Wydanie bieżące

1 września 17 (377) / 2019

Martyna Okrajni,

PROJEKT: HIBERNACJA (OTTESSA MOSHFEGH: 'MÓJ ROK RELAKSU I ODPOCZYNKU')

A A A
Martin Heidegger twierdził, że każda interpretacja rozpoczyna się od przed-rozumienia: wstępnego założenia, czyli domysłu. Sugerując się jedynie okładką najnowszej powieści Ottessy Moshfegh, po pierwsze można przypuszczać, iż „Mój rok relaksu i odpoczynku” będzie stanowić jakiegoś rodzaju intymną narrację z okresu wytchnienia i odpoczynku. Po drugie, jeśli nie dziennik, to poradnik podpowiadający, w jaki sposób osiągnąć ów błogi stan. Po trzecie zaś, przyglądając się zamieszczonemu na okładce obrazowi pt. „Eleanor Francis Grant, of Amdily” autorstwa Tilly Kettle, można sądzić, że książka opowiada o życiu arystokracji, kogoś z tzw. wyższych sfer. I jak się zdaje, nie są to całkiem mylne przypuszczenia. Ale po kolei.

Nowojorska królowa antydepresantów

Główną bohaterką powieści jest bowiem dwudziestosześcioletnia nowojorska absolwentka historii sztuki na Uniwersytecie Columbia, pracownica jednej z lepiej prosperujących galerii sztuki w Chelsea, mieszkanka Upper East Side, szczupła blondynka porównywana do supermodelek, z majątkiem po zmarłych rodzicach, która postanowiła wyłączyć się ze świata rzeczywistego za pomocą połączenia leków nasennych i antydepresantów. Środki „zmieniały wszystko, nawet miłość i nienawiść, w puszek, który mogłam odegnać ruchem dłoni. Dokładnie tego pragnęłam: żeby emocje przelatywały obok mnie” (s. 158).

Jak się zdaje, wszystko zaczęło się dość „niewinnie”. Kilka sztuk trazodonu, ambienu, nembutalu, neuroproxinu, maxiphenphenu, valdignoru, silencioru, xanaxu pozwalało dziewczynie zasnąć. Tak mijały dni, tygodnie, które spędzała w mieszkaniu na oglądaniu filmów z Whoopi Goldberg i wycieczkach do pobliskiego sklepu całodobowego, powoli wprowadzając w życie projekt hibernacji: jego głównym celem było to, aby ograniczyć życiową oraz towarzyską aktywność do minimum. Jak sama twierdziła, „Początkowo chciałam tylko jakichś depresantów, które zagłuszą natłok myśli i osądów, ponieważ natłok ten ciągle sprawiał, że nienawidziłam wszystkich i wszystkiego. […] dręczyły mnie lęk, poczucie niedoli oraz pragnienie ucieczki z więzienia własnego ciała i umysłu” (s. 22). Warto zastanowić się nad tym, co spowodowało stan depresyjny u młodej, bogatej Amerykanki, które de facto miała wszystko, o czym można by marzyć.

American dream

Ottessa Moshfegh z rzemieślniczą precyzją, ale także i komizmem kreśli świat, w którym przyszło egzystować dziewczynie. Dwutysięczny rok wyznaczał bowiem początek nowego tysiąclecia, w którym ludzie dobry wygląd oraz pieniądze cenili ponad wszelkie wartości. Młodzi nowojorczycy podążali za trendami modowymi, żyli plotkami o celebrytach i zachwycali się „Seksem w wielkim mieście”. Alternatywnie na topie było czytanie Nietzschego lub Prousta w metrze, a „kolesie” ubierali się w „rurki opięte na piwnych brzuszkach, zapinane bluzy z kapturem, granatowe bosmanki lub oliwkowe parki, adidasy New Balance” (s. 36). Zdaje się, że splendor, a jednocześnie sztuczność oraz trywialność stanowiły „normalność”. Przyjaźnie były jedynie pretekstem do zaistnienia w wielkim mieście, a miłość ograniczała się do fizycznej przyjemności i życiowego „ustawienia się”.

Doskonałym wzorcem nowojorskiego stylu bycia jest Reva – przyjaciółka głównej bohaterki – infantylna bulimiczka z obsesją na punkcie świata materialnego, która za wszelką cenę próbowała dopasować się do otoczenia. Uwielbiała lajfstajlowe poradniki z obszaru rozwoju osobistego, polegała na wymyślnych dietach, jednocześnie wlewając w siebie litry 7up bez cukru połączonego z alkoholem. Można jednak stwierdzić, że Reva to z jednej strony uosobienie powierzchowności, ale z drugiej zaś strony womitowanie dziewczyny może być przykładem nieakceptacji świata, w którym – podobnie jak głównej bohaterce książki – przyszło jej żyć. O ile dla Revi swego rodzajem katharsis stanowi zwracanie pożywienia (i otoczenia), o tyle oczyszczeniem bezimiennej bohaterki powieści okazały się psychotropy oraz sen.

