Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (375-376) / 2019

Wojciech Rusinek,

PISMO BÓLU (GRZEGORZ JANKOWICZ: 'BLIZNY. ESEJE')

A A A
Obsesje

Podpowiedzi są tak wyraźne, że nie sposób ich nie zauważyć.

Najpierw tytuł: zarówno jedna z poprzednich publikacji Grzegorza Jankowicza – tom szkiców „Uchodźcy z Ziemi Ulro”, jak i wydane w tym roku „Blizny” mają takie same podtytuły. Przywołane w nich słowo „Eseje” wskazuje czytelnie na dwie kwestie – na świadome powtórzenie oraz na filozoficzne nachylenie pisarstwa autora. W istocie określenie, którym Jankowicz posługuje się w swoich notach biograficznych – „filozof literatury”, jest bardzo trafne, teksty redaktora „Tygodnika Powszechnego” coraz mocniej zmierzają ku… nie, nie ku teorii literatury (taka droga wydaje się naturalna dla literaturoznawcy), ale właśnie filozofii rozumianej jako opis doświadczenia. Przy czym znów trzeba uczynić zastrzeżenie, że nie chodzi o „filozofię lektury”, problem nieustannie kuszący każdego, kto żyje, czytając, i o tym czytaniu chce pisać, ale o „filozofię życia” rozumianego na najbardziej elementarnym poziomie. Eseistyka – jak się przyjęło – pozwala najadekwatniej opisać takie doświadczenia, jak wolność i jej brak, historia, litość, ból, rany, pasywność, pamięć (to tylko kilka z podejmowanych przez Jankowicza w „Bliznach” kwestii). Po cóż jednak podtytuł, skoro kwalifikację gatunkową pomieszczonych w książce tekstów jesteśmy w stanie rozpoznać bez szczególnego trudu (gatunkowo to wszak czyste, modelowe wręcz eseje literackie)? Wydaje mi się, że chodzi o podpowiedź, by czytać „Blizny” jako drugą odsłonę „Uchodźców…”, kolejne zbliżenie do tematów i dzieł, które stanowiły filar starszej z książek z Jankowicza.

Rzeczywiście podczas lektury „Blizn” możemy bardzo często odnieść wrażenie, że jesteśmy nadal w tej samej opowieści. Otwierającą „Uchodźców…” interpretację jednej ze scen „Zamku” Franza Kafki Jankowicz rozbudował w bardzo długi, będący ozdobą „Blizn” esej „Doczesny geometra”, odwołując się przy tym dokładnie do tych samych pojęć, informacji i koncepcji (np. do uwag Giorgia Agambena o greckich czasownikach katoikein i paroikein). Powracają w najnowszej książce te same dzieła i ci sami autorzy, a pomocą w snuciu rozważań jest niemal bliźniaczy zestaw dzieł filozoficznych. Spotkamy się tu zatem ponownie z „Zamkiem”, Agambenem, „Kopistą Bartlebym” Hermana Melville’a, „Wojną powietrzną i literaturą” W.G. Sebalda, Georgesem Perecem, Walterem Benjaminem… Literatura ponownie służy też Jankowiczowi do podjęcia kilku kwestii politycznych, np. równie mocno, co w „Uchodźcach…”, pobrzmiewa w omawianym tomie esejów troska o współczesnego imigranta, fantazmatyczną figurę współczesnej Polski (ostatnio zaskakująco szybko porzuconą w narracji partii rządzącej na rzecz demonicznego przedstawiciela „ideologii LGBT”), ucieleśniającą lęki Europy; figurę, za którą ostatecznie stoi żywy człowiek, współczesny wykluczony. W „Bliznach” do zagadnień usytuowania jednostki w historii, w społeczeństwie lub poza nim, relacji jednostki i prawa Jankowicz nawiązuje wielokrotnie i w różnych esejach, ale jego koncepcja nie jest nowa. Czy jednak musi być, skoro w rzeczywistości nam bliskiej, codziennej obraz uchodźcy, odmieńca, człowieka, któremu odmawia się prawa bycia człowiekiem – a przeciwko takiej perspektywie pisze Jankowicz – jest nieustannie nasycany tymi samymi, lecz coraz mocniejszymi treściami lękowymi?

