Wydanie bieżące

15 września 18 (378) / 2019

Ewa Szkudlarek,

NIEJEDYNA ('MÓJ STARY MĄŻ, MOJA NOWA ŻONA', REŻ. MARIUSZ PUCHALSKI)

A A A
Spektakl „Mój stary mąż, moja nowa żona” odsłania przed widzami jeszcze jedną miłosną historię. Jest powstałą w kameralnej przestrzeni błyskotliwą miniaturą o perypetiach mężczyzny i dwóch kobiet, na którą składają się inteligentne dialogi połączone z dużą dozą humoru. Między czasem minionym a obecnym, między egzystencją a esencją toczy się życie codzienne, które wymaga raz opowieści, innym razem dialogu, czasem samej pointy, a niekiedy także bezradnego milczenia. Całe życie bohatera przedstawione zostało jako działanie zmierzające do znalezienia żony, oczywiście chodzi o tę właściwą, jedyną wybrankę serca, wierną towarzyszkę życia w chwilach dobrych i tych złych. Miłość sama w sobie jest przecież warta opowiadania i odgrywania na scenie.

Na gruzach pierwszego, nieudanego małżeństwa powstało nowe. Dojrzały mężczyzna z piękną kobietą u boku udaje się na eleganckie przyjęcie. Ten małżeński happy end można potraktować jako literacki koncept, tworzy on bowiem epicką klamrę, w której trójka bohaterów sztuki odsłania swoje wspomnienia, rozczarowania, oczekiwania i marzenia. Świat dzieje się w tej chwili, a życie toczy się teraz – istotne jest tylko to, co się robi, czego jest się świadkiem w tym danym momencie. Widzowie obserwują sytuację szczególną: zupełnie nieoczekiwanie, po wielu latach, na przyjęciu spotyka się para rozwiedzionych małżonków. Były mąż ma już jednak nową partnerkę, a była żona jest nadal (albo znów) sama. Cóż, to z pewnością sytuacja z gatunku tych nie do pozazdroszczenia i to dla żadnej z trójki bohaterów. Nie jest zbyt miłe dla byłej małżonki widzieć jak jej niegdyś ukochany z czułością obejmuje nową żonę, ta natomiast w towarzystwie poprzedniczki czuje się niepewnie, jest ciągle obserwowana i traktowana jak niedojrzała małolata. Były mąż także czuje się niekomfortowo, gdyż musi znosić obecność i kąśliwe uwagi kobiety, o której chciał zapomnieć, a zarazem lawirować tak, by nie zrazić do siebie obecnej ukochanej. Patrząc na rozwój akcji, mam nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, że namysł nad fenomenem miłości i zazdrości odzwierciedlają właśnie spotkania po latach.

Wszelkie spotkania w jakiejkolwiek przestrzeni są ważne, a teatralna scena w sposób szczególny podkreśla ich istotność. Motyw przelotnego spojrzenia, szelestu sukni, zagubionego kolczyka, dźwięku szklanki do drinka, dymu z papierosa, dotyk dłoni na policzku, odepchnięcie ciała – to nie są oznaki spotkania w przestrzeni wyobraźni, ale doznania realne i dotykalne, usytuowane w określonym czasie i przestrzeni. Prawdziwe spotkanie – w przekonaniu Martina Bubera – nie polega na szczegółowym zaplanowaniu. W życiu, w odróżnieniu od sceny, nie można bowiem wcześniej zaprojektować przebiegu zdarzeń, rozdać ról i przyporządkować kwestii. Związki między ludźmi mają odzwierciedlenie w obecności i nieobecności uczuć, które są gwarancją określonego układu ludzkiej przestrzeni.

Tytułowy stary mąż oraz jego poprzednia i obecna żona nieustannie rozmawiają, dyskutują i przekomarzają się, czasem kłócą i wracają do poprzednich kwestii. Dialogi składają się z wylewnych monologów, wszyscy bohaterowie są jakby uwięzieni wokół tematu dobranej lub niedobranej pary, udanego lub nieudanego małżeństwa, szczęśliwego lub niespełnionego związku. Mówią o rzeczach ważnych (ślub, rozwód) i nieważnych (obraz na ścianie, wyjście do toalety). Wszystkim postaciom sztuki towarzyszy poczucie humoru. To właśnie śmiech rozładowuje napięcie między bohaterami i ich przykrymi doświadczeniami – poczuciem bycia niekochaną, świadomością bycia zdradzanym. Bohaterowie niekiedy mówią półżartem i półserio, jak chociażby w kwestii wzajemnego przedstawiania się – „oto moja stara żona/ jaka stara? była żona”.

