Wydanie bieżące

15 października 20 (380) / 2019

Przemysław Pieniążek,

(NIE)PRZYPADKOWI TURYŚCI (JULIA BOYD: 'WAKACJE W TRZECIEJ RZESZY. NARODZINY FASZYZMU OCZAMI ZWYKŁYCH LUDZI')

A A A
„Wyobraź sobie, że jest lato 1936 roku i jedziesz na miesiąc miodowy do Niemiec. Świeci słońce, ludzie są przemili – życie jest piękne. Podążasz na południe przez Nadrenię, podziwiasz jej zamki i winnice, jak urzeczony patrzysz na ogromne, wyładowane barki z wolna sunące po Renie. Docierasz do Frankfurtu. Właśnie zaparkowałeś samochód z nalepką GB w widocznym miejscu i ruszasz na wycieczkę po mieście, uchodzącym za jedną ze średniowiecznych, architektonicznych pereł Europy. Nagle podchodzi do ciebie kobieta, która wygląda na Żydówkę. Ściska za rękę utykającą nastolatkę w bucie na grubej podeszwie, a w jej oczach widzisz strach. Wszystkie niepokojące pogłoski o nazistach – prześladowanie Żydów, eutanazja, tortury, odsiadki bez procesu – malują się na twarzy tej zdesperowanej matki. Zobaczyła nalepkę GB i błaga, żebyś wywiózł jej córkę do Anglii. Co robisz? Odwracasz się ze zgrozą i odchodzisz? Okazujesz współczucie, ale mówisz, że nic nie możesz zrobić? Czy może wywozisz jej córkę w bezpieczne miejsce?” (s. 7) – niniejsza autentyczna historia, posiadająca skądinąd szczęśliwy finał, otwiera niezwykle ciekawą i zdecydowanie godną uwagi książkę Julii Boyd.

Ów zamknięty w twardej oprawie, liczący grubo ponad 400 stron wolumin (posiadający skromną wkładkę z archiwalnymi materiałami fotograficznymi i reprodukcjami plakatów oraz ulotek reklamowych) to reportaż historyczny o tym, jak zmieniały się Niemcy po 1918 roku i jak dzień po dniu rodził się faszyzm. Pucz monachijski, Anschluss Austrii, noc kryształowa oraz wybuch II wojny światowej są zaledwie przykładowymi kontekstami przywoływanymi we wspomnieniach, ale także uwiecznionymi w niepublikowanych wcześniej zapiskach, listach i dziennikach obcokrajowców (dyplomatów, dziennikarzy, naukowców, przedsiębiorców, artystów, zwykłych turystów), obserwujących albo na własnej skórze doświadczających paradoksów, jakie niósł ze sobą nawet krótki pobyt w Trzeciej Rzeszy.

Sprawy służbowe bądź rodzinne, wakacyjne wypady, zwykła ciekawość – Boyd wskazuje na przeróżne powody motywujące zagranicznych wizytatorów do odwiedzenia ojczyzny Wagnera, zaznaczając przy tym, że niezależnie od poglądów politycznych większość turystów łączyło jedno: zachwyt naturalnym pięknem Niemiec. Malownicze pejzaże, czar średniowiecznych miasteczek (nie mówiąc już o zadbanych wioskach i czystych hotelach), serdeczność mieszkańców paradujących w ludowych strojach, tanie jedzenie oraz mnogość ogródków piwnych – wszechobecna bieda i kryzys, w jakim znajdowało się państwo po I wojnie światowej, nie zatarły uroku takich miast jak Monachium, Drezno, Frankfurt czy Hamburg, niezmiennie działających na przybyszów niczym magnes. Przybyszów mających już dawno wyrobione poglądy polityczne (zarówno oponenci, jak i sympatycy reżymu znajdowali potwierdzenie dla przyjętych przez siebie tez), ale także tych, dla których pobyt w Trzeciej Rzeszy stawał się przełomowym doświadczeniem – nie zawsze rozumianym in plus.