Powtórzenia w „Bliznach” eksponują jednocześnie różnice w konstrukcji obu porównywanych tu książek. „Uchodźcy…” składali się z ponad trzydziestu szkiców, w których pojawiła się bardzo obszerna galeria autorek i autorów prozy artystycznej i tekstów filozoficznych. Pewną wadą zbioru mogło być zatem jego tematyczne rozdrobnienie. Okazywało się ono pozorne, niemniej odkrycie wspólnych linii łączących eseje wymagało większej uwagi odbiorcy („szkicowość” była tym samym zwodnicza). Tymczasem „Blizny” złożone zostały z „zaledwie” dziesięciu esejów, czasem bardzo rozbudowanych, kilkudziesięciostronicowych, co umożliwiło Jankowiczowi dużo bardziej pogłębioną refleksję nad tymi samymi tematami. Autor wspomniane wyżej dzieła i kwestie ogląda z różnych stron, przywołując rozległy bagaż lektur filozoficznych i literackich, tym samym pewien niedosyt, które mogły rodzić krótkie szkice z poprzedniej książki, zostaje w „Bliznach” zrekompensowany. Ograniczony został także siłą rzeczy zestaw dzieł, które Jankowicz omawia – szczególnie silnie przywiązany jest autor do prozy Kafki (poza „Procesem” i „Zamkiem” czyta także „Zaginionego”). Wzbogacają tom długi tekst o poezji Andrzeja Sosnowskiego i – do tego jeszcze wrócę – wątki autobiograficzne. Niektóre fragmenty mogą sprawiać wrażenie powtórzeń, ale przyznać trzeba (sprawdziłem!), że Jankowicz nawet te zdania, w których odwołuje się do wprowadzonych w „Uchodźcach…” treści, napisał inaczej. Ta rekombinacja tworzy ostatecznie nową całość, albo może należałoby powiedzieć, że dobrze już nam znane interpretacje, dzieła i odwołania umieszcza autor na nowym szkielecie problemowym.

Tworzą go tytułowe blizny. To nie polityczny wymiar życia skupia bowiem najsilniej uwagę eseisty, ale rany. Ból odczuwany po ich otrzymaniu i pamięć o nich.

Pismo bólu

Wyłożone we „Wstępie” do książki założenia brzmią prosto, ale sugestywnie (to niespełna trzy strony wprowadzenia). Celem, jaki stawia sobie autor w „Bliznach”, jest prześledzenie literackich zapisów ran, czyli wszelkich skaz czy blizn pozostałych po doświadczeniu bólu czy traumy. Nie chodzi jednak tylko o pamięć czy ciało – blizny tworzą według Jankowicza swoiste pismo, które odczytują na sobie autorzy i które odczytujemy my jako odbiorcy ich dzieł: „okaże się, że rany wcale tak łatwo się nie goją, a nawet jeśli się goją, to pozostają po nich skazy, których fakturę wyczuwamy pod palcami, zwłaszcza wtedy, gdy piszemy”. Rany tworzą bardzo trwały zapis, może niezbywalny, dlatego bohaterami „Blizn” zostają „postaci (…), [które] nie mogą lub nie potrafią puścić ran w niepamięć” i które dążą do odkrycia „ich natury i przyczyn, odcyfrowując hieroglify, w które ułożyły się blizny” (wszystkie cytaty, s. 8). Autor co prawda odżegnuje się od spójnego projektu teoretycznego, który fundowałby pomieszczone w książce interpretacje, niemniej w zacytowanych powyżej zdaniach zapisana została wyrazista deklaracja metodologiczna, albo ostrożniej – wyrazisty sposób czytania. Jankowicz, głęboko osadzając lekturę dzieł w perspektywie językowej (narracje, praktyki poetyckie), przerzuca jednocześnie pomost między tekstem a życiem (ciałem biologicznym lub świadomością zanurzoną w historii). Te dwa obszary nie są ze sobą sprzeczne, nie ma tu modernistycznego rozdźwięku między „słowem i ciałem”. Przeciwnie, wielokrotnie w esejach Jankowicza język (dzieło) jest w swojej materialności po prostu wspomnianym „hieroglifem” odzwierciedlającym traumę, jego przyległość do ciała i psychiki wydaje się bardzo ścisła. Co więcej, Jankowicz pozostawia w zawieszeniu odpowiedź na pytanie, czy owo odczytywanie pisma blizn (czyli pisanie) pozwala twórcom przezwyciężyć traumę, czy raczej skazuje na ciągłe w niej zawieszenie, być może przed każdym piszącymi otwarte są obie drogi.

