Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (375-376) / 2019

Katarzyna Szkaradnik,

PIĘĆDZIESIĄT TWARZY ŚMIERCI (ELIAS CANETTI: 'KSIĘGA PRZECIWKO ŚMIERCI')

A A A
Stara skarga, a próżna – na śmierć się żałować,
Bowiem ona nikomu nie zwykła folgować:
Bierze stare i młode, kto się jej nawinie,
Ten pierwej, a ów później: przedsię nikt nie minie.
(Jan Kochanowski: „Nagrobek Tęczyńskiemu”)
(…) nienawidzić każdej śmierci jak własnej,
ze wszystkim zawrzeć pokój, tylko nie z nią.
(Elias Canetti: „Księga przeciwko śmierci”, s. 29)
Batalia ze śmiercią? Sformułowanie tego rodzaju wprowadza drażniący patos, lecz niemal codziennie słyszymy o kimś, kto umarł „po długiej walce z chorobą” (jak wiadomo, piętnowała takie metaforyzowanie Susan Sontag), a największe wysiłki medycyny zorientowane są na wynalezienie antidotów na wciąż nieuleczalne przypadłości. Ale bój przy pomocy oręża słownego? Naturalnie: non omnis moriar, dzieło, które przeżywa twórcę, płód myśli pozwalający na dalszą obecność wśród ludzi w innym wymiarze niż cielesne potomstwo. A w pierwszej kolejności – literatura ocalająca od zapomnienia indywidualne cudze istnienia, chociażby w kameralnej memuarystyce i w publikacjach poświęconych ofiarom eksterminacji.

Elias Canetti jednak w „Księdze przeciwko śmierci” postawił przed sobą zadanie odmienne: słowne zmagania z tym, co „nieuniknione”. Cudzysłów zastosowałam świadomie, gdyż według autora „Masy i władzy” powinniśmy opatrzyć ową nieuchronność pytajnikiem – być może śmierć okazuje się tylko „jak dotąd niepokonana” (s. 134). Protest, z którym wystąpił austriacki noblista, zakrawa na obłąkańczą walkę z wiatrakami albo przejaw dziecinnej lub romantycznej afektacji; zresztą ktoś mógłby wtrącić ironicznie, że bądź co bądź mamy do czynienia z tzw. dziełem pośmiertnym. Niemniej wydaje się, że Canettiego „za grobem zwycięstwo”, choćby dlatego, iż prawdopodobnie zapewnił sobie tym tomem miejsce w pamięci czytelników. Aczkolwiek za jego opus magnum uznaje się powszechnie „Auto da fé” (niekiedy też trylogię autobiograficzną), powieść ta raczej nie przetrwała próby czasu, natomiast problematyka „Księgi…” pozostaje ponadczasowa. Lecz przede wszystkim do użycia epitetu „wielkie” uprawnia doniosłość celu przyświecającego autorowi: obrony człowieka przed śmiercią.

W odniesieniu do omawianej pozycji określenie opus magnum jest umotywowane również jej objętością, otrzymaliśmy bowiem 400-stronicowy pakiet lapidarnych zapisków: uwag, refleksji, szkiców, opowiastek etc. Jeśli przywołać rozróżnienie Barthes’a, obcujemy nie tyle z domkniętym Dziełem, ile z tekstem-okruchami wygrzebanymi z rękopisów oraz z paru opublikowanych zbiorów myśli Canettiego, z czego po polsku ukazały się „Prowincja ludzka” i „Tajemne serce zegara” (to drugie także w Pograniczu). Szczerze mówiąc, nota od niemieckiego wydawcy dość enigmatycznie wyjaśnia kilkuetapowy proces gromadzenia i selekcji materiału. Dowiadujemy się, że jedna trzecia odnalezionych ineditów (2000 stron w transkrypcji) dotyczy tematu śmierci; redaktorzy mocno ów korpus okroili i, uporządkowawszy chronologicznie, zestawili go z wyborem notatek już ogłoszonych drukiem (przy każdej podano źródło) w proporcjach 2 : 1. Zabiegi te sprawiają wrażenie arbitralnych i rodzą szereg pytań. W wypadku opus posthumum nierzadko można mieć obiekcje, czy forma nadana mu przez redaktorów odpowiada intencjom autora (skrajny przykład: siostra Nietzschego, nacjonalistka i antysemitka, komponująca „Wolę mocy” na podstawie papierów, które filozof przeznaczył na makulaturę, oraz… własnych uzupełnień). „Księga…” wszakże, acz nieułożona przez pisarza, przynajmniej w punkcie wyjścia dochowuje wierności jego wizji. Canetti akcentował znaczenie bezładu i fragmentaryzmu notatek, przeciwstawiając je całościowości i konkluzywności, innymi słowy: petryfikacji, atrybutowi swej antagonistki. („Jego skłonność do czynienia wszystkiego w najbardziej nieodpowiednim czasie [...]. Kiedy człowiek czyni rzeczy w ich właściwej kolejności, obawia się akceptacji śmierci, do której to wszystko prowadzi” [s. 9]).