Zdaje się jednak, że podstawowym i najważniejszym problemem – a tym samym powodem senno-depresyjnego stanu absolwentki historii sztuki – było nieprzepracowanie żałoby po śmierci rodziców, z którymi nigdy nie była na tyle blisko, na ile by tego potrzebowała. Zostawili jej nie tylko majątek w postaci domu oraz pieniędzy, ale także spuściznę w formie tożsamościowo-emocjonalnego zagubienia. Matka przez całe życie była bowiem buntującą się wobec roli żony i rodzicielki piękną alkoholiczką obwiniającą córkę za jej los, a tym samym nieokazującą dziewczynie zainteresowania. Ojciec był zaś wybitnym naukowcem pozbawionym ciepłych uczuć, co niewątpliwie odziedziczyła córka. Po ich śmierci bohaterka popadła w melancholię, którą próbowała zwalczyć materializmem oraz niezobowiązującymi związkami. „Szare dni mijały mi na wpatrywaniu się w chodnik, uciekaniu z zajęć, kupowaniu ubrań […] częściej niż to było konieczne, chodziłam na peelingi twarzy, pedicure, masaże, depilacje woskiem, strzyżenie” (s. 149), co jednak nie przyniosło ukojenia. Dopiero leki miały zniwelować niechciane emocje. Odziedziczony dom rodzinny stanowił formę zakotwiczenia w bolesnej przeszłości, niepozwalającej „normalnie” funkcjonować, z którą trudno było się jednak rozstać. Obrazy z dzieciństwa powracały najczęściej podczas snów wywołanych coraz silniejszą mieszanką leków dostarczaną przez dziwaczną, nieodpowiedzialną terapeutko-szamankę, doktor Tuttle. To od niej otrzymała infermiterol, dzięki któremu po półrocznych eksperymentach z innymi farmaceutykami wywołującymi (nie)świadomą aktywność lub bezsenność, pełnowymiarowo wprowadziła stan hibernacji. Plan był prosty: „Co trzy dni miałam się budzić, patrzeć na kalendarz, jeść, pić, kąpać się et cetera. Za każdym razem zamierzałam nie spać tylko przez godzinę. Policzyłam: przez najbliższe cztery miesiące, łącznie sto dwadzieścia dni, czekało mnie tylko czterdzieści godzin przytomności” (s. 249). Wszystko po to, by wyspać nowe lepsze, pozbawione trosk życie.

(Nie)znana zwyczajność

Ottessa Moshfegh napisała książkę, która z jednej strony może być dość niebezpiecznym przewodnikiem dla lekomanów. Z drugiej strony „Mój rok relaksu i odpoczynku” przypomina zapiski intymne nowojorskiej dziewczyny z tzw. wyższych sfer, która zaplanowała życiowy bezruch w świecie niedającym chwili na wytchnienie. Prozaiczka naszkicowała ponowoczesny świat dobrobytu, od którego za wszelką cenę trzeba uciec. Jak się zdaje, to jedyny sposób, aby uwolnić się od bolesnej przeszłości i równie uciążliwej teraźniejszości.

Należy jednak stwierdzić, że „Mój rok relaksu i odpoczynku” nie jest pozycją, która mówiłaby „coś nowego”. Moshfegh próbuje niejako wyważyć już otwarte drzwi. Wszak od dawna wiadomo, że w XXI-wiecznej rzeczywistości zanikają wartości, takie jak miłość, przyjaźń czy zaufanie. W cenie są zaś dobry wygląd, pieniądze oraz pozycja społeczna. Odkryciem również nie jest to, iż ludzie wciąż dziedziczą zachowania rodziców. Powielają mimowolnie „wdrukowane” schematy, z których trudno jest się wyzwolić. Ponadto można stwierdzić, że poprzez bazowanie na stałych emocjach oraz takich elementach, jak zażywanie barwnej konstelacji psychotropów, motywacyjno-infantylnej paplanina Revi, wizyt po kolejne recepty u psychoterapeutki, „Mój rok relaksu i odpoczynku” staje się książką nużącą, której lektura momentami się dłuży. O ile początkowe partie tekstu są przerażające, wszak opisywany świat oraz autodestrukcyjne zachowania bohaterki przedstawione za pomocą pierwszoosobowej narracji przytłaczają, o tyle z czasem świat ten staje się drażniącą i uwierającą zwyczajnością. Trzeba jednak przyznać, że powieść została napisana dobrym stylem, a sama autorka jest konsekwentna w swoim projekcie. Wydaje się, że dla pisarki sposobem na (po)radzenie sobie z życiem jest… jego przespanie. Ironiczność, karykaturalność oraz groteskowość świata i postaci to niewątpliwie jedna z mocniejszych stron powieści, a lunatyczno-senne inklinacje, jakie przeżywa bohaterka robią niemałe wrażenia. Sporym walorem jest także dynamiczny język – wyliczenia kolejno przyjmowanych leków przerażają, ale i fascynują. „Mój rok relaksu i odpoczynku” nie porusza nieznanych wątków, ani nie poszerza jaźni, jednakże jest na tyle dobrze skrojoną, uniwersalną opowieścią, iż zaprasza do rozmyślań nad kondycją człowieka oraz światem współczesnym. A to całkiem niezły powód, by po nią sięgnąć.
Ottessa Moshfegh: „Mój rok relaksu i odpoczynku”. Przeł. Łukasz Buchalski. Wydawnictwo Pauza. Warszawa 2019.