Tak czy inaczej, „Blizny” zaświadczają, że nie ma nic bardziej ludzkiego, niż pismo. Ale też analiza dzieł nie służy tu rozważaniu kwestii dalekich od codziennego doświadczenia, np. narratologicznych. „Filozofia literatury” w wykonaniu Jankowicza jest więc w ścisłym sensie „filozofią życia”. Wiarygodności tej perspektywie nadaje chyba nowy ton w pisarstwie Jankowicza – autobiografizm. Otwierający tom esej „Pięć rozważań o literaturze i wolności”, co było dla mnie dość, przyznaję, zaskakujące, przynosi obraz „pokolenia przejściowego”, czyli tego, które przeżywało swoje dojrzewanie tuż po przemianie ustrojowej roku 1989. Moje zaskoczenie wzięło się stąd, że temat ten był dość mocno eksponowany w krytyce literackiej około 2002-2003 roku pod szyldem „roczników siedemdziesiątych” (np. w głośnej wówczas antologii „Tekstylia”), a jego literacką egzemplifikację stanowiły chociażby wczesnej opowiadania Michała Witkowskiego. Jankowicz – warto przypomnieć – jako redaktor krakowskiego pisma „Nowy Wiek” był także dość mocno związany z eksponującym kwestię pokoleniowości magazynem „Ha!art”. Zasadne wydaje mi się zatem pytanie, co nowego o życiu w czasach przełomu mówi autor w roku 2019?

Inaczej niż kilkanaście lat temu, gdy obraz pokolenia ujmowano „z zewnątrz”: albo przez pryzmat gadżetów kapitalizmu i wytartych artefaktów późnej Polski Ludowej (to Witkowski albo jego mniej znani, dziś już zapomniani naśladowcy), albo pod kątem społecznym (pokolenie, które nie skorzystało z ekonomicznych szans otwieranych przez pierwsze lata transformacji), Jankowicz sięga psychoanalitycznie „w głąb” pokoleniowego imaginarium. Autor zaczyna od oczywistych rozpoznań dotyczących wyczerpanej ideologii komunistycznej i słabości instytucji władzy w czasach „okrągłego stołu”, ale przedmiotem uwagi czyni ostatecznie „realne”, które dało o sobie znać na początku lat 90.

Gdybyśmy przeczytali biograficzne wspomnienie autora dobrodusznie, okazałoby się, że ani on, ani jego pokolenie nie doznało traum, które złożyłyby się na „hieroglify bólu”. Tymczasem mroczny cień życia w totalitaryzmie wrócił – zdaniem autora – widmowo w postaci wybuchu codziennej agresji w ostatniej dekadzie XX wieku w środowisku ludzi, którzy niczego tak naprawdę nie musieli odreagowywać, w ponadpokoleniowym dziedzictwie: „Nie obawialiśmy się nauczycieli, puszczaliśmy mimo uszu historie o ich przeszłych nadużyciach, ale instytucje, struktury, formy, dyskursy i mechanizmy operowały w naszych duszach z przytłaczającą intensywnością. W procesie psychoemocjonalnej alchemii przetwarzane były w gesty. To, co zaczynało się jako fantazmat, prędzej czy później wywoływało patologiczną reakcję w postaci agresji, której z obsceniczną rozkoszą i piekielnym rozmachem oddawali się moi rówieśnicy” (s. 14). Pamiętam tamte lata i atmosferę ciągłej niepewności: postępującą destrukcję mojej, wybudowanej zaledwie dziesięć lat wcześniej, szkoły, lęk przed „falą” w liceum, tłumy pijanych rezerwistów na dworcach, paniczne załatwianie dokumentów lekarskich dla komisji wojskowej, obrazy demolowanych stadionów. Przemoc ta – jak pisze Jankowicz – była wybuchem czystej energii, której nie towarzyszyła żadna idea, żaden, nawet najstraszniejszy, projekt polityczny. Dlaczego ten festiwal przemocy narodził się wśród ludzi, którzy nie musieli niczego odreagowywać, nie stawali przed pokusą zemsty za historyczne traumy? Odpowiedzią są widma bólu odziedziczone po przeszłych pokoleniach (jakie – to nie zostaje doprecyzowane, ale odpowiedź wydaje się oczywista).