Austriacki noblista głosił ową wizję z prawdziwym uporem. W 1944 r. tłumaczył: „Chce [!] pozostawić rozproszone zapiski jako korektę zwartego systemu własnych ambicji” (s. 43), a cztery i pół dekady później wysuwał dezyderat: „Jedyna możliwość: muszą pozostać fragmentami. Nie powinieneś sam ich wydać. Nie powinieneś sam ich redagować. Nie wolno ci ich ujednolicić” (s. 319). Całość obejmuje jeszcze dłuższy okres, gdyż w sumie autor „Gry oczu” regularnie nanosił ołówkiem na papier zdania „przeciwko śmierci” przez ponad pół wieku – od 1942 r. do ostatnich dni – i chociaż czynił to na marginesie (czasem dosłownie) innych swych tekstów, upatrywał w tych notatkach najważniejszy z nich. Wytrwałość i determinacja godne podziwu! Niemniej czy nie dowodzą one zdesperowania, lub wręcz monomanii? Canetti nie potrafił zbyć milczeniem kresu istnienia, a zarazem miał świadomość, że nie sposób go opowiedzieć, i z tego napięcia wzięły się owe tysiące podejść, przybliżeń. Lecz ileż można odmieniać „śmierć” przez przypadki, by wciąż robiło to wrażenie? I przede wszystkim – po co?

Otóż rozpoznawszy w śmierci największego wroga ludzkości, pisarz wytoczył jej proces, w którym samozwańczo zajął pozycję głównego prokuratora. Notabene, podobno cechował się niezbyt miłym usposobieniem (ponoć był nawet pierwowzorem antypatycznego protagonisty powieści „Morze, morze” Iris Murdoch), ale zapalczywość i polemiczny temperament akurat w wypadku radykalnej rozprawy ze śmiercią okazały się niezbędną siłą napędową. Jeszcze jako 80-latek demonstracyjnie wyrażał veto: „Jednak przeklinam śmierć. Nie potrafię inaczej. (…) Gdybym ją uznał, byłbym mordercą” (s. 295). W tym kontekście przychodzi na myśl urywek z wiersza Leśmiana „Do siostry”: „W każdym zgonie tkwi zbrodnia, co snem się powleka, / Chociaż zbrodniarza brak… / Wszyscy winni są śmierci każdego człowieka! / O tak! Na pewno – tak!”. Owszem, Canetti-elitarysta i osoba skora do niewybrednych opinii o innych (co poświadcza „Party pod wojennym niebem”) prezentuje się w świetle „Księgi…” jako ogarnięty głębokim współczuciem dla każdego umierającego. Rewersem bycia nieprzyjacielem śmierci jest bowiem bycie adherentem wszystkich, których ona skrzywdziła i skrzywdzi. Dlatego autor „Sumienia słów” zawiera pakt z nieżyjącymi, staje po ich stronie i przedstawia oryginalne propozycje przedłużenia ich obecności: „Nie należy przemilczać nawet najgorszych czynów zmarłych, którzy na wszelkie sposoby starają się żyć dalej” (s. 28). Równocześnie w jego notatkach wybrzmiewa poczucie, że wszyscy wykorzystujemy nieboszczyków, żyjemy kosztem cudzej śmierci. Jak wytrzymać z tą dręczącą świadomością? „Użyczając swoim zmarłym własnego życia, nigdy go nie tracąc i uwieczniając ich” (s. 115). Nigdy go nie tracąc! To doprawdy pasja niemożliwego, idée fixe zasilająca przez pięć dziesięcioleci kompulsywne zapiski Canettiego: „Żywi go śmierć, której nie uznaje” (s. 285). Jednak mimo zawziętego pożądania nieśmiertelności – jak twierdził, w pierwszym rzędzie cudzej – przytoczył przecież paradoks z dziennika Jules’a Renarda: „Wyobraźmy sobie życie bez śmierci. Z rozpaczy codziennie próbowano by się zabić” (s. 301).

