Wydanie bieżące

1 września 17 (377) / 2019

Iwona Kościelniak,

W STRONĘ ŚWIATŁA (ŻANNA SŁONIOWSKA: 'WYSPA')

A A A
- Co byś wybrał: miłość bez zrozumienia czy zrozumienie bez miłości?
- Zrozumienie bez miłości, chociaż jest trudniejsze.
- Jest zimne!
- Miłość bez zrozumienia jest bezkształtna. („Wyspa”, s. 261)
Ten cytat, przypadkowo znaleziony podczas pierwszego kontaktu z książką, intuicyjnie zdawał się mi być kluczem do opisanej historii. Po lekturze tekstu z całą mocą można powiedzieć, że miłość to zrozumienie. Bez zrozumienia nie ma prawdziwej miłości, lecz miraż, ułuda, które znikają po pewnym czasie. Przekonał się o tym główny bohater książki – czterdziestoletni Dawid, według społeczeństwa spełniony pisarz, mąż Agnieszki i ojciec siedmioletniej Kai. Poznajemy go w trakcie przeżywania dwóch kryzysów: twórczego oraz małżeńskiego. Wyjeżdża na stypendium pisarskie na tajemniczą wyspę, by tak naprawdę zażegnać je wszystkie. Jeszcze nie wie, że pogłębią się one gwałtownie, aż do punktu kulminacyjnego, po którym nastąpi oczyszczające katharsis.

Dawid jest człowiekiem bardzo wrażliwym, można powiedzieć, że nadwrażliwym. Jego postać przez niektórych może zostać odebrana jako stereotypowy przykład pisarza, którego dosięgają różnego rodzaju rozterki dotyczące twórczości własnej i twórczości innych. Z pozoru sztampowy, przewidywalny oraz papierowy, dla znawców tematu i psychologów – typowy przykład osoby wysoko wrażliwej. Jego niechęć do innych ludzi oraz tekturowych small talk nie należą do stereotypu – autorka powieści nieświadomie oddaje skomplikowaną strukturę umysłową tego typu osób. Opis Dawida mógłby się znaleźć w książce Christel Petitcollin „Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych”. Pisarz poznaje o siedemnaście lat starszą od siebie kobietę, u której znajduje zrozumienie. Jej tajemniczość, autonomia oraz niedostępność stanowią dla niego wyzwanie, ale i bodziec do działania. Tak naprawdę nie wiadomo, na ile ich relacja jest prawdziwa, na ile zaś wyimaginowana, powstała w jego wyobraźni w wyniku niezaspokojonych pragnień głównego bohatera. To on wypełnia szczelnie całą powieść, ona zaś zdaje się ulotna i czysta jak światło. Jest, a jakby jej nie było. Przebywa bardziej w sferze idei, w sferze sacrum, nie zaś profanum. Ich rozstania i spotkania są jak pływy w morzu – pozbawione pożegnań, powitań, nikogo niedziwiące. Muriel zaś, bo tak ma na imię tajemniczy obiekt fascynacji Dawida, zdaje się być nie tyle człowiekiem, co metaforą – tytułową „Wyspą” – samotną, autonomiczną, dającą się podziwiać, lecz nie władać. Wyspą żyjącą według własnego rytmu, którego zburzenie oznaczałoby katastrofę.

Żanna Słoniowska, laureatka nagrody Conrada za „Dom z witrażem”, serwuje czytelnikom kolejną powieść. Wysoka poprzeczka, jaką sama sobie zawiesiła, każe przypuszczać, że odbiorca i tym razem ma przed sobą perełkę. Jednak spodziewający się podobnego tekstu czytelnicy mogą się srodze zawieść. Jest to bowiem utwór odmienny, dlatego porównywanie go do znakomitego debiutu mogłoby okazać się dla niego miażdżące. Sprawiedliwiej będzie zatem rozpatrzeć go jako zjawisko osobne.

