Wydanie bieżące

1 października 19 (379) / 2019

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

CO MNIE NIE ZABIJE, MNIE NIE WZMOCNI (WOJCIECH CHMIELARZ: 'RANA')

A A A
Oczekiwania czytelników i krytyków wobec autorów rosną wraz z kolejną książką, szczególnie gdy autor wypracował u odbiorcy przekonanie, że warto czekać na następną premierę. Jeśli do tego wydawnictwo uruchomi machinę promocyjną, czytelnik zacznie odliczać dni do wizyty w księgarni lub zamówi książkę w przedsprzedaży, co już wydaje się być ostatecznym potwierdzeniem zainteresowania nowością. Wyczekiwany tytuł otrzyma znaczącą liczbę recenzji, a wraz ze sprzedażą praw do ekranizacji zainteresowanie nazwiskiem zostanie podgrzane na nowo. Udało się bowiem Wojciechowi Chmielarzowi wyjść z ram pisarza powieści o zbrodni. Nawet obecnie spotykam ludzi, którzy z niejaką dumą przyznają, że nie czytają kryminałów, ja tymczasem jestem wyznawczynią teorii, że kryminały mówią nam więcej o nas jako społeczeństwie niż chcielibyśmy przyznać. Czytelników przywiązanych do klasycznej formy gatunku eksperyment z „Raną” zrazi – przede wszystkim odsunięciem na dalszy plan odpowiedzi na pytanie, kto zabił, lub raczej przedefiniowaniem tego pytania, gdyż pośrednich sprawców będzie wielu.

Czy coś mogłoby się nie udać? Mamy autora obdarzonego dystynktywnym głosem, początek z trzęsieniem ziemi i bohaterów z piekła rodem. Nie zamierzam wzorem recenzji lub raczej omówień nakreślać akcji. Kto ciekaw zarysu, wszędzie go znajdzie, gdyż recenzenci czy – bardziej stosownie omawiacze – jakże często unikają jasnych odpowiedzi, czy warto i dlaczego przeczytać lub odłożyć na półkę. Wierni czytelnicy śledztw komisarza Mortki i prokuratora Górnika, zachęceni świetnym w mojej ocenie „Żmijowiskiem” i tak już egzemplarz namierzyli. Czy nowi odbiorcy pozostaną przy autorze? Trudno mi ocenić, wyobrażam sobie, że zaintrygowana stylem i tempem czekałabym na ich miejscu na inne historie, gdyż zaletą powieści Chmielarza jest ich nieodkładalność. Znakomicie prowadzona fabuła, akcja rozpisana na kończące się suspensem sceny sprawiły mi prawdziwą przyjemność. Czytelnik otrzymał wyraziste postaci, także na poziomie zróżnicowania języka, rozwiązania o dużej jeszcze dozie oryginalności. Dziennikarski pazur widać w przystawalności fabuły do otaczającej nas rzeczywistości, jak w odsłaniaaniu kulis brudnych działań reprywatyzacyjnych.

Zabiegiem, który mnie zaskoczył, było wykorzystanie pewnego głośnego reportażu bardzo znanego dziennikarza. Celowo nie wymieniam nazwiska ani tematu, gdyż zniszczyłabym mocno psychologię jednej z głównych postaci i motywację, którą kieruje się w zakończeniu powieści. Przeżyjecie niezłe zaskoczenie.

Ponowoczesny kryminał często rezygnuje z podziału na dobrych i złych bohaterów, chyba że westernowość autor przyjmie jako konwencję, ale Wojciech Chmielarz pisze bardzo serio i jeśli wpuszcza czytelnika w maliny, to z jego winy pokazując, że na sytuację należało spojrzeć z innej strony, jak to było w poprzedniej książce, gdzie kluczowe okazało się, kto nosił kurtkę. Zakończenie przyniosło całkowitą zmianę, ale nie z powodu błędu w logice, tylko przez błędne założenie przyjęte przez czytelnika. W „Ranie” nie warto zakładać, że znajdziemy ostatniego sprawiedliwego szeryfa, upadłą kobietę o złotym sercu, zatwardziały czarny charakter i wesołka z banjo albo przepitego komisarza o wysublimowanym guście muzycznym. Tutaj wszyscy wydają się obrzydliwi albo żałośni i dlatego niebezpieczni. Zobaczymy, że zło bywa banalne, a zbrodnia nie musi być drobiazgowo zaplanowana, czasem bywa wynikiem splotu nieszczęśliwych okoliczności albo najzwyklejszej głupoty. Niejako przy okazji autor obnaża niemoc instytucji, do moich doświadczeń jako nauczyciela niekoniecznie wzorowych uczniów trafia opis bezsilności nauczyciela, który wie, że tak naprawdę może niewiele, a przenoszenie trudnych uczniów do prywatnych placówek zdarza się nie dlatego, że tam będzie uczniowi lepiej, ale że jednak wciąż łatwiej powiedzieć nauczycielowi w prywatnej szkole: płacę i wymagam. Swoją drogą, gdy patrzę na jednego z głównych bohaterów, dziwię się, że nikt go nie zdiagnozował. Przypadek dość oczywisty, o ile zespół Aspergera może być typowy, ale tego nikt nie widzi, bo bohaterowie wolą etykietkę psychola. Nie słuchamy siebie i tak naprawdę wcale siebie wzajemnie nie interesujemy, ktoś jest dla kogoś workiem treningowym do wyładowania frustracji albo budzącym nienawiść potwierdzeniem błędów z przeszłości. Nie ma w tym romantycznego szaleństwa i fascynacji innością, tylko wszystkie ludzkie wydzieliny i wydaliny, które autor pozwala poczuć/odczuć.

Pozostaje postawienie pytania, czy to jeszcze kryminał. Po skończeniu książki stwierdziłam, że podobała mi się i będę ją polecać, ale nie jako kryminał. W połowie lektury przestało mnie zajmować, kto zabił, tym bardziej, że ofiara była antypatyczna, ale bardziej chciałam wiedzieć, dlaczego do licha ci ludzie robią sobie nawzajem takie straszne rzeczy i czy ktoś się wreszcie z tego wyłamie. Jak reklamuje wydawca, jest to powieść o ranach i w zakończeniu nie będzie satysfakcjonującego wyjaśnienia detektywa, doświadczony, choć cyniczny inspektor nie opanuje chaosu, a i kara będzie jakaś inna. Bo i książka jest jakaś inna. Zachęcam, aby się przekonać, dlaczego happy end jest niemożliwy. Drogi Autorze, nie wracaj do Mortki ani nawet do cyklu gliwickiego, chociaż lubię czytać o znajomych miejscach. Unurzaj siebie i mnie w mrocznych zakamarkach – obiecaj, proszę. Pójdę za tobą.
Wojciech Chmielarz: „Rana”. Wydawnictwo Marginesy. Warszawa 2019.