Wydanie bieżące

1 września 17 (377) / 2019

Katarzyna Koza,

PO CO PIDZIK LAS? (PAULINA PIDZIK: '[WEJŚCIE W LAS]')

A A A
Już cztery lata temu, wygrawszy VII Międzynarodowy Konkurs Poetycki im. Janusza Różewicza, Paulina Pidzik została wyróżniona za najlepszy projekt tomiku. Konkurs był dwuetapowy, a nagrodą główną miał być druk debiutanckich wierszy. Gdy poetka przeszła do finału, postanowiła jednak zrezygnować z dalszego uczestnictwa we współzawodnictwie, co uzasadniła w czasie rozmowy z Rafałem Różewiczem: „Czułam, że historia, którą chciałabym w tym tomie opowiedzieć, nie została jeszcze skończona” [Pidzik, Różewicz 2019]. W 2017 roku została jednak finalistką 12 edycji Połowu, konkursu dedykowanego poetkom i poetom przed debiutem. Dziś zaś, dwa lata później, ukazał się ukończony, pierwszy tomik częstochowskiej autorki „(wejście w las)”, m.in. rozdawany za darmo na 4 Międzynarodowym Festiwalu Poezji Silesius.

Już pierwszy kontakt z książką poetycką Pidzik pozwala dostrzec dbałość o estetykę wydania, a sama okładka świadczy o minimalizmie zawartych w nim treści. Z kolejnymi stronami tomiku otwiera się dla czytelnika możliwość wejścia w intymny świat autorki, w którym opowiadana jest określona historia – życia, choroby i śmierci. Tytułowy las staje się motywem przewodnim, a wrażliwość na przyrodę ustawia poetkę wśród takich przedstawicielek pisania o naturze jak Urszula Zajączkowska, Julia Fiedorczuk czy Małgorzata Lebda. Z jednej strony popularność ekopoezji w czasach negatywnych przemian klimatycznych, kiedy wrażliwość na świat jest niezwykle istotna, może cieszyć. Z drugiej strony jednak warto zastanowić się, czy wiersze Pidzik są na tyle oryginalne i odkrywcze, by pozwalać przyjrzeć się na nowo współczesnej ekopoezji. Śledząc ten tomik, trzeba więc zwrócić uwagę na naturę i jej rolę – czy jest ona ważna sama dla siebie, czy może jest istotna wyłącznie w kontekście historii opowiadanej przez bohaterkę tych wierszy.

Zacząć warto od samej formy tomiku. Szpitalnie czysty i biały, sterylny wręcz projekt, skalany jest, już na okładce, odręcznymi zapiskami. Tytuł, powtórzony kaligraficznie także na stronie tytułowej, łączy się z podobnymi, również zapisanymi ręką autorki, elementami, takimi jak poszczególne części tomiku (w sumie trzy: I, II i III) oraz rękopisy, które dodane zostały do niektórych wierszy z tomu. Trudno stwierdzić, czy były to zapisy pierwotne – nie ma bowiem w nich błędów, poprawek ani zawahań dłoni – czy inaczej, są to wcześniej stworzone i dopracowane wiersze, tyle że przepisane „na czysto”. Niezależnie od odpowiedzi, dzięki temu zabiegowi już od początku czujemy pewien dualizm: granica przebiega pomiędzy światem idealnym (druku), a tym, który próbuje być idealny (rękopis). Taki podział wydaje się rzutować także na treść, w której odnaleźć można dwa światy – baśniowy, zmitologizowany (natury, lasu), a także nieidealny, choć aspirujący do lepszego (życia, choroby). Joanna Mueller, nota bene kolejna poetka wpisująca się w nurt ekopoezji, w posłowiu do tomiku pisze: „Choroba, która toczy pisane tu ciało, która sprawia, że człowiek (…) sam sobie staje się wilkiem (…), jest przez Paulinę Pidzik odczyniana (odganiana, zamodlana) każdym kolejnym wierszem” (s. 49). Owszem, magia odgrywa w „(wejściu w las)” rolę niebagatelną – bohaterka wierszy zmagająca się z chorobą stosuje przecież swoiste modlitwy, które uwidaczniają się przede wszystkim w powtórzeniach: „siostro oddaję / mój głos rzece oddaję moje ciało / ziemi niech znów rośnie niech się staje” (s. 43). Bierze ona także pod uwagę moc śmiertelnego, niemagicznego ciała: „jak nasza ślina podobno ma moc uzdrawiania” (s. 31), a także wierzy w moc przepowiedni zostawiającej w człowieku ślady: „przepowiadaliśmy deszcz z lotu ptaków / (…) szkliste oczy zwierząt przynosiły chorobę / (…) chowaliśmy w sobie te znaki / głęboko” (s. 12). To wszystko nie daje jednak momentu oczyszczenia i realnie, koniec końców, nijak głosowi odautorskiemu nie pomaga, bo prawdziwie magiczna okazuje się strefa lasu, która jest przecież polem sakralnym. Las, a wraz z nim cała przyroda, stały się miejscem ucieczki od siebie i oczyszczenia. Szybko jednak przepoczwarzyły się w przestrzeń, w którą bohaterka wierszy wylała z siebie brudy życia, przez co stały się one także odbiciem obrazu choroby. Zwierzęta zaczęły przypominać schorzenia, a wręcz nosić je w oczach, podczas gdy jeszcze niedawno można było pomiędzy drzewami uczyć się „chowania się w sobie przed sobą” i pozwalać lasom chłonąć historie.

