Wydanie bieżące

1 października 19 (379) / 2019

Sabina Strózik,

ARCHIPELAGI SPADAJĄCYCH GWIAZD (EWA ŁUKASZYK: 'MGŁAWICA PESSOA. LITERATURA PORTUGALSKA OD ROMANTYZMU DO WSPÓŁCZESNOŚCI')

A A A
Ewa Łukaszyk już na samym początku „Mgławicy Pessoi” notuje: „[literatura portugalska – S.S.] jest to literatura gorzka, surowa, często gwałtowna, zmagająca się z ciasnotą, z niewystarczalnością, z pustką obrazów chwały odziedziczonych po minionych wiekach” (s. 6). Wizja to początkowo szokująca, nie z tym nam się wszakże kojarzy kraj na swoistym końcu Europy. Dlaczego ktoś miałby opisywać książki portugalskie tak jak można by, nie przymierzając, opisać literaturę polską? Rozrachunek z „obrazami chwały odziedziczony po minionych wiekach” brzmi niebezpiecznie znajomo. Czy słoneczna Lizbona może mocować się z takimi problemami? Po chwili zastanowienia musimy jednak skonstatować, że większość z nas, którzy owszem, myśląc o Portugalii widzimy Lizbonę, Porto, azulejos, pastéis de nata czy fado, myśląc o literaturze portugalskiej musimy się zatrzymać na Fernando Pessoi i portugalskim nobliście – José Saramago. Do reszty nie mamy, a raczej nie mieliśmy do tej pory, wstępu.

Łukaszyk rozpościera przed nami gorzki horyzont dziesiątków książek, które udowadniają, że rzeczywiście, konstatacja to na wskroś prawdziwa. Ta niestety w pewnym stopniu peryferyjna twórczość na kartach tomu ujawnia swoje oblicze ciemne, momentami przesycone apokaliptycznymi tonami i niemające niczego wspólnego z mentalnym obrazkiem żółtego tramwaju, który turyści wywożą ze sobą pełni pozytywnych wspomnień – „Ton tego opracowania może się wydać czytelnikowi szczególnie krytyczny, wręcz bezlitosny; na próżno tu szukać turystycznego obrazu Portugalii słonecznej, gościnnej, rysującej się malowniczo nawet w swym ubóstwie” (s. 6). Autorka tłumaczy się z krytycznego obrazu Portugalii – dalekiej od intuicyjnych asocjacji ze słonecznymi, leniwymi dniami spędzanymi na spacerach po centrum Lizbony. To chyba zbyteczna ostrożność badaczki, która uprzedza zarzuty, w moim mniemaniu, jednak nieuprawnione. W słońcu skąpanych lizbońskich dziedzińcach kryje się słynne saudade, melancholia rodem z obrazów Chirico. Intuicja musi nam podpowiadać, że w nieodłącznym elemencie słońca – cieniu – kryje się nie tylko ochłoda przed spiekotą, ale i prawdziwy mrok. I chyba nie przez przypadek Łukaszyk wybiera do swojego tytułu mgławicę, słowo z repertuaru nocy.

Tym prawdziwszy zatem wydaje się obraz portugalskich książek, który opisuje autorka. Podróż przez luzofońską galaktykę jest wyprawą wyjątkowo angażującą i wymagającą skupienia na każdym kroku – nie da się tej książki przeczytać jak zbioru luźnych refleksji, które uzbroją nas może nie w wiedzę, ale ulotną świadomość, że coś o literaturze europejskich peryferii wiemy. Jeśli przeczyta się tę książkę z odpowiednim zaangażowaniem, jak skrypt do egzaminu, przed którym drżymy, na pewno wynieść z niej można wiedzę, która ma szansę stać się – a nawet powinna – początkiem dalszych poszukiwań, ale która jest już solidną podstawą.

Przedział czasowy opisany w tej obszernej pozycji obejmuje około dwieście lat. Uznanie budzić musi mrówcza wprost praca badaczki, która podjęła się tak karkołomnego zadania, jakim jest syntetyczne ujęcie nie tylko wszak samej literatury, ale i kontekstu historycznego, w jakim powstawała. Łukaszyk dostarcza tylu informacji z pozoru pobocznych, ilu trzeba, aby czytelnik mógł zrozumieć tło i ducha epoki. W sposób widoczny zależy autorce na tym, aby lektura przyniosła – na tyle, na ile to możliwe bez sięgnięcia po nieprzetłumaczone teksty źródłowe – zrozumienie samej Portugalii, a nie jedynie książek tam powstających. Podziw budzi też swoisty dystans badaczki do opisywanego przedmiotu – w momentach osobistych wspomnień widać wyraźnie sentymentalny stosunek do kraju, w którym spędziła wiele miesięcy, ale nie zaciemnia to obrazu, nie skłania do emocjonalnych ocen.