Powieść zdaje się podejmować dwie kwestie: z jednej strony jest to nieszczęśliwa platoniczna miłość człowieka przeżywającego kryzys w małżeństwie, z drugiej zaś autotematyzm, powieść traktuje również o pisaniu, pisarzach i sztuce. Żaden z problemów nie jest nowy ani zaskakujący – na podobne tematy napisano już chyba wszystko. Gdyby nie powszechna świadomość istnienia artystycznej potrzeby uzewnętrzniania pewnych tkwiących we wnętrzu pisarza treści, można by być zaskoczonym decyzją autorki, która sięga po tak wyeksploatowane motywy. Poglądy głównego bohatera na temat pisania, poezji, natury języka zdają się być porte parole autorki, szukającej przestrzeni do ich wybrzmienia. Nie są to przekonania świeże, lecz świadczące o świadomości artystycznej Słoniowskiej oraz jej wrażliwości lingwistycznej. Czytelnicy znajdujący przyjemność w rozważaniach na temat etymologii oraz mnogości znaczeń leksemów, mogą czuć się zaspokojeni, czytając nierzadkie passusy na temat źródłosłowu takich wyrazów jak wyspa, ostrów, otok oraz niuansów znaczenia angielskich słów passion, miracle, wyrażeń neither here nor there, here and there czy łacińskiego hic et ubique. Te rozważania, jak i rozmowy głównego bohatera na temat rytmu w poezji, miejsca współczesnej poezji polskiej w literaturze światowej oraz przyczyn takiego a nie innego jej ukształtowania, mają uwiarygodnić zainteresowania Dawida, podobnie jak narracja i dialogi szczodrze inkrustowane fragmentami wierszy.

Historia miłości Dawida i Muriel jest tak realistyczna, że opowiadana przy lampce białego wina we włoskiej restauracji sprawia wrażenie, jakby wydarzyła się naprawdę. Słoniowska posiadła dar opowieści z całym jej inwentarzem, a więc także próbą retardacji poprzez liczne retrospekcje. Wstawki te uzupełniają portret głównego bohatera, ale i pobudzają ciekawość odbiorcy. Znakomita synteza, ziarno całej powieści pojawia się w postaci bajki o Śpiącej Bogini, którą Dawid „dzieli się” ze swoją córką po dramatycznej kłótni z jej niepanującą nad emocjami matką. Bajka pełni te same funkcje, co mityczne opowiadania: pozwala na oswojenie rzeczywistości, nazwanie swoich lęków i poznanie pragnień, a przede wszystkim znalezienie równowagi w życiu. Jednak inaczej niż one, nie posiada jeszcze zakończenia, co zamiast uspokajać, napawa niepokojem. Doświadczony czytelnik już w tym momencie domyśla się zakończenia całej historii, które zupełnie nie zaskakuje. Dawid stawia wszystko va banque i prawie wszystko traci. Zostaje mu tylko to, co nosi w sobie, zgodnie z łacińską sentencją Omnia mea mecum porto.

Konstrukcja powieści jest stosunkowo symetryczna. Książka została podzielona na cztery części, jak cztery pory roku (kolejno lato, jesień, zima, wiosna) i cztery podróże Dawida na tytułową wyspę, której nazwy nie poznajemy do samego końca. Ten zabieg miał zapewne nadać całej historii znamiona uniwersalizmu oraz cykliczności podobnej do tej znajdującej się w mitycznych opowieściach. Spotkania Dawida z Muriel są tak przepełnione szczęściem oraz światłem, jak odgrywane wciąż na nowo w misteriach eleuzyjskich spotkania Demeter i Kory. Początkowe fragmenty powieści zachwycają swoją surowością oraz hemingwayowską precyzją wypowiedzi. Zdania pozbawione są jakichkolwiek ozdobników, a jednak niosą ze sobą ogromne pokłady treści. Już bowiem od pierwszych stron możemy domyślać się kryzysu małżeńskiego, o którym bohater mówi wprost dopiero kilkadziesiąt stron dalej, gdy wraca do domu ze stypendium. Ascetyczne jak Północ, zimne i nieczułe jak pogrążony w dekadenckim spleenie Dawid, cytujący wiersze poety wyklętego Paula Verlaine’a, budują podekscytowanie, niepokój i ciekawość czytelnika, podobnie jak skandynawskie kryminały.

