesiątki i problemem przede wszystkim był jego pogarszający się stan zdrowia (także psychicznego). Paramount (który nabył prawa do franczyzy w międzyczasie) nie bardzo chciał mieszać znowu Roddeberry’ego w produkcję, ale z drugiej strony potrzebowano jego błogosławieństwa, żeby serial został zaakceptowany przez już rosnący tłum protestujących fanów, domagających się zaprzestania „bezczeszczenia” ich franczyzy i przywrócenia starej obsady. Te oraz inne kłopoty doprowadziły do licznych spięć za kulisami i generalnie bardzo trudnego okresu zdjęciowego dla aktorów i ekipy, o czym nie będę tu więcej wspominać, a odeślę do znakomitego dokumentu – w reżyserii zresztą Williama Shatnera – „Chaos on the Bridge”, gdzie ekipa serialowa opisuje liczne zajścia i kontrowersje z planu. Finalnie seria „Star Trek: Następne pokolenie” okazała się najpopularniejszą serią franczyzy, bijącą rekordy oglądalności, również podczas emisji powtórek, i notującą liczną sprzedaż wydań płytowych.

Trzeba jednak powiedzieć, że najlepsze lata „ST:TNG” zaczynają się od 3-4 sezonu, czyli w chwili, gdy Roddenberry odsunął się mocno od serii z powodów zdrowotnych (niedługo później zmarł). Przyzna to zapewne większość śledzących tę serię, choć też zdecydowanie nie każdy połączy ten fakt z rzeczywistą obecnością twórcy w procesie produkcji. Niektórym ta opinia może wydać się szokująca (choć nie jest niepopularna), ale w skromnej ocenie autora tego tekstu Roddenberry nie nadawał się na stanowisko producenta w tym okresie kina/telewizji. Lata 60. to inny czas dla serialu telewizyjnego i wtedy jego fantastyczne pomysły i idealistyczne wizje przyszłości były fascynujące i potrzebne, ale lata 80. i 90. miały zupełnie inne wymagania wobec twórców. Upierając się przy swoich poglądach i przez to utrudniając pracę reszcie ekipy, nie czynił autor niczego dobrego dla swojego dzieła.

Bynajmniej nie staram się sugerować, iż dobrze się stało, że Gene Roddenberry opuścił ten świat wtedy, gdy to miało miejsce, a jedynie, że jego osoba była nie tylko niepotrzebna przy kreowaniu kolejnych odsłon „Star Treka”, lecz wręcz hamowała rozwój tej serii. Nie umniejszając jego zasług dla gatunku science-fiction, podziwiając część jego twórczości, sądzę, że stworzył on świat nazbyt perfekcyjny jak na medium serialu. Epizodyczna budowa „ST:TOS” powoli odchodziła do lamusa wśród widzów, których seriale typu „Crime Story” (premiera w roku 1986) powoli przyzwyczajały do narracji z nadrzędną fabułą, kontynuowaną z odcinka na odcinek. Moim zdaniem formuła serialowa powinna docelowo skupiać się na perypetiach bohaterów i ich rozwoju. Inne elementy są również istotne (fabuła, setting), ale w przeciwieństwie do filmu, z bohaterami serialu „utkniemy” na dużo więcej godzin, a więc lepiej, jeśli będziemy czuli do nich jakąś sympatię. Jeśli postacie z założenia są perfekcyjne, to widowni trudniej się z nimi utożsamiać i śledzić ich poczynania. W każdym dziele potrzebny jest jakiś konflikt oraz moment przezwyciężania trudności (lub pochłonięcia przez nie), a przecież od konfliktów zewnętrznych zwykle ciekawsze są te wewnętrzne. To czyni nasze postacie bardziej ludzkimi, bliższymi nam samym.