Jeśli nawet obrony przed nią (pojętą jako totalny, nieodwołalny kres) oraz możności jej przezwyciężenia nie odczytywać dosłownie, w kategoriach biologicznych, to na pewno osnowę „Księgi…” stanowi bunt przeciw bezdyskusyjnemu przyzwoleniu na ów fenomen. Śmierć jest wszak skandalem, tymczasem – oprócz chwil, gdy tracimy bliskich albo gdy nam samym zagląda w oczy – godzimy się na nią jako na konieczny element porządku świata, a kolejne narodziny (zwłaszcza własnych dzieci) przyjmujemy za ekwiwalent tego najwyższego okupu. W takiej sytuacji austriacki pisarz wyznacza sobie Sokratesową funkcję gza budzącego współmieszkańców z błogiej gnuśności. Zawartość tomu można by opatrzyć tytułem z księdza Baki: „Uwagi śmierci niechybnej”, jednak nie w sensie mitygującego memento mori, lecz odwrotnie: przypominania, że nie wolno na nią obojętnieć, kapitulować wobec jej potęgi. W owym świętym oburzeniu, czy też wierzganiu przeciw ościeniowi śmierci (zwrot użyty przez Małgorzatę Łukasiewicz w trakcie wzmiankowanej dalej debaty) tkwi być może sedno ludzkiej godności, chociaż „To, czego próbujesz: życia otwartego i niechronionego przed śmiercią, jest niesłychanym zarozumialstwem, jakbyś mógł sam, własnymi rękami, zlikwidować złą podstawę stworzenia, unieważnić ją, pozbawić siły” (s. 168). Nic dziwnego, że Canetti pogardzał religijną konsolacją, tuszowaniem albo gloryfikowaniem końca ziemskiej wędrówki, bezskutecznymi modlitwami do obojętnych bogów; z drugiej strony, potępiał również idee przeciwstawne np. chrześcijaństwu, jeśli podobnie wynoszą jego oponentkę na piedestał: „Darwinizm, który ze śmierci czyni coś postępowego” (s. 378). Stosunek do niej stał się dla autora „Pochodni w uchu” papierkiem lakmusowym wartości nie tylko poszczególnych religii, lecz także myślicieli i literatów.

Sam, jak już napomknęłam, zdaje się do końca pozostawać w najwyższym napięciu, czego dowodem passusy autotematyczne, m.in.: „Księga o śmierci gra va banque. Co będzie pierwsze: księga czy śmierć?” (s. 320). A więc najdosłowniej morderczy wyścig, próba „zapisania” śmierci, syzyfowa praca języka. Może przez te wszystkie lata austriacki noblista szukał owego jednego zdania, które podziałałoby niczym zaklęcie? Na taki trop naprowadza nas poczucie integralnego splotu formy z treścią, eseistyczno-aforystyczna postać notatek (patronat Pascala zostaje wprost przywołany). Pytanie, czy obcujemy z oszlifowanymi diamentami, finezyjnymi „złotymi myślami”? Łukasiewicz zastrzega, że mimo dobitności i sentencjonalności wielu spośród tych fragmentów w przypadku „Księgi…” nie należy mówić o aforystyce, gdyż zapiski Canettiego niczego nie przyszpilają ani nie konstatują, raczej oszałamiają i inspirują do namysłu, w dodatku sam wzbraniał się przed taką ich kwalifikacją. Niemniej znaczna część owych uwag to błyskotliwe obserwacje z zaskakującą puentą, a o naturalności postrzegania ich jako aforyzmów świadczy kilkakrotne spontaniczne użycie inkryminowanego słowa przez uczestników debaty poświęconej omawianemu dziełu. (W Austriackim Forum Kultury w Warszawie 28 maja 2019 r. rozmawiali o nim jego tłumaczka Maria Przybyłowska oraz Małgorzata Łukasiewicz i Marek Bieńczyk, a dyskusję moderowała redaktor naczelna „Dwutygodnika” Zofia Król).