Jankowicz płynnie od tej intrygującej diagnozy przechodzi znów do perspektywy osobistej – ratunkiem przed rozmytymi i histerycznymi latami 90., obietnicą wolności, ładu egzystencjalnego, wreszcie zapowiedzią odkrycia sensu w strumieniu własnych doświadczeń stała się dlań literatura rozumiana jako „fantazja o ucieczce od siebie” (s. 18).

To biograficzne wspomnienie otwiera cykl kolejnych „rozważań”, w których Jankowicz wytycza linię od wczesnonastoletnich marzeń o „innym życiu” osiągniętym dzięki literaturze, do politycznego rozumienia dzieł (tu z pomocą przychodzi mu powieść Raya Bradbury'ego „451º Fahrenheita”), dalej – do pytania, na ile poezja może ugruntować nasze istnienie (przywołuje myśl Martina Heideggera i Emmanuela Levinasa), w końcu do określenia ostatniej z ról literatury: „inscenizowania utraty i szukania szans na odkupienie” (s. 48), do czego inspiruje go myśl Agambena. Zamyka tę filozoficzną drogę wątpliwość, czy skoro dzięki literaturze rozpoznajemy swoją „utratę” (ranę, bliznę), to czy umożliwia nam też ona empatyczne i zaangażowane i stanięcie po stronie bliźniego (rozdział o tragedii i litości).

„Pismo bólu”, wyrysowane na naszych ciałach i w naszych umysłach nawet bez naszej woli (jak w doświadczeniu „przejściowego pokolenia”), pomaga więc nie tylko rozpoznać własny tragizm, ale też – otwiera perspektywę etycznego (czyli chyba coś więcej, niż tylko politycznego) zaangażowania po stronie drugiego.

Rozbite naczynie

Skupiłem się na pierwszych esejach tomu, wykreślają one bowiem perspektywę, z której Jankowicz spogląda na teksty Kafki, Melvilla czy Sebalda. Poświęcone tym autorom kolejne eseje „Blizn” mają gęstszą fakturę, trudno na pierwszy rzut oka wyznaczyć w nich czytelną linię refleksji, co daje fascynujące efekty. Śledzenie meandrycznego toku narracji Jankowicza nie jest jednak utrudniane przez manieryczny, nasycony pojęciami styl – zdania autora są przejrzyste i proste, co chciałbym szczególnie podkreślić. Złożoność rozpoznań pochodzi w pisarstwie Jankowicza z erudycji i błyskotliwości interpretacyjnej, a nie – jak często bywa w tekstach nawet doświadczonych krytyków i krytyczek – z popisów stylistycznych.

Dalsza refleksja autora rozpięta jest, tak jak w mocno autobiograficznym rozdziale wstępnym, między biegunami utraty (przeżywanej jako ból, rana, chaos) i ustanowienia (jedynie hipotetycznego) całościowego sensu egzystencji. Szczególnie ważne okazuje się owo rozpięcie w tekście „Pusty róg obfitości” poświęconym Georgesowi Perecowi, prozaikowi, który całe życie z pomocą literackiej kombinatoryki próbował wypełnić pustkę po traumatycznym dzieciństwie w czasie Zagłady i nieobecnych rodzicach. Ale doszukamy się owej walki z wyjściową utratą także w esejach o Kafce (to chyba oczywiste) czy Sebaldzie (fascynująca historia o „fingowanym” odzyskaniu niemieckiej przeszłości w czasie rekonstrukcji fresków w kościele w Lubece) oraz w intrygującej wykładni poetyckiej koncepcji Andrzeja Sosnowskiego (poezja jako obecna-nieobecna „czarna skrzynka” utrwalająca tragedię).