Po śmierci autora (w tym przypadku dosłownie i w przenośni) lejce programu w całości uchwycił Berman i od tej chwili seria ruszyła w nowym, intrygującym kierunku. Niewątpliwie „Star Trek: Następne pokolenie” doczekał się 7 długich sezonów właśnie dzięki „przewietrzeniu”, jakiego dokonał Berman w serii, a także z pomocą takich nowych dodatków do ekipy jak koproducent Michael Piller – odpowiedzialny głównie za dyrekcję artystyczną oraz zajmowanie się skryptami. Mimo to seria wciąż pozostała epizodyczna, ale tym razem częściej dochodziło do powracających wątków i postaci, a załoga statku już rzadziej zapominała o wydarzeniach z poprzednich odcinków. Wręcz przeciwnie, bohaterowie stawali się powoli sumą nabytych doświadczeń i docelowo udało im się stworzyć wrażenie jednej, wielkiej, ciepłej rodziny (której poniekąd widzowie byli częścią).

Prawdziwy jednakże przełom w historii „Star Trek” przyniósł niepozorny z początku spin-off serii „Następne pokolenie”. A przynajmniej jako spin-off był traktowany przez telewizyjną publiczność w tamtym okresie, która oczarowana kosmicznymi przygodami załogi kapitana Picarda, zafascynowana gęstym uniwersum oraz głębokimi tematami poruszanymi na ekranie miała spory problem, aby przestawić się na nowy twór, nawet z tego samego uniwersum. Czym mógł być ten problem podyktowany?

3 stycznia 1993 roku na małym ekranie swoją premierę miał serial „Star Trek: Deep Space Nine” (odc. „Emissary”), w skrócie „ST: DS9”, a w Polsce przetłumaczony jako „Star Trek: Stacja kosmiczna”. Stworzony został głównie przez Bermana oraz Michaela Pillera, a później na stanowisko producenta awansował na stałe jeden z wybitniejszych scenarzystów, Ira Steven Behr. Roddenberry nie miał tu już żadnego udziału. Celem serialu miało być przede wszystkim przygotowanie nowego programu, na który mogliby przerzucić się widzowie po nadchodzącym zakończeniu „Następnego pokolenia” (finał: „All Good Things…”, 23 maja 1994 roku). Aczkolwiek już od pierwszego odcinka widoczne są znaczące, prowokacyjne dla jednych, rewolucyjne dla innych różnice w stosunku do reszty serii „Star Trek”. „Stacja kosmiczna” szybko okazała się być czymś zupełnie odmiennym, czymś, czego jeszcze żaden wielbiciel tego uniwersum nie widział.

Od razu rzuca się w oczy dużo poważniejszy ton serialu. Twórcy zapożyczają wątek poruszony w jednym z odcinków poprzedniej serii. Po latach okupacji wojownicza rasa Cardassian, w geście dobrej woli wobec Federacji (do której szeregów już zwyczajowo należą główni bohaterowie każdej z serii), opuszcza planetę Bajor. Planeta została splądrowana, a ludność niemalże doznała holokaustu, część Bajoran zorganizowała się w partyzanckie komórki i stawiała czynny, choć mało skuteczny opór. Teraz Federacja „wyswabadza” Bajor z opresji i rozpościera marzenia o przyłączeniu lokalnej populacji do członków swojej organizacji, chce uczynić ich obywatelami federacyjnymi, dzięki czemu będą oni obdarzeni wolnością oraz prawami, które mają nie dopuścić do powtórzenia podobnych zaborów. Nie wydarzy się to jednak z dnia na dzień – Bajor musi zostać odbudowany, życie wrócić do normy, a reprezentacja Federacji powinna pomóc, na ile może, i trzymać pieczę nad planetą, na wypadek gdyby Cardassian podkusiło, aby wrócić.