Przyda się tutaj klasyfikacja, którą zastosował w „Poniewczasie” Wit Szostak, odróżniając aforyzmy od Schulzowskich „jedynych wersetów” (zdań, które rzutują na całą twórczość danego pisarza). Te drugie, w przeciwieństwie do pierwszych, nie zamykają, tylko otwierają, wiodą w mrok, więcej przemilczają, niż podają na tacy. W „Księdze…” napotkamy obydwa typy myśli, niemało tam zatem konceptów w stylu Leca, pomysłów przekornych i paradoksalnych („Człowiek nie boi się zmarłych, lecz wszystkich tych, którzy nastąpią po nim” [s. 72]; „Ktoś, kto uniknie śmierci, gdyż nigdy o niej nie słyszał” [s. 117]) oraz doprawionych nutą ironii charakterystyczną dla Ciorana („Nikt go nie przeżyje, gdyż wszyscy, którzy go znosili, już pomarli” [s. 15]; „Woli być zmarłym niż martwym, tak bardzo dba o niuanse” [s. 21]), czasem też w duchu autora „Brewiarza zwyciężonych” nieco pretensjonalnych. (Skądinąd, zarówno ten ostatni, jak i Canetti wyemigrowali z Europy Południowo-Wschodniej, tworzyli w języku innym niż ojczysty oraz przejawiali skłonność do egzaltacji i hiperbol. Interesującej nas książce najbliżej do „Zeszytów 1957–1972” ze względu na quasi-diariuszowy układ i okazjonalne echa codzienności). Niejednokrotnie zresztą pisarz bezpośrednio przytacza cudze aforyzmy, choćby takich klasyków tej formy jak La Rochefoucauld czy La Bruyère. Niektóre z jego własnych uwag zdają się błahe („Zbyt łatwo się umiera. Powinno się umierać dużo trudniej” [s. 18]), inne są prowokująco wieloznaczne („Temu będą sypać na drogę zmarłych niczym kwiaty” [s. 275]); w każdym razie na pewno nie wszystkie mają identyczny ciężar gatunkowy.

Tutaj cytuję głównie myśli najbardziej esencjonalne, trzeba jednak podkreślić, że oprócz tych skondensowanych do zdania lub dwóch sporo w „Księdze…” obszerniejszych analiz, refleksji nadbudowanych nad bieżącymi spostrzeżeniami (np. chęć napisania historii odrębnych gestów ludzkich), rozważań o własnym podejściu do innych. Trafiają się też paraboliczne, baśniowe mikroopowieści oraz wizje groteskowo-fantastyczne („W czasie pogrzebu zaginęła trumna. Szybko zasypano żałobników w grobie. Zmarły wyłonił się nagle z zasadzki i rzucił każdemu garść ziemi do grobu” [s. 167]). Jak sygnalizowałam, choć owe notatki są par excellence sprawą życia i śmierci, nie operują wyłącznie w najwyższych rejestrach, bywają utrzymane w tonacji buffo. Zdarzają się anegdoty związane ze zgonem sławnych ludzi (m.in. Moliera), ich stosunkiem wobec odchodzenia (Rilke), a bohaterów niektórych historyjek można by nominować do Nagrody Darwina (choćby fragmentu o nagłówku „Umarł w drodze do schronu”). Część anegdot to najpewniej wyłowione z gazet faits divers, lecz Canetti zapożyczył się nie tylko w prasie i u aforystów – wśród wskazanych przez niego nazwisk znajdziemy Marca Pola, Hölderlina czy Hegla, inne zapiski zdradzają jego rozległe oczytanie zarówno w literaturze światowej i filozofii, jak i w starych annałach, a także w pracach… etnografów. Właśnie zwyczaje i obrzędy społeczności z antypodów – ich próby obłaskawiania bądź pokonania śmierci dzięki rozmaitym rytuałom – szczególnie go pasjonują.

