Wydanie bieżące

1 września 17 (377) / 2019

Barbara Trojanowska,

NOWE SZLAKI, INNE JĘZYKI, ŚWIEŻE EMOCJE (19. MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL FILMOWY NOWE HORYZONTY)

A A A
Festiwal Nowe Horyzonty to obowiązkowy przystanek na wakacyjnej mapie festiwali filmowych. Nigdzie indziej nie znajdzie się repertuaru bogatszego w zwycięskie tytuły z Berlina i Cannes („Ból i blask” Pedra Almodóvara, „Parasite” Bonga Joon-ho czy „Matthias i Maxime” Xaviera Dolana), mistrzowskie retrospektywy (m.in. Albertiny Carri i Oliviera Assayasa) czy najważniejsze filmy ostatnich lat. Są także sekcje takie jak Front Wizualny czy Nocne Szaleństwo, gdzie pojawiają się filmy szalone, odważne, eksperymentalne i według wielu to właśnie one stanowią serce programu Nowych Horyzontów. Już z samej nazwy wydarzenia wynika, że ten festiwal przede wszystkim patrzy w przyszłość, pokazuje i nagradza takie filmy, które być może wytyczą nowe szlaki w kinematografii. Niewątpliwie jednym z nich jest „Przynęta” brytyjskiego reżysera Marka Jenkina, który zwyciężył w tegorocznej, 19. edycji Międzynarodowego Konkursu Nowe Horyzonty. I choć we wszystkich sekcjach znajdowały się filmowe perełki, postanowiłam poświęcić więcej uwagi trzem takim, które będzie można zobaczyć w polskich kinach i które można by przez przypadek ominąć, jako że nie zostały podpisane tak wielkimi nazwiskami jak Tarantino czy Almodóvar. A to byłaby naprawdę wielka szkoda.

„Synonimy”, reż. Nadav Lapid (w kinach od 11 października 2019 roku)

Odznaczony najwyższym wyróżnieniem na tegorocznym Berlinale Nadav Lapid opowiada w „Synonimach” historię inspirowaną własnym życiem: młody Izraelczyk porzuca swoją ojczyznę i przeprowadza się do Paryża, by rozpocząć nowe życie. Z tej bardzo osobistej perspektywy reżyser przygląda się zarówno Francuzom, jak i Izraelczykom na emigracji. I nikomu nie szczędzi krytyki.

Główny bohater to Yoav (debiutujący na ekranie Tom Mercier – prawdziwe odkrycie!), którego marzeniem jest „zostanie Francuzem”. Żeby je zrealizować, bohater odmawia rozmawiania w języku hebrajskim nawet z rodziną, co prowadzi do absurdalnych sytuacji. Za to wciąż kartkuje on słownik języka francuskiego – nieraz w rozmowach tworzy ciągi synonimiczne, na przykład gdy opisuje, jak odpychający jest dla niego Izrael. Z drugiej strony zdarza się, że brakuje mu podstawowych słów. Jak bardzo by się nie starał, Izraelczyk nigdy nie stanie się Francuzem. Z takowymi spędza natomiast sporo czasu – Emile i Caroline, jego pierwsi francuscy znajomi, stanowią żartobliwe ucieleśnienie filmowych i niefilmowych wyobrażeń na temat tego narodu. Emile jest więc bardzo zamożnym, niepracującym młodzieńcem, który próbuje pisać powieść, a Caroline jest chłodna, tajemnicza i gra na oboju.

Reżyser co krok odnosi się do francuskiej Nowej Fali, szczególnie na poziomie formy (choćby poprzez charakterystyczny styl filmowania z ręki). I mimo że głównym bohaterem jest tu Izraelczyk, film ogląda się jak wariację na temat dawnych filmów Godarda. Jednocześnie Lapid tworzy świeżą, pulsującą emocjami opowieść, mocno osadzoną w we współczesnej Francji. Opowieść, której forma jest spełniona pod względem artystycznym. Reżyser dużą uwagę poświęca detalowi, nieraz uniesionemu do roli symbolu, jak w scenie, gdy Yoav wyjmuje z wargi kolczyk i wręcza go Emilowi jako ostatnią rzecz, którą posiadał jeszcze jako Izraelczyk.

Można spodziewać się, że teraz, po otrzymaniu Złotego Niedźwiedzia na Berlinale, Nadav Lapid zacznie zyskiwać międzynarodową popularność. Być może stworzy to okazję do zapoznania się z innymi jego dotychczasowymi osiągnięciami. Warto tu dodać, że scenariusz poprzedniego filmu reżysera, „Przedszkolanki”, został zaadaptowany przez amerykańską reżyserkę Sarę Colangelo, której film o tym samym tytule pokazywano w polskich kinach w tym roku. Miejmy nadzieję, że będzie okazja do poznania także izraelskiej „Przedszkolanki”.