Człowiekiem wybranym do tego zadania okazuje się być dowódca wojskowy Benjamin Sisko – wdowiec, który utracił żonę w wyniku ataku wrogiej rasy Borgów podczas wydarzeń serialu „Star Trek: TNG”. I tu na chwilę chciałbym się zatrzymać… W rolę Benjamina Sisko, głównego bohatera serii, wciela się znakomity Avery Brooks. Brooks jest czarnoskórym aktorem, co czyni ten serial pierwszym w historii franczyzy, gdzie rola protagonisty „kapitana” trafia w ręce osoby o innym kolorze skóry niż biały. Sisko to oczywiście nowa postać, nie pojawiał się do tej pory na ekranie, a wspomniane wydarzenia przywoływane są po to, aby nadać jego postaci kontekstu w uniwersum. Ponadto założenie to ukazuje coś, z czym do tej pory seriale „Star Trek” rzadko się mierzyły – brutalne konsekwencje wydarzeń przedstawionych na ekranie i ich wpływ na bohaterów. Reperkusje ataku Borgów, choć rzekomo gigantyczne, nigdy nie zostały wiarygodnie ukazane w ramach serialu „Następne pokolenie”. W „Stacji kosmicznej” natychmiast dostajemy bohatera, który stracił żonę i musi samotnie wychowywać nastoletniego syna Jake’a Sisko – wciela się w niego zaskakująco dobrze dobrany Cirroc Lofton (zaskakująco, ponieważ aktorzy dziecięcy zwykle bywają „plagą” takich seriali, co nawet było często poruszane przy okazji poprzedniej serii przez widzów, lecz nie w tym przypadku).

Inicjację komandora Sisko w pilotażowym odcinku nadzoruje sam kapitan Picard. Klasyczny to zabieg, mający na celu złagodzić widzom wejście w nowy serial poprzez oficjalne „przekazanie pałeczki” przez już mocno ustanowionego i ciepło przyjętego protagonistę. Jednakże twórcy ukrywają tutaj również inne przesłanie, konfrontując obu dowódców, zaznaczają różnice, jakie między nimi występują. Jean Luc Picard jest spełnionym, starszym kapitanem, któremu częściej zdarza się zajmować odkrywaniem tajemnic, archeologią lub dyplomacją niż wojaczką. Postać grana przez Brooksa natomiast to surowy, dotknięty przez życie i liczne konflikty twardziel, który woli działać niż gadać. Ich opozycja jest wyraźna, co później przyznają też inne postacie.

Wracając do założeń nowego serialu: tytułowa „Stacja Kosmiczna”, którą otrzymuje Sisko jako swoje centrum dowodzenia, to orbitująca nad Bajorem cardassiańska placówka Terok Nor – przemianowana przez Federację na Deep Space 9. Cardassianie, wycofując się z planety Bajoran, opuścili stację i oddali ją „w dobrej intencji” Federacji. DS9 stanie się nowym domem dla Sisko, jego syna, przyjaciół oraz ludzi przed telewizorami na następnych 7 lat (7 sezonów), podczas których komandor będzie miał za zadanie (przynajmniej w pierwotnym założeniu) przemienić ten symbol dawnej opresji w bezpieczną przystań dla wszystkich członków Federacji.

Jeden jeszcze wątek z pilota warty jest poruszenia. Otóż wraz z przyjęciem nowego zadania Benjamin Sisko zaczyna otrzymywać tajemnicze wizje, a gdy przejmuje dowodzenie nad stacją, nieopodal otwiera się stabilny tunel czasoprzestrzenny prowadzący do oddalonej o setki tysięcy lat świetlnych części galaktyki, tak zwanego Kwadrantu Gamma (stacja Deep Space Nine znajduje się w Kwadrancie Alpha). W rezultacie okazuje się, że religią Bajoran jest wiara w Proroków – istoty żyjące wewnątrz tunelu. Nagłe jego pojawienie się oraz wizje, jakich doznaje Sisko, zmuszają duchowych przywódców planety do uznania go Emisariuszem (mesjańską postacią z ich religii). Z jednej strony wrzuca to głównego bohatera w niewygodną dla jego pozycji rolę, ale z drugiej strony z dowodzącego bezwartościową, przestarzałą stacją staje się on naczelnikiem głównego hubu transportowo-handlowego między Bajorem, Unią Cardassiańską, przestrzenią Federacji a egzotycznym Kwadrantem Gamma. To czyni z Deep Space Nine zaiste stację kosmiczną w centrum „wszechświata”, a zarazem centralny punkt wszelkich problemów.