W tym ostatnim fragmencie „Blizn” odnajdujemy także krótkie przybliżenie Benjaminowskiej koncepcji przekładu literackiego: „Przekład wcale nie upodabnia się do oryginału, nie naśladuje pierwowzoru. Owszem, nawiązuje z oryginałem szczególny związek, ale jest to relacja oparta na przyległości (czyli relacja metonimiczna), a nie na podobieństwie (będącym podstawą metafory). By zobrazować ten koncept, filozof przywołuje na poły kabalistyczny, na poły alchemiczny obraz rozbitego naczynia, którego skorupy trzeba poskładać. Oryginał i przekład są takimi właśnie skorupami, które tłumacz próbuje skleić. Nie nakłada ich na siebie, lecz tak profiluje krawędzie tłumaczenia, by uzgodnić je z końcami oryginału” (s. 251; podkr. G.J.). To, co Benjamin pisze o przekładzie, jest jednocześnie bardzo trafną charakterystyką filozofii literatury, jaką Jankowicz buduje w oparciu o opisywane przez siebie projekty pisarskie. Musimy zatem po lekturze tego cytatu dokonać korekty wcześniejszych spostrzeżeń: życie, myśl i język nie tyle łączą się w relacji mimetycznej (dokładnego odzwierciedlenia), ale tworzą zupełnie nową Całość, niedającą się sprowadzić do jej części składowych. Najczęściej, jak w narracjach Kafki, jest to Całość ciągle wymykająca się, czekająca za progiem drzwi, przez które nie można z jakiegoś powodu przejść (Jankowicz wielokrotnie wraca do noweli „Przed prawem”). Innym razem – jak w powieści „Koala” Lukasa Bärfussa – jeden z bohaterów świadomie rezygnuje z poszukiwania Całości, bo zbyt bliska jest ona nowoczesnym z ducha projektom totalitarnym (totalizującym wizjom świata przeciwstawia pasywność). Zawsze jednak hipoteza Całości wskazuje na bunt wobec kondycji, w której przyszło żyć bohaterowi/autorowi. I dopiero tę nową Całość nazwać można życiem w pełnym tego słowa znaczeniu.

Jankowicz we „Wstępie” wskazuje, że porządek „Blizn” ma charakter chronologiczny, nie problemowy: „Zależało mi na tym, by szkice ukazały się w kolejności, którą wyznaczyła im historyczna zdarzeniowość” (s. 8). Oczywiście, nie warto do końca ufać tym zapewnieniom. Zamyka książkę króciutki, dwustronicowy rozdział „Ten jeden wers”. Jankowicz przybliża w nim jeden z wątków apokryficznego „Listu Arysteasza”, a dokładniej obecny tam mit Biblioteki Aleksandryjskiej jako miejsca gromadzącego całą wiedzę świata i literackie odzwierciedlenie wszystkich ludzkich losów. Utopijne marzenie każdego czytającego? Tak, ale rozdział ten jest także prawdziwym wyznaniem wiary w literaturę – tej wiary, która patronuje całej książce Jankowicza. Pisze autor za apokryfem: „w jakimś wierszu istnieje wers, który pomoże nam uporać się z palącą tęsknotą za kimś, kto żyje teraz w innej opowieści (lub po prostu inną opowieścią)” (s. 284). Jankowicz przywołuje jeszcze zdanie z „arabskiej przypowieści”: „Żyjemy tak długo, jak długo czytamy” (tamże). Można by po lekturze tego tomu ująć tę prawdę jeszcze nieco inaczej: żyjemy tylko wtedy, gdy czytamy. Z „Blizn” wyłania się obraz literatury, która może nie zawsze jest skutecznym narzędziem sklejania rozbitego, poranionego świata, ale która rozbudzać może w czytającym niemal religijną wiarę w to, że kiedyś osiągnięcie tej poznawczej pełni będzie możliwe.

Mogę na końcu napisać, że także w to wierzę?
Grzegorz Jankowicz: „Blizny. Eseje”. Wydawnictwo Ossolineum. Wrocław 2019 [seria: Sztuka czytania].