„Zamodlanie”, o którym pisze Mueller, widziałabym właśnie w ucieczce, w tytułowym „(wejściu w las)” ujętym w nawias. Owe nawiasy (otwierający i zamykający) byłyby symbolem nieprawdziwości, sztuczności, a także dopowiadania i uzupełniania historii. Las jest w końcu zmitologizowanym miejscem o pewnej sile magicznej, toteż wejście w niego odbyć może się jedynie „nawiasowo” i umownie. Realna jest jednak choroba przeżywana przez bohaterkę wierszy, która, koniec końców, leży w szpitalu i obserwuje parapet pełen martwych mszyc. To rozerwanie świata na dwa, dualizm mitu i życia, kontynuuje wątki wspomniane wyżej. Pidzik często zresztą stosuje tego rodzaju chwyt, ustawiając dane elementy w przeciwstawnych parach. Mamy więc kolorystykę tomiku (biały i czarny), jest las i życie szpitalne, symbolizujące sfery sacrum i profanum (las i życie poza szpitalem są w końcu uświęcane – „przychodzi ta pora mgieł chłodu jeszcze / gryzę te sierpniowe dni jak gruszkę / jak hostię w dniu pierwszej komunii” (s. 38), a życie szpitalne, choroba, zupełnie przeciwnie), w końcu pojawia się także śmierć i istnienie, które łączą wszystkie stworzenia świata. Natura pomaga bohaterce wierszy uciec od tej gorszej strony – od lecznicy i możliwej śmierci. Wydaje się jednak, że pełni ona przy tym funkcję nie tylko magiczną, ale też terapeutyczną. Dzięki niej możemy przyglądać się realnej roli przyrody, lasu, saren i wierzb w wierszach Pidzik. Bo choć podmiot mówi: „czuję już / kres” (s. 41), to także deklaruje, choć w liczbie mnogiej: „oswajamy zapach rozpadu przezroczystość ciała / martwe zamieszkało w tym domu” (s. 28). Opowieść o chorobie staje się opowieścią uniwersalną, o oswajaniu śmierci w ogóle, ale także o tragedii osób walczących z nieuleczalnymi schorzeniami. Przez skorelowanie jej z naturą, która rządzi się określonymi prawami (z naczelnym – pędem życia), ale którą charakteryzuje jeden tylko sposób spłaty długu wobec owego życia (śmierć – oddanie ciała), łatwiej jest pogodzić się z pewnym nieuchronnym porządkiem, zwłaszcza mając nad głową jarzmo nieżycia. Podmiot pyta więc: „czy wiesz które ciało wyznaczyło to miejsce które / pierwsze obróciło się w las czyje dłonie rozcięły ziemię” (s. 25) – a pytając, zauważa, że poszczególne elementy nieożywionej przyrody wraz z istnieniami (zwierzętami, ludźmi) są przede wszystkim nieoddzielne. Ciało, w swej podstawie organiczne, rodzić może las, las zaś daje możliwość życia innym istnieniom i obdarowuje je schronieniem. Czytamy: „krew także zmienia się w las” (s. 25) – i taka jest już kolej rzeczy. Las u Pidzik daje krew i żąda krwi; bierze śmierć i daje życie. Bohaterka wierszy, która raz po raz do lasu ucieka, zdaje się potrzebować właśnie takiej pewności – istnienia cyklu, życia, które zatacza koło.