Narrator (trzecioosobowy) ma ograniczoną wiedzę na temat świata przedstawionego, który pokazywany jest wyłącznie z perspektywy głównego bohatera. Co ciekawe, pojawiają się w niej zdania pisane w pierwszej osobie, jakby narrator nonszalancko zdradzał swoje prawdziwe ja: „Już więcej nie będzie podejmował prób kontaktu – po co ma prześladować kogoś, kto ewidentnie nie chce go widzieć – po czym wyjedzie, by już nie wracać. Przestanie też pisać listy i tak ta historia się skończy. Wydaje mi się, że spróbowałem wszystkiego”. Sposób prowadzenia opowieści zmienia się na dużo bardziej metaforyczny, wręcz sentymentalny, w miarę rozpalania się w sercu Dawida miłości. Sama opowieść rozwija się, nabiera szczegółów, podobnie jak peiperowski poemat rozkwitający, równocześnie mocno zwalniając. Kwiat ten rozwija się nagle i równie nagle przekwita, jak intensywne lato na Północy. Czytelnik bowiem, podobnie jak bohater, zostaje pozbawiony możliwości poznania rozwiązania zagadki, zrozumienia motywacji postępowania Muriel. Może się ich jedynie domyślać. Powieść mimo wszystko zdaje się mieć otwarte zakończenie tak, jak nigdy nie kończy się rytm fal morskich.

Słoniowska maluje obrazy dźwiękiem, dodając im głębi przy pomocy zapachów, światła, koloru i smaku. Ten synestetyczny, niezwykle sugestywny oraz sensualny sposób tworzenia opisów pojawia się za każdym razem, gdy oczami bohatera poznajemy znajdującą się wokół niego przestrzeń: wraz z nim słuchamy wrzasków mew, czujemy zapach wodorostów, podziwiamy „czyste” popołudniowe światło Północy, delektujemy się łagodnym, aczkolwiek intensywnym rose. Wszystko to zostaje wzniesione na szkielecie rytmicznej poezji i przyprawione wykwintną nutą muzyki klasycznej, którą autorka raczyła nas już w „Domu z witrażem”. Widzenie świata przedstawionego przez pryzmat dźwięku zdaje się być cechą charakterystyczną pisarstwa Słoniowskiej, podobnie jak wrażliwość na szczegóły i nonszalancja narracji, uwodzącej zaskakującymi metaforami: „Muriel (…) jest jak morze, do którego on schodzi coraz głębiej, albo odwrotnie, że wzbija się coraz wyżej nad jego powierzchnią, aż znalazł się na tyle wysoko, że stało się ono wielkości miski z zupą, do której ktoś wrzucił cząstkę pomarańczy – tę wyspę”.

Opowieść, jaką serwuje nam Słoniowska, nie jest ani oryginalna, ani zaskakująca. Przyjęty sposób narracji prowadzonej z perspektywy głównego bohatera sprawia, że wypełnia on przestrzeń niemalże całkowicie, nie dając miejsca na pełny portret psychiczny pozostałych bohaterów. Próba uczynienia opowieści uniwersalną również wydaje się być niezakończona pełnym sukcesem. Zamiast narracji pozostają jedynie słowa-klucze: światło, aura, autentyczność, czystość, szczerość, zrozumienie. Wraz z licznymi napięciami i niedopowiedzeniami, okraszonymi nutką symbolizmu, pozostaje pewien niedosyt. Słoniowska jednak broni się warsztatem pisarskim, funduje czytelnikowi taniec zmysłów w rytmie muzyki klasycznej, prozę, którą słychać, tak, jak słyszy się rytm w poezji; taniec, któremu mimo wszystko warto dać się porwać.
Żanna Słoniowska: „Wyspa”. Wydawnictwo Znak literanova. Kraków 2019.