Podział książki na wykłady i (w mojej ocenie ciekawsze, choć pewnie trudniejsze do odczytania bez pomocy poprzedzających je wykładów) interludia sprzyja traktowaniu „Mgławicy Pessoi” jak swoistego podręcznika. Autorka zachowuje umiar i proporcje przy omawianych zagadnieniach – pilnuje wywodu, aby nie przepełnić go zbytecznymi faktami czy zbyt długimi analizami. Widać, że książka jest ze wszech miar przemyślana, że na każdym kroku badaczka konsekwentnie pilnuje początkowego zamysłu dla dobra całości tomu. Szkoda, że Łukaszyk, choćby jedynie przy centralnej postaci opisywanej galaktyki, nie pokusiła się o głębsze wejście w twórczość Pessoi, ale trudno sobie także wyobrazić, aby praca miała zostać wzbogacona o kolejne dziesiątki stron przy już i tak dużej objętości. Poczucie tego pozornego niedostatku może wynikać z faktu, że wykład poświęcony Pessoi jest po prostu nad wyraz wartościową syntezą zarówno samej twórczości autora „Księgi niepokoju”, jak i jego życia, próbą rozwikłania zostawionych przez niego zagadek, a także uświadomienia, jak wiele ich jest. Michał Lipszyc, we wstępie do „Księgi niepokoju”, notuje: „Heteronimia była dla Pessoi zdecydowanie czymś więcej niż tylko literacką zabawą. Mamy prawo przypuszczać, że konsekwentnie dezintegrując swoją osobowość poprzez mnożenie sztucznych »ja«, w których imieniu pisał, dążył (między innymi) do uchwycenia prawdziwej istoty jaźni lub – jak kto woli – do zdemaskowania jej jako wielopiętrowej fikcji” (Lipszyc 2013: 5). Łukaszyk, na kartach tomu, stara się „zdemaskować” kolejne wcielenia Pessoi i umożliwić lepsze zrozumienie twórczości tego tajemniczego geniusza, ukrywającego się w wielości wcieleń.

W czasie lektury wątpliwości budzi jedynie prawie zupełny brak przypisów w książce. Owszem, kiedy badaczka sięga po cytaty (co, przy wielości przywoływanych autorów i tytułów, które interpretuje, zdarza się jednak dość rzadko), podaje ich adresy bibliograficzne, ale przy fragmentach interpretacyjnych, biograficznych nie ma żadnych odnośników. Nie odmawiam Łuszczyk nowatorstwa i oryginalnego spojrzenia na literaturę – na pewno jest tak na gruncie polskim (gdzie zresztą autorka ma pełną świadomość swych zasług, może nawet ma jej w nadmiarze – w przypisie na stronie 10 autorka stwierdza, że obecność literatury portugalskiej na polskim rynku i w polskiej świadomości polepszyła się znacząco właśnie dzięki niej), ale przeglądając spis książkowych pozycji w wybranej literaturze przedmiotu, zdecydowanie bogaty, trudno uwierzyć, że żaden z przytaczanych autorów nie wyinterpretował, często mocno oczywistych, wniosków z omawianych powieści czy nie odczytał metafor w poezjach. Warto zwrócić choćby uwagę na fragment, w którym Łukaszyk opisuje tom wierszy zbliżającego się do śmierci Almeidy Garreta pod tytułem „Opadłe liście” i zauważa, że: „»Opadłe liście« pojawiające się w tytule mogą sugerować nastrój przemijania” (s. 31).

Nie do końca jasny wydaje się także układ książki. Podział na wykłady – poporządkowany procesowi historycznoliterackiemu – jest oczywisty. Przy tworzeniu panoramy literatury trudno wymagać, aby skomponować książkę inaczej. Natomiast podział na podrozdziały nie jest już tak oczywisty. Przy stosunkowo małej przejrzystości – próżno szukać tu jakichś graficznych wyznaczników, co przy zwartym wywodzie utrudnia odbiór i polecam, aby czytelnik uzbroił się w ołówek w czasie lektury, bo szanse, że po miesiącach czy nawet dniach znajdzie fragment czy pisarza, do którego chciałby wrócić, są minimalne. Zwłaszcza, że badaczka często przy omawianiu jednego autora wtrąca uwagę o innym (patrz – s. 30), aby lepiej ukazać podobieństwa, różnice czy wzajemne oddziaływania.