Już tu mamy znaczące różnice w tematyce i wykonaniu serii. Premierowy odcinek ustawia pewną fabułę, która będzie kontynuowana przez następnych 7 sezonów, a liczne twisty fabularne będą trzymać widzów w napięciu. Co prawda epizodyczność nie zniknęła w zupełności, ale serial stał się doskonałą hybrydą pomiędzy starym formatem a narracją kontynuacyjną. W każdym odcinku wciąż czekały nowe przygody, a jednak bohaterowie cały czas się rozwijali i przywoływali niektóre przeszłe zdarzenia, wyciągali z nich wnioski. Im dłużej jednak oglądamy „Deep Space Nine”, tym bardziej dostrzegamy, że późniejsze odcinki starają się w miarę na bieżąco kontynuować rozpoczęte wcześniej wątki, co ma swoją kulminację w ostatnim sezonie, gdzie praktycznie mamy do czynienia z jedną długą opowieścią zamykającą.

„Star Trek: DS9” i jego wątki kontrastują dosyć mocno z „Star Trek: TNG”, który mimo swojej świeżości był tak naprawdę nowoczesnym „The Original Series”. Skupiał się na aspekcie przygodowym oraz epistemologicznym, co nie jest z mojej strony negatywną krytyką w żadnym stopniu. „Następne pokolenie” uważam za świetną serię, jak na tamte czasy być może nawet pozycję obowiązkową, aczkolwiek brakowało jej tego poczucia, że jest fragmentem większego uniwersum oraz przyczynowo-skutkowości. Za to „Stacja kosmiczna” miała to wszystko, co wyżej wymienione, plus stałe, poważne zagrożenia, zmieniającą się sytuację „geopolityczną” (chyba nie można użyć tego terminu w stosunku do politycznych sytuacji w kosmosie, ale z braku odpowiedniej nomenklatury…), co angażowało uwagę widza i wymuszało proces kumulowania informacji. Tym razem nigdy nie było wiadomo, czy i kiedy dany wątek powróci, a także jak ważny okaże się dla dalszych losów bohaterów. To dawało odczucie prawdziwego obcowania z żyjącym uniwersum (podobnie jak w przypadku Śródziemia czy „Gwiezdnych Wojen”), nie tylko jednostrzałową przygodą na dany tydzień.

Bynajmniej nie jest to serial perfekcyjny, nie obeszło się bez zgrzytów i, co często powtarzam, „pierwsze dwa sezony trzeba przeżyć”. Nie są one złe, ale też nie stoją na poziomie tych późniejszych. Jednakże wydaje mi się, iż nie fair byłoby szkalować za to „Star Trek: DS9”, gdyż nie jest żadną tajemnicą, że praktycznie każda seria „Star Treka” – za wyjątkiem może „The Original Series” – potrzebowała kilku sezonów „na rozruch”. A dwa sezony „Stacji kosmicznej” to i tak niewiele przy prawie trzech „Następnego pokolenia”. Były one zresztą konieczne, bo serial szukał jeszcze wtedy swojego własnego pola, odróżniającego go od uprzednich produkcji, co widać szczególnie w sezonie 1.

Największą zmianą, do której musieli się przystosować zarówno widzowie, jak i twórcy, było rzecz jasna przeniesienie akcji serialu z pojazdu kosmicznego na orbitującą stację. Wymagało to zupełnie innego podejścia ze strony chociażby scenarzystów. To już nie prywatny statek wojskowy/badawczy, który co tydzień natrafia na inną planetę lub bada jakąś nową anomalię. Teraz przenieśliśmy się właściwie do miasta w kosmosie i codzienne problemy załogi stacji musiały to odzwierciedlać, choć nie oznacza to, że co jakiś czas nie miała ona wypadów w przestrzeń. Ale najgorszym elementem do przetrawienia dla publiczności musiała być zdrada wobec idei serii, zawartej w tytule „Star Trek”; nic nie może być bardziej odległe od Wędrówki przez Gwiazdy niż pozostawanie na orbicie jednej i tej samej planety. To zresztą jedyna seria, w której się na to zdecydowano.