„Deerskin” reż. Quentin Dupieux (w kinach od 3 stycznia 2020 roku)

Nowy film francuskiego twórcy komedii Quentina Dupieux miał swoją premierę w tegorocznej sekcji Quinzaine des Réalisateurs w Cannes. W główną rolę wcielił się Jean Dujardin, zdobywca Oscara za pierwszoplanową rolę w „Artyście” Michela Hazanaviciusa. W tej historii jednak zdecydowanie ważniejsza okaże się kurtka głównego bohatera.

Mężczyzna w średnim wieku zatrzymuje się na stacji benzynowej, zdejmuje z siebie sztruksową marynarkę i próbuje ją spuścić w sedesie. Następnie bohater dojeżdża do domu na pustkowiu, wyciąga 7500 euro w gotówce i wręcza je właścicielowi domu. Ten w zamian wręcza mu kurtkę, a do tego dodaje starą kamerę gratis.

Georges przejawia niezdrowe zainteresowanie swoją kurtką, nieustannie przegląda się w lustrze w pokoju hotelowym, w którym się zatrzymuje, a w miejscowym barze zagaduje o nią dwie kobiety. Ponadto opowiada im, że jest reżyserem i przybył do ich miasteczka na pustkowiu, żeby kręcić film (ma w końcu kamerę!).

Pora jednak przedstawić główną bohaterkę. Przede wszystkim należy podkreślić, że jest zabójczo stylowa, co Georges nieustannie powtarza. Wykonana w 100% ze skóry jelenia (ang. deerskin), o jasnobrązowym kolorze, nieco przykrótka, z długimi frędzlami na piersiach i plecach. Georges w swojej obsesji obdarza ją nawet własnym głosem. Zyskawszy rozmówczynię, mężczyzna zaczyna snuć coraz śmielsze plany.

78-minutowy film nie udaje, że chce być czymś więcej niż absurdalną czarną komedią całkowicie opartą na jednym koncepcie. Fabuła nakreślona zostaje minimalnie: Georges zaczyna filmować swoje poczynania, a miejscowa barmanka (w tej roli Adèle Haenel, odtwórczyni głównej roli w „Portrecie kobiety w ogniu” Céline Sciammy) pomaga mu w realizacji filmu. Postaci są niepogłębione, a nawet interpretacja obsesji Georgesa na punkcie skóry jelenia zostaje w pewnym momencie częściowo wytłumaczona. Barmanka sugeruje bowiem Georgesowi, że jego film opowiada o potrzebie schowania się w skorupie, żeby czuć się chronionym przed światem. Reżyser niepewnie przytakuje.

Imponuje fakt stworzenia filmu na tak dziwnym koncepcie bez rozwijania jakichkolwiek wątków pobocznych, w konsekwentnie utrzymanym stylu ciepłych, przygaszonych barw, które świetnie komponują się ze skórą jelenia. Warto go zobaczyć, żeby zboczyć na chwilę z filmowego szlaku na dalekie peryferie absurdu.

„Portret kobiety w ogniu” reż. Céline Sciamma (w kinach od 4 października 2019 roku)

Ten czwarty pełnometrażowy film Céline Sciammy został uhonorowany Złotą Palmą za scenariusz. W „Portrecie kobiety w ogniu” reżyserka opowiada historię miłosną osadzoną w drugiej połowie XVIII wieku. Bohaterkami są Héloïse (Adèle Haenel), arystokratka przygotowywana do aranżowanego małżeństwa, i Marianne (Noémie Merlant), młoda, niezależna malarka. Na prośbę matki Héloïse (w tej roli Valeria Golino) Marianne ma potajemnie stworzyć portret dziewczyny, który zostanie wysłany do jej potencjalnego narzeczonego. Mimo krótkiego czasu spotkań między bohaterkami, a może właśnie dzięki niemu, doskonale zostaje ukazana dynamika rozwoju uczucia, a punktem wyjścia do dyskusji o miłości staje się mit o Orfeuszu i Eurydyce.

Historia w „Portrecie” to przede wszystkim tło uniwersalizujące przekaz. Postaci nie są wzorowane na życiorysach konkretnych osób, a opowieść o miłości i siostrzeństwie dobrze odnajduje się we współczesnych realiach. Postać Marianne jest tutaj hołdem dla wszystkich malarek minionych wieków, które mimo stawianych im przez czasy, w których przyszło im żyć opresyjnych ograniczeń, tworzyły i walczyły o swoją sztukę.

Piękne zdjęcia nieraz przypominają pociągnięcia pędzla, kadry nawiązują do konkretnych dzieł (np. do „Wędrowca nad morzem mgły” Caspara Davida Fredricha), a w procesie tworzenia portretu – poprzez wielogodzinne spoglądanie na siebie – malarka i modelka zakochują się w sobie. Sciamma, utożsamiając rodowód X muzy z malarstwem, w ten sposób deklaruje swoją miłość do kina. A zobaczyć na ekranie deklarację tak intymną i piękną to prawdziwy skarb.
19. Międzynarodowy Festiwal Nowe Horyzonty, Wrocław 25.07-4.08.2019.