Brakuje również komentarza, jak Łukaszyk traktuje tytuły omawianych, czy choćby przywoływanych książek. Oczywiście, przy dojmującym braku tłumaczeń luzofońskich klasyków na język polski, nie ma także tłumaczeń tytułów, ale badaczka mogłaby zamieścić w książce adnotację, że tytuły są jej własnymi tłumaczeniami; w wypadku, kiedy książka została w Polsce wydana, autorka umieszcza zarówno swoje, dosłowne tłumaczenie tytułu, jak i tytuł, pod którym książka się ukazała w Polsce.

Powyższe uwagi uznaję jednak za marginalne i nieumniejszające niezaprzeczalnej wartości książki. Największą przyjemność czytelnikowi zapewniają interludia, o których sama autorka pisze we wstępie, że są to fragmenty luźniejsze, bardziej osobiste: „fragmenty książki oznaczone jako interludia mają swobodniejszy, eseistyczny charakter; prezentuję w nich kluczowe problemy kultury portugalskiej z bardziej osobistej perspektywy” (s. 12). I rzeczywiście, można przy nich odpocząć, dotyczą jednego tematu – np. szeroko pojętej „skrzyni”, w której Pessoa trzymał swoje utwory, literatury kolonialnej czy (według mnie najciekawsze interludium) saudade, które wreszcie zostaje opisane, a nie jedynie opatrzone wyświechtanym „nieprzetłumaczalne”, zamknięte i niedostępne wszystkim spoza kręgu. Autorka, nie ujmując wyjątkowości portugalskiej melancholii, pokazuje, że jest to jednak odmiana znanej od dawna acedii i że „portugalska saudade to nie tylko emocja, ale i zespół przeświadczeń o odczuwającym ją Portugalczyku, o jego tożsamości, wyjątkowości i dziejowej roli” (s. 204). Opis, choć krótki (całe interludium ma zaledwie 5 stron), to jeden z najlepszych opisów nie tylko portugalskiej melancholii, jakie zdarzyło mi się czytać. Uwaga, jest tak sugestywny, że trudno po lekturze nie poddać się nastrojowi i nie wsłuchiwać w fado.

Centralny punkt literatury portugalskiej stanowi rzecz jasna tajemniczy pisarz o dziesiątkach tożsamości. Pessoa to gwiazda, by tak rzecz, wyjątkowo ciemna. Pomimo ogromnego zainteresowania jego twórczością, niegasnącą od lat, nadal niewiele udało się rozwiązać zagadek, które zostawił. Pessoa jest także centralnym punktem w książce Łukaszyk, centrum mgławicy, w której jakoby cała twórczość przed pisarzem ciążyła do zawartości jego skrzyni, a następująca po nim zawsze występuje w jego cieniu.

Literatura portugalska jest więc zdecydowanie bogata, ale jest także literaturą wyczerpania i upadków wielkich ambicji. Łukaszyk ostrzega o tym we wstępie i do samego końca konsekwentnie nas do tego przekonuje, w posłowiu podsumowując: „Zwykle liczymy na to, że tradycja kulturowa przyniesie wartościowe dziedzictwo, że mijający czas pozostawi coś po sobie, choćby książki. Historia literatury portugalskiej ukazuje coś przeciwnego: niebezpiecznego repetycji, kolistość paradygmatu prowadzącą do końcowego wyczerpania. Obfituje w obrazy apokalipsy pochłaniającej również własną historię, w teksty, które na koniec pożerają same siebie (…)” (s. 447).

Zostawmy syntezę tego stanu rzeczy Pessoi, który w „Księdze niepokoju” konstatuje, najlepiej chyba podsumowując myśl Łukaszyk: „Jesteśmy dwiema otchłaniami – studnią wpatrzoną w niebo” (Pessoa 2013: 24).

LITERATURA:

Lipszyc M.: „Wstęp”. W: F. Pessoa: „Księga niepokoju”. Przeł. M. Lipszyc. Warszawa 2013.

Pessoa F.: „Księga niepokoju”. Przeł. M. Lipszyc. Warszawa 2013.
Ewa Łukaszyk: „Mgławica Pessoa. Literatura portugalska od romantyzmu do współczesności”. Wydawnictwo Ossolineum. Wrocław 2019.