Brytyjska historyczka zwraca uwagę na sporą grupę obcokrajowców, którzy nie sympatyzowali z nazizmem, ale kochali i podziwiali Niemcy (szczególnie kulturowe i naukowe dziedzictwo kraju), uważając Hitlera i jego popleczników za zjawisko efemeryczne, po którym wszystko wróci na właściwe tory. Wśród turystów i zagranicznych rezydentów można było spotkać zarówno tych, którzy próbowali obnażyć prawdę o nazistowskiej rewolucji, jak i równie liczną grupę osób wychwalającą nowy porządek, dostrzegającą w Hitlerze wizjonera, natchnionego wodza i piewcę pokoju. Ale znaczna część obcokrajowców po prostu nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć.

„Wakacje w Trzeciej Rzeszy” to pasjonujący wielogłos, w którym poszczególne mikronarracje (czasem błahe, często poruszające i wstrząsające) pozostają ze sobą w zdumiewającej sprzeczności lub idealnie się dopełniają, rzucając nowe światło na codzienne paradoksy Trzeciej Rzeszy. O atrakcyjności owego wielogłosu przekonuje szerokie spektrum obcokrajowców. Boyd rekonstruuje perypetie brytyjskiego dyplomaty sir Horace’a Rumbolda i jego rodziny oraz analizuje decyzje liberalnego polityka i męża stanu Davida Lloyda George’a. Ukazuje literatów zafascynowanych osobą Hitlera i tym, co sobą reprezentuje (Henry Williamson, Wyndham Lewis, Knut Hamsun), jak i tych, którzy z biegiem czasu przeglądają na oczy (Thomas Wolfe). Zwraca uwagę na mocno podzielone środowisko ówczesnych historyków (reprezentowanych między innymi przez zagorzałego przeciwnika nazizmu Roberta Byrona i znajdującego się po drugiej strony barykady Arthura Bryanta). Przywołuje postaci dziennikarzy takich jak George Price Ward (berliński korespondent „Daily Mail”, który nawiązał bliskie stosunki z nazistami i zaskarbił sobie zaufanie Hitlera) czy Michael Burn (po latach wstrząśnięty swoją obojętnością, jaką wykazał w trakcie wizyty w obozie w Dachau). Badaczka podkreśla, że do 1937 roku wielu zagranicznych dziennikarzy podróżowało po kraju, aby przedstawić rzeczywisty obraz tego, co działo się w Trzeciej Rzeszy – niemniej ich doniesienia były cenzurowane, skracane bądź dyskredytowane.

Boyd zauważa, że szczególnie interesującą grupę stanowią studenci, i zastanawia się przy tym, dlaczego niemal do wybuchu II wojny światowej tylu amerykańskich i brytyjskich nastolatków wysyłano do Trzeciej Rzeszy. Autorka także w tym środowisko wynajduje jednostki starające się przestrzec rodzinę i przyjaciół przed widmem nazizmu, jednak głęboko zakorzeniony w społeczeństwie lęk przed kolejną wojną sprawiał, że często owe przestrogi nie trafiały na podatny grunt. Ów lęk przed powtórką z Wielkiej Wojny matrycował także (mocno życzeniowy i bezzasadnie optymistyczny) ogląd sytuacji przez byłych wojskowych. Refleksje piętnastoletniego skauta Bradforda Wassermana (Żyda z Richmond), wspomnienia dwóch brytyjskich nauczycielek Lucy Fairbank i Clarice Mountain oraz spostrzeżenia walijskiego belfra Rhysa Jonesa (autora zapisków z wakacji w Nadrenii A.D. 1937) pozwalają natomiast poznać punkt widzenia zwyczajnego turysty, o którego względy – przynajmniej do pewnego momentu – totalitarna Trzecia Rzesza zabiegała w sposób wręcz niebywały. Dlaczego?