Do nowości należała też zapewne oprawa wizualna serialu. „Stacja kosmiczna” była – zwłaszcza we wczesnych sezonach – określana jako zbyt mroczna. Rzeczywiście, „Star Trek” zgodnie z wizją Roddenberry’ego kojarzył się z nadzieją na pogodną przyszłość. Tutaj za to od razu w oczy rzucają się szara, smętna stylistyka oraz kanciaste wykończenia przemysłowe stacji Cardassian. To wizerunek znacznie odrębny od smukłych kształtów i kolorowych pokładów Enterprise. Stroje załogi również zawierały więcej czerni. W mojej opinii jednak uwolniło to serial od pewnej pstrokatej maniery, pasującej może do standardów sci-fi lat 60., ale dziwnie, jeśli nie nawet lekko kiczowato wyglądającej w czasach emisji tych odsłon „Star Treka”. Zwłaszcza że na horyzoncie lub wcześniej pojawiały się nowe, pomyślne propozycje na seriale tego gatunku, bardziej dramatyczne, melancholijne albo prezentujące ambiwalentną ekipę bohaterów („Blake’s 7”, „Battlestar Galactica”, „Babylon 5”, „Farscape”).

Często poruszaną w serialu tematyką było zgłębianie ludzkiej natury – pojęcie przynależności, przeznaczenia lub wolnej woli, miłości, problem tożsamości i liczne dylematy moralne, np. czy ingerować w dobrze funkcjonującą obcą kulturę, nawet jeśli z naszego punktu widzenia członkowie jej społeczności postępują nieetycznie. Poza tym stałe zagadnienia to eksploracja nieznanego (co umożliwiał tunel czasoprzestrzenny w okolicy DS9), problemy rzędu political-fiction (nieustanne żonglowanie potrzebami Bajoran, wymaganiami Gwiezdnej Floty, podstępami Cardassian, groźbami Klingonów czy szantażami terrorystycznej grupy Maquis) oraz religia (Federacja próbująca naukowo zbadać obcych, żyjących w tunelu, którzy dla Bajoran byli obiektami kultu; Sisko zmuszony do mediacji między pozycją Emisariusza a powinnością munduru). Jednakże prawdopodobnie najistotniejszy wątek to widmo wielkiej wojny między wszystkimi frakcjami Kwadrantów Alpha i Beta (Federacja, Unia Cardassiańska, Imperium Klingońskie, Romulańskie Gwiezdne Imperium i Konfederacja Breen) a władającym Kwadrantem Gamma potężnym i napastliwym Dominium. Finał tego konfliktu był ambitnym ponad miarę przedsięwzięciem, najogromniejszym zamysłem w historii całej franczyzy. W kulminacyjnym sezonie wszelkie fabularne gałęzie zostały zakończone – jedne mniej, drugie bardziej satysfakcjonująco – tworząc mocne, piękne drzewo serialu.

Osobiście uważam, iż posłannictwem science-fiction powinno być właśnie zadawanie trudnych pytań o to, kim jesteśmy, co jest dobre, a co złe, jak powinniśmy analizować sytuacje i postępować odpowiednio. Ważniejsze natomiast są dobrze postawione w filmie/serialu pytania, bez podawania nam jednoznacznych odpowiedzi. Gatunek ten ma możliwość przedstawiania nam dylematów do rozstrzygnięcia, często inspirowanych aktualnymi napięciami społecznymi, w bezpiecznym, alegorycznym środowisku ogólnie pojmowanej przyszłości. Bez wątpliwości żadna seria nie zadaje podobnych pytań tak dobrze jak „Star Trek”.