Owa różnorodność źródeł odpowiada wielości rodzajów kresu egzystencji. Pisarz sprzeciwia się i „naturalnemu” umieraniu, i samobójstwu, ale zwłaszcza śmierci masowej (każdy zgon jest przecież indywidualny), usankcjonowanej najczęściej przez wojnę. Warto powtórzyć, że zainicjował „Księgę…” w 1942 r. – kiedy śmierć, zbierając pokaźne żniwo, wyjątkowo manifestowała swą moc i bezlitosność – jednak pierwszy impuls stanowiło piętno, jakie dawniej odcisnęła na nim utrata rodziców. W „Ocalonym języku” wspominał: „Razem z jej [matki – K. Sz.] krzykiem śmierć ojca wniknęła we mnie i już nigdy mnie nie opuściła. (…) Gdy w późniejszych latach wciąż mówiono o tym, że ojciec, zupełnie młody i całkiem zdrowy, (…) umarł nagle, jakby go piorun trafił, wówczas wiedziałem, że tym piorunem była (…) wiadomość o wybuchu wojny [bałkańskiej – K. Sz.] (…). Od tej pory istniała na świecie wojna i każda z nich, (…) choćby niemal niezauważona przez moje otoczenie, dotykała mnie z całą siłą owej wczesnej straty i zajmowała jako rzecz najbardziej osobista (…)” (Canetti 1986: 99, 103). W notatkach przewijają się odniesienia do rzeczywistości frontowej w Europie, lecz najbardziej intrygująca wydaje się kwestia Zagłady, zważywszy na żydowskie korzenie autora. Ponieważ wyjechał do Anglii, zdołał uniknąć losu wielu krajanów z Austrii, a także z ojczystej Bułgarii, niemniej „W pierwszych latach byłeś zagubionym emigrantem, zadowolonym, że się uratowałeś, pozbawionym pewności siebie wskutek wojny, z którą nie miałeś nic wspólnego, chociaż wiedziałeś, że skierowana jest również przeciwko tobie i wszystkim tobie bliskim” (Canetti 2005: 11). Powtarza się motyw nieznośnej wiedzy o obozach i komorach gazowych przy równoczesnym odrzuceniu zemsty i nienawiści, co koresponduje z odrazą pisarza wobec pozbawiania innych życia. Z drugiej strony, temat ten perwersyjnie go pociąga: raz po raz autor „Masy i władzy” zastanawia się nad przemożną pokusą łamania tabu „nie zabijaj” we wszystkich zbiorowościach ludzkich.

Dla dzisiejszego odbiorcy ciekawym wątkiem – w kontekście ruchów ekologicznych i myśli nonantropocentrycznej – okazuje się empatia wobec zwierząt, podkreślanie, że żerujemy nie tylko na poprzednich pokoleniach, ale też na cierpieniu pozostałych gatunków: „Niemożliwe jest odwrócenie się od życia, którego wartość i oczekiwania stale się czuje. Niemożliwe jednak jest także życie kosztem śmierci innych stworzeń, których wartość i oczekiwania są nie mniejsze niż nasze” (s. 105). Zachowując wrażliwość na ich agonię nawet w okolicznościach wojennych, Canetti pyta retorycznie: „A jaki jest grzech pierworodny zwierząt? Dlaczego muszą cierpieć śmierć?” (s. 29). Przejawia współczucie i zrozumienie nawet dla typowych szkodników w rodzaju moli czy myszy; wskazuje na muchy konające w pajęczynie jako ofiary na tyle małe, że absolutnie bagatelizowane – i nie omieszkuje dodać, że tak znieczuleni, odwracamy wzrok również od większych udręczonych.