Ten motyw jest jednym z najbardziej eksponowanych czytelnikowi wątków tomiku. Zwierzęta i rośliny są uczłowieczane, a ludzie „uzwierzęcani” i „uroślinniani”, co pozwala Pidzik ukazać równość życia, niezależną od reprezentowanego gatunku („pamiętaj mamy ślady lasu na liniach papilarnych”) (s. 18). Reprezentanci homo sapiens czerpią wiedzę od zwierząt i uczą się podążając po ich śladach, zwierzęta mają dusze niczym ludzie („ciała należą do ziemi wyłowione spod kry złe / sny rzeki dusze kur jastrzębi”, s. 21)), a rośliny mają ciała, które krwawią („tamtej nocy ogień zajął las / zabierał młode ciała brzóz krwawiące jeżyny”, s. 13). Wszystko jest podporządkowane naturze, którą reprezentuje metaforyczny las, należy więc pamiętać, że „co zabiera las to lasu” (s. 21). To właśnie okazuje się nadrzędnym przepisem, regułą tego świata. Nie da się uciec od śmierci, wszyscy zaś wpisani jesteśmy we wspomniane koło życia – zwierzęta, rośliny i my, ludzie – toteż na równych warunkach oddamy swoje ciała prawowitemu właścicielowi, naturze. Nie jest to przy tym jedynie smutny fakt, wymagający zaakceptowania, ale, co podkreśla niejednokrotnie podmiot, porządek wart pewnego uświęcenia. Tak też brzozy zostają „uchrystowione” – z ich boków, ran, z „podskórnego krwioobiegu” (s. 23) pijemy wodę, a przez to „na zdrowie wieczne spoczywanie / w niepokoju ziemi” (s. 23) wchodzimy w komunię z samą naturą. Ludzie schorowani, dla których nasz materialny świat może stać się czymś wartym ubóstwienia, „uzwierzęceni”, stąpają jednak po ziemi kruchej („ta ziemia jest krucha”, „wracamy do tych miejsc / kruchej ziemi”, „w kruchych miejscach kamienie pękają”, s. 26, 30, 35). Zdaje się, że przez to w wielu miejscach pojawia się ujawnienie słabości podmiotu. Przyznaje on: „jeśli wyrastamy to z tych miękkich słabych miejsc ran” (s. 35). O ile bowiem bohaterka wierzy w pewne nadrzędne prawa rządzące światem (w tym przede wszystkim w śmierć, wpisaną w porządek natury), o tyle zdaje sobie sprawę, że nasza droga po tym świecie wcale nie jest pewna.