Grzechem byłoby pominąć największą pozytywną siłę „Stacji kosmicznej” – bohaterów. Pisałem już o Benjaminie Sisko oraz jego synu Jake’u, ale obok nich wśród głównych bohaterów znaleźć można wiele osobliwości. Do regularnych postaci należą m.in.: młody, wysoce etyczny geniusz medycyny dr Julian Bashir (Alexander Siddig); silna bajorańska oficer, która w trakcie okupacji spędziła większość młodości w partyzantce, Kira Nerys (Nana Visitor); należący do tajemniczej rasy Zmiennokształtnych zrzędliwy, lecz drobiazgowy konstabl stacji Odo (René Auberjonois); oficer naukowa z planety Trill, która żyje w symbiozie z pozostającym w jej ciele długowiecznym organizmem, Jadzia Dax (czyt. Dżadzija; w tej roli Terry Farrell); przedstawiciel rasy Ferengi, sprytny i chciwy handlarz Quark (fantastyczny Armin Shimerman!); powracający z wcześniejszej serii inżynier Miles O’Brien (Colm Meaney); dołączający w sezonie 4., również powtarzający swą rolę z uprzedniego serialu, klingoński wojownik oraz oficer strategiczny Worf (Michael Dorn). Choć podkreśliłem wyjątkowo pamiętną rolę Shimermana, to właściwie każdemu z powyższych aktorów należy się gigantyczna pochwała. Ich kreacjom trudno cokolwiek zarzucić, a już zwłaszcza kiepski fach. Pozytywna chemia między obsadą na planie jest widoczna w trakcie całej serii. W rezultacie widzowie z czasem przekonują się do początkowo nawet najmniej lubianych postaci. Gdyby scenarzyści, reżyserzy i wreszcie aktorzy nie mieli pojęcia, co zrobić z bohaterami, to nie moglibyśmy dziś mówić o jakimkolwiek sukcesie „Star Trek: Deep Space Nine”.

„Uziemienie” akcji w jednym miejscu otworzyło furtkę dla rozwoju stale powracającej obsady drugoplanowej. „Star Trek: DS9” to jedyna część serii, która posiada tak liczną i głęboko rozwiniętą ekipę pobocznych bohaterów. Żeby wymienić tylko kilku: jest: cardassiański szpieg podający się za krawca, pan Garak (Andrew J. Robinson); brat Quarka – Rom (Max Grodénchik); syn Roma, a kolega Jake’a, Nog (Aron Eisenberg); pilot frachtowca i nowa miłość Sisko – Kasidy Yates (Penny Johnson Jerald); samoświadomy hologram Vic Fontaine (cudowny, wiecznie rozśpiewany James Darren; wielbicielom stylu Franka Sinatry polecam przesłuchać jego album „This One’s from the Heart” z kolekcją jego piosenek z „Deep Space Nine”). Niesłychaną przyjemnością było śledzić wewnętrzny rozwój tych wszystkich, a także pozostałych, niewymienionych bohaterów oraz ich wzajemne relacje, np. przemianę Quarka z dusigrosza w altruistę (no, prawie…); kwitnącą miłość Odo do Kiry; rodzące się braterstwo między obdarzonymi opozycyjnymi charakterami O’Brienem i Bashirem itd.

Warto wspomnieć również wyjątkowych i równie mnogich antagonistów. Dwulicowy klingoński kanclerz Gowron (czyt. Gauran); szyderczy urzędnik Brunt, osobisty wróg Quarka; Sloan – agent enigmatycznej Sekcji 31, nacjonalistycznej grupy wewnątrz Federacji. To tylko wierzchołek góry lodowej, ale nie obejdzie się bez wymienienia dwóch najciekawszych złoczyńców. Pierwszym z nich jest Weyoun (czyt. Łejun; w jego rolę wcielił się Jeffrey Combs), delegat i głównodowodzący siłami Dominium w Kwadrancie Alpha, który wykonuje swoje zadanie z fanatycznym zapałem (tym bardziej, że lojalność członków tej frakcji opiera się w zasadzie na religijnym wyznawaniu jej władców) oraz lisią przebiegłością. Drugi to Gul Dukat (Marc Alaimo), cardassiański oficer odpowiedzialny za wojska oraz tytułową stację podczas okupacji Bajoru. Nade wszystko należy zwrócić uwagę na tego drugiego, którego stosunki z głównymi bohaterami przez cały serial ulegają ewolucji. Momentami jest pomocny i przyjacielski, momentami balansuje na granicy poczytalności, a czasem po prostu okazuje się zły do szpiku kości. Serialowi krytycy uznają go za jedną z najlepiej napisanych postaci antagonistycznych w historii całego gatunku sci-fi. Zarówno zresztą Alaimo, jak i Combs dostarczają nam solidnych kreacji i są wyborni dla oka, a najbardziej wtedy, gdy ich postacie wspólnie knują czy przekomarzają się.