Spektakl od pewnego momentu przekształca się w studium nad związkiem trojga ludzi, którzy niezależnie od swego dorosłego wieku, dojrzewają dopiero do wspólnego życia. Świadkami tego procesu stają się widzowie. Spotkania powinny służyć pojednaniu i naprawie relacji, umożliwiając w ten sposób tworzenie nowego początku opartego na mówieniu prawdy, ale równie dobrze mogą prowadzić do odtwarzania starych konfliktów, przypominać dawne urazy oraz tworzyć jeszcze większe podziały i przykre zadry. Akcja spektaklu przechyla się raz w stronę pojednania i zgody, a innym razem eksponuje konflikty prowadzące do niezgody. Emocjonalne rany nie zostały zagojone, żal trwa, dokucza poczucie niespełnienia. Chociaż upływają lata, zmieniają się ludzie, to niezażegnane konflikty ciągle tworzą te same lub nowe pęknięcia w relacjach międzyludzkich. „Ona, On i ta trzecia” lub „ten trzeci” to historie znane od wieków, a jednak schemat ten, mimo przestróg starszych pokoleń, nadal przerabiają te kolejne, młodsze. Snuje się historia o odwiecznych pragnieniach, niespełnionych marzeniach, podciętych skrzydłach, zmaganiach z losem. Okruchy portretowanych osób mienią się wzlotami i upadkami, miłością i namiętnością, nienawiścią i odrazą, a wszystko razem tworzy opowieść o trwaniu więzi międzyludzkich w czasie.

W przedstawieniu Mariusza Puchalskiego mamy zatem trzy portrety osobowościowe, potraktowane jako osobne studia ludzkich emocji. Widzom umożliwia się zaś ciągłe zaglądanie pod ich podszewkę i przyglądanie się wewnętrznym światom uczuć. W roli byłej żony wystąpiła Irena Lipczyńska. Rude włosy czynią postać wyrazistą i silną, a czarno-czerwony kostium dodaje charyzmy i niepokojącej namiętności. Lipczyńska jako była żona jest uwodzicielska i złośliwa, stwarza pozory życzliwości, ośmiesza byłego męża i usiłuje zaprzyjaźnić się z jego nową żoną. W gruncie rzeczy jest samotna i ma świadomość przemijalności własnego ciała. Dobrze wie, że pod tym względem nie może konkurować z młodą blond pięknością. Pali papierosa, dodając sobie wdzięku, popija drinka, by zagłuszyć głód uczuć. Aktorka stworzyła portret kobiety nie tyle przegranej, co raczej rozczarowanej w małżeństwie i kolejnych związkach. Natomiast Kamila Puchalska wcieliła się w rolę nowej żony. Z wdziękiem przechadza się po scenie w czerwonej sukni i zalotnie odgarnia włosy, chwilami bywa zagubiona i nadąsana. Dopiero pod wpływem rozmów z byłą żoną swojego męża kobieta uświadamia sobie, czego naprawdę pragnie w związku. Zdaje sobie także sprawę z tego, że jej uczucia nie są tak silne, jak wcześniej przypuszczała. Te dwie żony łączy coś szczególnego – obie mają świadomość, że żadna z nich nie jest „tą jedyną”. Małżeństwo pierwszej z kobiet miało trwać do końca, ale rozpadło się po kilku latach wspólnego życia. Druga ma świadomość tego, że była przed nią inna, po której ona dostaje okruchy. Dzielą to, co jest, i to, co było między siebie, odczuwając zazdrość (o to co było lub o to, co będzie) i niepewność (czy to właściwy mąż, czy to jest ta wielka miłość), a także żywiąc niepokojące przekonanie, że znów może się pojawić ta kolejna.

Postać starego/nowego męża stworzył Mariusz Puchalski. Aktor w sposób niemalże równoległy tworzy portret dystyngowanego amanta i zgorzkniałego pantoflarza. Początkowo zachowuje dystans wobec byłej żony, ale później za pomocą aktywacji wspomnień wzdycha do niej, by po chwili oddalić się i znów jako stęskniony uścisnąć dłoń obecnej ukochanej. Skoro nie potrafił zmienić pierwszej żony, po prostu zmienił żonę. Czy jednak nie spadł, jak w znanym przysłowiu, „z deszczu pod rynnę”? On także odczuwa silny niepokój: co się stanie z jego życiem, gdy obie żony zaprzyjaźnią się ze sobą i ta starsza odkryje przed młodszą wszystkie jego tajemnice? Nader często koniec uczuciowego związku następuje wtedy, gdy jedno z przekonaniem powie do drugiego „kochany, znam cię lepiej niż ty sam”. I rzeczywiście przed starym/nowym mężem pojawia się wyzwanie – czym zdoła zaimponować swojej nowej żonie tak, by nie odeszła do innego/nowego?
Mój stary mąż, moja nowa żona”. Reżyseria: Mariusz Puchalski. Scenariusz: Marek Zgaiński. Premiera: 18.11.2016, Mój Teatr, Poznań.