Ta droga, ta ziemia, którą każdy człowiek ma pod nogami, okazuje się niezwykle krucha. Jednocześnie słabość i kruchość to cechy ludzkie – potęga i wielkość stanowią zaś dystynktywne cechy przyrody. Naturą rządzi ogień, który sprawia, że „lęk wypala nam oczy” (s. 13), woda, która „nocami podchodziła pod próg domu” (s. 14), a także ziemia, która ma pierwszeństwo do brania tego, co się jej należy. Okazuje się więc, że może ona posiadać swoją złą, demoniczną wręcz stronę – jest w końcu kimś, kto nas zastrasza, piętnuje i nie do końca liczy się z tym, co nasze. Nie interesuje się naszym życiem i naszymi wartościami, choć jesteśmy jej częścią. Ot, najzwyklej – jest obojętna, może nawet nieprzychylna i nic nie można na to poradzić. Przywoływana przez Pidzik przyroda nie jest jednak przy tym wszystkim istotna sama dla siebie. Jest tłem, odskocznią potrzebną bohaterce wierszy, miejscem człowieka do godzenia się z życiem i śmiercią, punktem, w którym można zapomnieć o szpitalu i umarłych na parapecie mszycach. Ta natura nie pełni, co warto zauważyć, roli szczególnej tylko dlatego, że jest sobą. Nie uświadamia swoim statusem problemów ekologicznych, nie odgraża się ludziom za wyrządzone zło (choć to przecież natura gniewna), nie jest elementem zachwytu, nie pobudza i nie wzrusza. Jest krajobrazem, żywiołem, stałą częścią świata, ale przede wszystkim – mitem funkcjonującym w głowie bohaterki, która, dzięki niemu, może pogodzić się ze śmiercią. Początkowo wspomniana wrażliwość na przyrodę okazuje się wrażliwością zupełnie inną niż u Fiedorczuk, Zajączkowskiej czy nawet Lebdy. O ile dwie pierwsze admirują świat i cieszyć mogą się z pojedynczego liścia, zaś Lebda w drastyczności natury potrafi dostrzec element wart nabożeństwa, o tyle Pidzik z natury tworzy prywatny mit, który, choć dla głosu odautorskiego święty, mówi wyłącznie o prawidłach świata. I to prawidłach bardzo prymarnych.

Minimalizm, który rzuca się w oczy już na początku, ujawnia się nie tylko na okładce i w układzie treści, ale też w jej wartości, bo trudno, niestety, wynieść z niej coś więcej. Tomik okazał się opowieścią o chorej dziewczynie, uciekającej myślami do lasu. Ta przestrzeń miała służyć bohaterce wierszy i stać się jednocześnie jej strefą bezpieczeństwa, miejscem odbicia zagrożenia, przede wszystkim jednak miała wpłynąć na nią terapeutycznie. Poprzez las chciała ona poradzić sobie ze swoją chorobą, z powolnym umieraniem ciała, a w końcu z samą śmiercią. Niestety, koniec końców nie dostajemy puenty, przynajmniej nie takiej, która jakoś domknęłaby otwartą w tomiku historię. Nie najlepiej ma się też sprawa ekopoezji Pidzik. Choć mamy do czynienia ze swego rodzaju wrażliwością, to jednak większą względem stanów bohaterki wierszy niż samej przyrody. Okazuje się raczej, że wiersze autorki być może w ogóle nie pasują do nurtu ekologicznego. Nie można w końcu klasyfikować każdego poety i każdej poetki, który/która pisze o przyrodzie, w ramach jednej kategorii. Rola natury w tekstach Pidzik może i wydaje się na pierwszy rzut oka istotna ze względu na wielość elementów przyrodniczych, ale właściwie jest ona w pewien sposób marginalna i ograniczona do percepcji mówiącego podmiotu. Widzimy metaforyczne lasy ogarnięte ogniem, czujemy delikatność sarny i skrzywdzony bok brzozy, ręce ubrudzone jagodami niczym krwią, doświadczamy rozpadu, rozkładu i sprawiedliwości świata, który uśmierca wszystkich. To jednak nie oznacza, że autorka „(wejścia w las)” jakoś specjalnie troszczy się o przyszłość Ziemi – a to w końcu ta troska definiowała pierwszych amerykańskich ekopoetów i to ona zdaje się wyróżniać wspomniane wcześniej, rodzime autorki. Nie oznacza to także, że w poezji Pidzik zawarte są przemyślenia istotne ekologicznie, ani też, że mamy do czynienia z jakąś niesłychaną wrażliwością okazywaną naturze. W tej poezji wygrywa subiektywność, choroba i powtarzalność: tematów, chwytów i myśli. Rzeczy, które nie mogą zaskoczyć oraz tematy, które co najwyżej poszukiwały w naturze ilustracji albo – co bardziej prawdopodobne – potwierdzenia.

Literatura:

Paulina Pidzik w rozmowie z Rafałem Różewiczem, „2miesięcznik. Pismo ludzi przełomowych”, dostęp online: http://pismoludziprzelomowych.blogspot.com/p/rozmowa-z-paulina-p.html [20.06.2019].
Paulina Pidzik: „(wejście w las)”. Wydawnictwo KONTENT. Łódź 2019.