Bo choć naziści mieli w pogardzie internacjonalizm, doskonale rozumieli znaczenie turystyki jako narzędzia propagandy. Wszechobecne narracje o krzywdzących postanowieniach traktatu wersalskiego, nieprawdopodobnych osiągnięciach faszystowskiej rewolucji, działaniu Hitlera na rzecz światowego pokoju czy zagrożeniach ze strony bolszewików i Żydów atakowały gości na każdym kroku. Często powściągliwe reakcje przybyszów na zjawisko antysemityzmu wynikało z przekonania, że niniejszy problem jest wewnętrzną sprawą kraju, nie mówiąc już o tym, że wielu turystów podzielało ów pogląd (w przypadku amerykańskich turystów reprezentujących kraj, na którym rasizm również odcisnął swoje piętno, aprobata bądź wstydliwe milczenie wydawały się do pewnego stopnia zrozumiałe).

Badaczka podkreśla przy tym, że wielu obcokrajowcom (także tym niesympatyzującym z reżymem) niejednokrotnie udzielały się emocje towarzyszące podniosłym, pełnym rozmachu wydarzeniom takim jak kolejne Kongresy NSDAP (1933-1938), festiwal wagnerowski w Bayreuth, misterium Męki Pańskiej w Oberammergau, dożynki na wzgórzu Bückeberg opodal Hameln, jawiące się jako „odurzające połączenie tradycji ludowej, współczesnej sztuki wojennej oraz fajerwerków i biesiady” (s. 141), jak również zorganizowane w 1936 roku zimowe i letnie igrzyska olimpijskie. „Bezprecedensowa inwazja zagranicznych turystów dała nazistom wymarzoną okazję, by zaistnieć przed światem. Ich niestrudzona propaganda miała na celu przekonanie każdego cudzoziemca, że nowe Niemcy to naród nie tylko zaradny i potężny, ale i tolerancyjny oraz ceniący sobie dobrą zabawę. Obrano strategię, która w dużej mierze okazała się skuteczna” (s. 213) – przekonuje Boyd, przywołując jednocześnie wspomnienia baseballisty Franka J. Lubina, który po olimpiadzie zabawił w Berlinie nieco dłużej (odkrywając zupełnie inne oblicze niemieckiego miasta) oraz pozbawione jednoznacznej oceny refleksje ciemnoskórego profesora Williama Edwarda Burghardta Du Bois, historyka, działacza na rzecz praw obywatelskich, germanofila i miłośnika muzyki Wagnera.

Mówiąc o propagandzie, badaczka zauważa, że u schyłku lat trzydziestych o wiele większy wpływ na zagranicznych gości miały ich rozmowy z miejscowymi, szczególnie zaś z przedstawicielami młodego pokolenia: idealistami dozgonnie oddanymi Trzeciej Rzeszy. Autorka zwraca też uwagę na otwartość przeciętnego niemieckiego obywatela, który zabiegał o aprobatę, zrozumienie i szacunek cudzoziemców. Jednak nawet te gesty sympatii nie zawsze były w stanie ukryć tego, co uważny turysta mógł odkryć za sprawą uważniejszego spojrzenia oraz kilku szczerych, a niewygodnych pytań. Pod warunkiem oczywiście, że chciał. Bo, jak konkluduje Boyd: „Rejsy po Renie, piwo w urokliwych ogródkach i widok rozśpiewanych, radosnych dzieci sprawiały, że ludzie zbyt łatwo zapominali o doniesieniach na temat tortur, zbrojeń i represji. Jeszcze pod koniec lat trzydziestych obcokrajowiec mógł spędzić kilka tygodni w Niemczech i co najwyżej złapać gumę. Istnieje jednak różnica pomiędzy »nie widzieć« a »nie wiedzieć«. Po nocy kryształowej 9 listopada 1938 roku żaden cudzoziemiec nie mógł powiedzieć, że »nie ma pojęcia«, co wyprawiają Niemcy” (s. 374-375).
Julia Boyd: „Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi”. Przeł. Moltzan-Małkowska. Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Warszawa 2019.