Kończąc ów pełen wspomnień wywód, muszę rzec, że choć nigdy nie osiągnął takiej oglądalności jak „Star Trek: Następne pokolenie”, to „Star Trek: Stacja kosmiczna” był wysoko oceniany przez krytyków i doceniony przez oglądających. Zagorzali fani uniwersum nierzadko wymieniają tę część jako najwyższy punkt ze wszystkich klasycznych seriali (5 serii aktorskich pomiędzy „Star Trek: The Original Series” a „Star Trek: Enterprise”). Opinia, którą podziela również autor tegoż artykułu.

Pomimo tych wszystkich plusów w pewnym sensie trudno polecić „ST:DS9”, jednakże nie z powodu jakichś wad, ale wymagań, jakie stawiane są widzowi. W teorii każda seria „Star Treka” to osobny konstrukt, ze swoim stylem, celem, sprawiający inne wrażenie podczas oglądania niż pozostałe części. W praktyce jednak to składowe większej całości i trudno tu całkowicie stwierdzić, czy można mieć pełną satysfakcję ze „Stacji kosmicznej” bez znajomości uprzedzającego „Następnego pokolenia”. Naturalnie wszystkie „Star Treki” stworzono w sposób przystępny – można oglądać je w dowolnej kolejności, są samodzielną całością, ale dla tych geeków, którzy lubią mieć pełny obraz sytuacji, może okazać się to za mało. Z jednej strony zrozumiałe, że to trochę zobowiązanie: dwie serie (jeśli przyjąć tylko „TNG” i „DS9”), każda po 7 sezonów, każdy sezon po około 26 odcinków. Może więcej niż zobowiązanie – powiedziałbym wręcz: mariaż. Z drugiej strony zaś, jeśli którykolwiek z nich ma szansę nam się spodobać, to potencjalnie spoglądamy w oczy naszej nowej pasji, która pochłonie nas na długie tygodnie. Gdzie możemy to w razie czego zobaczyć? Ja oglądam na płytach DVD/Blu-ray z ogromnej kolekcji „Star Trek: The Full Journey”, ale to już aberracja kolekcjonera… W tej chwili najlepszym rozwiązaniem dla polskiego widza jest Netflix – można na nim znaleźć wszystkie klasyczne serie w języku polskim. Koncentrując się jednak na „Stacji kosmicznej”, muszę przyznać, że niezależnie od wszystkich jej wad czy zalet, to kiedy przychodzi co do czego, to jest to port, do którego warto zadokować, to załoga warta dania szansy – zafascynują nas przez 7 sezonów, porwą na przejażdżkę pełną czułości, pozytywnego humoru i więcej niż raz zaprzęgną nasze szare komórki do myślenia, zmieniając może nawet przy tym w jakiś sposób nasz światopogląd.

Klasyczne serie „Star Treka” nieprzerwanie starały się prowokować do dyskusji i przecierać szlaki, nawet jeśli czasem oznaczało to, że zmuszone były przetrzeć swoje własne. Ostatecznie jednak zawsze docierały tam, gdzie powinny, i wprawiały w zachwyt. My, fani, czuliśmy się pozytywnie sprowokowani.
„Star Trek: Stacja kosmiczna” („Star Trek: Deep Space Nine”). Reżyseria: Corey Allen, Winrich Kolbe, René Auberjonois i inni. Scenariusz: Rick Berman, Michael Piller, Ronald D. Moore i inni. Zdjęcia: Marvin V. Rush i inni. Produkcja: Stany Zjednoczone 1993-1999, 176 odc. po 45 min.