Ponadto austriacki noblista porusza wielokrotnie zagadnienia Boga, żałoby, życia pośmiertnego, relacji wobec umierających i umarłych, poświęcenia siebie i męczeństwa, wolności, nauki, odwagi, melancholii… Odnajdziemy w „Księdze…” refleksje o charakterze zarówno uogólniającym, jak i osobistym (reminiscencje związane z rodzicami pisarza, przewidywania, co zrobiłby po usłyszeniu, że choruje na raka); niemniej o ile w jego autobiograficznej trylogii siłą rzeczy wyeksponowane jest „ja”, o tyle tutaj Canetti zwraca się do siebie w drugiej osobie (rozkaźniki, napomnienia) lub nadmienia o „nim”, co zazwyczaj oznacza przyglądanie się sobie z dystansu. Za równie ważny zaimek można uznać „tam”, kreujący alternatywną rzeczywistość, przeważnie taką, w której nie istnieje śmierć albo życie jest ogromnie wydłużone, ponawialne etc. („Z każdego pokolenia umiera tylko jeden człowiek, dla odstraszenia innych” [s. 119]). Rozważania autora nie ograniczają się jednak do metafizycznych abstrakcji, a śmierć ma często aspekt sensualny (skojarzenia z rozszarpywaniem i gryzieniem, por. też uwagę: „Ktoś, kto po każdej wiadomości o czyjejś śmierci więcej żre” [s. 159]); zostaje nawet upersonifikowana jako ohydna kostucha. Co znamienne, niezależnie od całej awersji, jaką czuje do niej Canetti, po latach wydaje się ona jego starą, dobrą znajomą.

Czy na przestrzeni półwiecza można w tych notatkach dopatrzyć się jakichś jednokierunkowych, wyraźnych przeobrażeń? Raczej nie w języku, raz wyszlifowanym, to znów celowo chropowatym, jakby pełnym zadziorów, na których się zatrzymujemy. (Notabene, przekładu dokonała tłumaczka dziewięciu poprzednich książek Austriaka; warto dodać, że w cytatach po angielsku i po francusku pozostawiono równolegle wersję oryginalną). A może następuje zmiana dominanty? Najwyżej przesunięcie akcentów: przybywa wzmianek o spotkaniach z innymi pisarzami oraz obszerniejszych i zwykle dobitnych opinii o autorach współczesnych i dawniejszych (m.in. o Celanie, Stendhalu, Bernhardzie, Hemingwayu, Kafce, Montaigne’u). Aktualia dochodzą do głosu najmocniej w czasie I wojny w Zatoce Perskiej, gdy realna staje się perspektywa zagłady ludzkości, jeśli Husajn – nieledwie przeklinany przez Canettiego – dysponowałby bronią chemiczną. Ale generalnie mamy do czynienia z jednej strony z ciągłością myślową („Śmiercią natomiast jesteś opętany bardziej niż kiedykolwiek. […] Nie ulega wątpliwości, że w ogóle chodzi tylko o śmierć” [s. 265]), z drugiej – z tematycznym amalgamatem. Jak się w nim rozeznać? Chwała redaktorom za ułożenie spisu zawartości – połączenia indeksu osobowego (z ciekawszych przykładów: Margaret Thatcher, Paul Cézanne, Sancho Pansa) z miejscowym (Ryga, Osaka, Meksyk…) oraz rzeczowym, w którym zresztą najwięcej haseł dotyczy zwierząt, w tym mrówek (aż osiem wskazań), słoni (trzy) czy ślimaków (trzy). Domniemywam jednak, że i tak nie jest to indeks kompletny.

Rozpiętość problemowa koresponduje oczywiście z proteuszowym obliczem głównej bohaterki „Księgi…”, a jeśli liczba zawarta w tytule tego tekstu sprawia wrażenie wybranej arbitralnie dla miałkiej aluzji, służę uzasadnieniem: „Wyobrażałem sobie, że pokonanie jej będzie podobne do balu maskowego, że przedrę się do niej w pięćdziesięciu przebraniach [podkr. K. Sz.], razem ze sprzysiężonymi sojusznikami. Jednak śmierć przybrała znowu inną maskę” (s. 20). Naturalnie, wobec jej paradoksalności i wobec paradoksalności z definicji właściwej aforyzmom łatwo w tak licznych zapiskach wyłapać sprzeczności. Z kolei ze względu na potencjał interpretacyjny znamionujący „jedyne cytaty” oraz na wieloznaczność wpisaną w literaturę można ów tom różnorako odczytywać. O tym, jak diametralnie odmienny może być jego odbiór, przekonują recenzje przywoływanej już tu znakomitej tłumaczki dzieł niemieckojęzycznych Małgorzaty Łukasiewicz w „Dwutygodniku” oraz Pawła Majewskiego w „Kulturze Liberalnej” (linki w bibliografii). Otóż według tej pierwszej myśli Canettiego porażają głębią i bezkompromisowością, są hipnotyzujące i imponujące jako hieratyczne wyzwanie rzucone śmierci. Nad większością trzeba by długo medytować, najlepiej więc najpierw przeczytać „Księgę…” w całości, a potem sięgać do niej na wyrywki. Pisarzowi udaje się przeorać naszą świadomość, efekt „przyprawia o zawrót głowy”, „zwala nas z nóg”. Natomiast dla Majewskiego omawiane notatki są zaledwie zgrabnymi formułkami, pozbawionymi wiarygodności („książkowa wykoncypowana mądrość”). Autor „Pochodni w uchu” należał bowiem do twórców gabinetowych, którzy moralizują zza biurka, bez realnego zaangażowania; podobnie np. esej „Masa i władza” oparł nie na autopsji, lecz na lekturach. Obecnie jednak zdecydowanie wyżej stawia się aktywność społeczną, interwencję w obronie konkretnych umierających (uchodźców, głodujących, więźniów politycznych); czytelnika nie pociąga już rozsmakowywanie się w kunsztownych wypowiedziach.

