Wydanie bieżące

1 września 17 (377) / 2019

Stanisław Bitka,

TRUPOSZ PRZEWRACA SIĘ W GROBIE (TRUPOSZE NIE UMIERAJĄ)

A A A
Jim Jarmusch od początku swojej kariery opierał własne kino na intertekstualnej grze, melancholii i specyficznym poczuciu humoru. Reżyser w prawie każdym filmie z namaszczeniem zderzał teksty tzw. kultury wysokiej i popularnej, przekonując, że ów skostniały podział nie powinien istnieć. Tworzył niecodzienne mariaże – w „Poza prawem” włoski emigrant recytował Roberta Frosta, w „Truposzu” Indianin z pasją deklamował Williama Blake’a. Od jakiegoś czasu Jarmusch najchętniej cytuje… samego siebie. W poprzednim „Patersonie” strategia ta okazała się strzałem w dziesiątkę. W podzielonym na rozdziały, poetyckim utworze reżyser zawarł swoje artystyczne credo: niesłabnącą fascynację codziennością. W najnowszym filmie, komedii-horrorze o zombie, twórca wykorzystał prawie wszystkie sprawdzone przez lata chwyty. Jak w „Mystery Train”, Jarmusch zaczerpnął tytuł filmu z piosenki, która od razu stała się lejtmotywem. Gatunek, podobnie jak w „Tylko kochankowie przeżyją”, reżyser potraktował jako tło, a całość naszpikował cytatami z popkultury, jak w „The Limits of Control”. Najwyraźniejszą uczynił aluzję do „Nocy żywych trupów” – nie przypadkiem jedna z drugoplanowych postaci to fan kina George’a Romero. Z jednego nagrobka wychodzi dawny mistrz Jarmuscha – Sam Fuller, zaś grany przez Iggy’ego Popa zombie żąda kawy niczym agent Cooper z ostatniego sezonu „Miasteczka Twin Peaks” (które to, nawiasem mówiąc, Jarmusch nazwał największym osiągnięciem amerykańskiego kina lat 90.). Aluzji oczywiście jest dużo więcej. Wreszcie reżyser zaprosił całą plejadę gwiazd, z którymi wcześniej współpracował: Billa Murraya, Tildę Swinton, Toma Waitsa, Iggy’ego Popa, Adama Drivera, Chloë Sevigny, Steve’a Buscemiego czy RZA z formacji Wu-Tang Clan, swoją życiową partnerką Sarę Driver, Eszter Ballint (Ewę z „Inaczej niż w raju”), Selenę Gomez i Danny’ego Glovera. Słowem, łatwiej byłoby wymienić aktorów, którzy grali u Jarmuscha, a nie pojawili się w „Truposzach…”.

Na skutek odwiertów wykonanych w okolicach biegunów planeta Ziemia zmieniła swoją trajektorię. Ekosystem zwariował, noc stała się dniem, telefony przestały działać, a umarli wstali z grobów. Zombie niespiesznie zmierzają z cmentarza do miasta, zabijając po drodze kogo popadnie. Apokalipsę śledzimy z Centerville, stereotypowej amerykańskiej dziury, w której czas się zatrzymał, gdzie życie toczy się między knajpą a komisariatem, w której wiadra czarnej kawy są tak nieodzowne jak beznzyna na stacji benzynowej. Centerville pełne jest zjawiskowych mieszkańców: w kawiarni obok siebie siedzą farmer rasista i czarnoskóry właściciel sklepu z narzędziami. Na stacji benzynowej pracuje horrorowy nerd, zakładem pogrzebowym zarządza kobieta-samuraj, zaś wokół miasta czatuje pustelnik. Wszelkie informacje o tym, co dzieje się na zewnątrz, poznajemy wraz z bohaterami za pośrednictwem – o dziwo działającej jeszcze – telewizji.

Apokalipsa w wersji Jarmuscha przebiega bardzo spokojnie, sennie. Reżyser zamiast szukać okazji, by widza przestraszyć, za wszelką cenę chce go rozbawić. Ciężar tego zadania spoczywa głównie na Billu Murrayu i Adamie Driverze, czyli parze policjantów – którzy chcąc nie chcąc muszą stanąć do walki z najeźdźcami. Pomaga im Tilda Swinton, która z mieczem samurajskim staje się swoistą reinkarnacją „Ghost Doga”. Oczywiście aktorzy tej klasy bez trudu realizują plan. Driver potrafi być śmieszny nawet, kiedy podjeżdża Smartem na miejsce zbrodni. Niespieszne tempo filmu rozbijają wątki poboczne: przyjazd młodych hipsterów z Seleną Gomez na czele czy wątek niesfornych dzieciaków, które planują ucieczkę z poprawczaka. Niestety apatyczny i momentami wchodzący na poziom meta komentarz Murraya i Drivera szybko staje się nużący. Momentem przełomowym, w którym zamiast parsknąć śmiechem poczułem zażenowanie, była parafraza żartu sytuacyjnego z „Patersona” (chodzi o moment, kiedy kilka osób niezależnie od siebie nazywa tymi samymi słowy zjawisko).

Zombie, idąc przez miasto, niewyraźnie mamroczą o swoich tęsknotach zza grobu. Tęsknią za kawą, wi-fi, winem Chardonnay czy grami Nintendo. Zarówno ta jawna krytyka konsumpcyjnego stylu życia, jak i zwrócenie uwagi na ryzyko, jakie niosą zmiany klimatyczne – jakkolwiek trudno się z nimi nie zgodzić – zakrawają o banał. Wszakże siła kina Jarmuscha polegała na tym, że reżyser nigdy nie był dosłowny – zostawiał mniej lub więcej przestrzeni dla widza. Aż trudno mi uwierzyć w kończący film monolog Toma Waitsa, który w już i tak bardzo klarownym filmie stawia kropkę nad „i”. A może Jarmusch chciał sobie zakpić z proroków niosących złe nowiny?

Podobnie jak w „Poza prawem”, w którym kluczową scenę zastąpiono cięciem montażowym, tak w „Truposzach…” jeden wątek nie zostaje dokończony. Oto grupka dzieciaków ucieka z miasteczka, jednakże kamera nie śledzi ich losów. Jak przyznaje sam reżyser – nadzieja w młodych (zob. Ebiri 2019). Czyż nie brzmi to ironicznie? Kilka lat temu Rafał Syska pisał: „Z antynomii anarchizm-nihilizm Jarmusch wybrałby pewnie tę drugą kategorię, choć ostatecznie jego protagoniści, w czasach ponurej bezideowości, raczej zapadają się w sobie i tkwią w stagnacji” (Syska 2014: 144). Być może to stwierdzenie Syski najlepiej oddaje sens filmu Jarmuscha: jesteśmy już tak zblazowani, że nawet koniec świata nie robi na nas wrażenia… Aż korci, żeby dopowiedzieć, że jesteśmy już tak zblazowani, że nawet nowy Jarmusch nie robi na nas wrażenia.

LITERATURA:

Ebiri B.: „Jim Jarmusch Believes in the Teens, But Not Joe Biden” [2019]. https://www.vulture.com/2019/06/jim-jarmusch-interview-the-dead-dont-die.html.

Syska R.: „Filmowy Neomodernizm”. Kraków 2014.
„Truposze nie umierają” („The Dead Don’t Die”). Scenariusz, reżyseria i muzyka: Jim Jarmusch. Zdjęcia: Frederick Elmes. Obsada: Bill Murray, Adam Driver, Chloë Sevigny, Tilda Swinton, Tom Waits, i inni. Produkcja: Stany Zjednoczone 2019, 103 min.