Ale Canettiemu nieobcy był niepokój, że jego słowa mogą brzmieć fałszywie: „Musisz się zastanowić, czy »Naznaczeni« w tej postaci, w jakiej są teraz, nie są kiczem, twoim kiczem śmierci” (s. 180). Później zapytywał z goryczą: „Czy ułatwiłeś sobie śmierć za pomocą frazesów przeciwko niej?” (s. 252). Zatem czy uwagi pomieszczone w „Księdze…” stanowią tylko intelektualną igraszkę, ekspresję mieszkańca wieży z kości słoniowej? W świetle krytyki Majewskiego powinno się zakwestionować twierdzenie, że otrzymaliśmy dzieło zapadające odbiorcy w pamięć; zdaniem recenzenta zapiski te mówią mniej o faktycznej śmierci, dużo więcej zaś „o Eliasie Canettim i jego gniewnym lęku przed nią”. Najwidoczniej wszakże autor był tego tragicznie świadom, gdy w 1973 r. wyrzucał sobie: „[N]a nic nie zasłużyłem, ponieważ nie uchroniłem nikogo przed śmiercią: moja jedyna prawdziwa pasja nie przyniosła wyników, a wszystko, co osiągnąłem, to odrażająco napuszone nazwisko” (s. 198). Cóż w takim razie oznacza heroiczna batalia ze śmiercią? Czy wyłącznie emfatyczny romantyczny bunt i śmieszne wygrażanie jej pięścią wbrew nieubłaganie nadciągającej porażce? Może nie tylko gniew, zwłaszcza destruktywny – w takim wypadku nosiłby wszak znamiona sprzymierzenia się z wrogiem. Tymczasem na rok przed zgonem, w 1993 r., Canetti notował: „Dziewięćdziesięciolatek planuje nowego Prousta. Ma zamiar zacząć od jutra” (s. 376). Kto wie, czy to właśnie nie najwznioślejsze świadectwo oporu przeciw obezwładniającej mocy śmierci i jedyna przed nią obrona?

Literatura:

1. Canetti E.: „Ocalony język. Historia pewnej młodości”. Przeł. M. Przybyłowska. Warszawa 1986.

2. Canetti E.: „Party pod wojennym niebem. Lata w Anglii”. Przeł. M. Przybyłowska. Warszawa 2005.

3. Łukasiewicz M.: „Nie umieraj”. „Dwutygodnik” 2019, nr 255, https://www.dwutygodnik.com/artykul/8257-nie-umieraj.html [dostęp 28.07.2019 r.]

4. Majewski P.: „Instruktorzy kulturalno-oświatowi. O »Księdze przeciwko śmierci« Eliasa Canettiego”. „Kultura Liberalna” 2019, nr 21 (542), https://kulturaliberalna.pl/2019/05/28/pawel-majewski-recenzja-canetti-ksiega-przeciwko-smierci/ [dostęp 28.07.2019 r.]
Elias Canetti: „Księga przeciwko śmierci”. Przeł. Maria Przybyłowska. Wydawnictwo Pogranicze. Sejny 2019.