1 listopada 21 (381) / 2019

Zofia Ulańska,

DOROSŁE DZIECI (KAPITALIZMU) MAJĄ ŻAL? (MACIEK BIELAWSKI: 'DOKTOR BIANKO I INNE OPOWIADANIA')

A A A
Po dwóch latach autor „Twardych parapetów” powraca ze zbiorem opowiadań zatytułowanym „Doktor Bianko”. Po wstępnej lekturze można odnieść wrażenie, że Maciek Bielawski niczym nie zaskakuje: stosuje znaną z debiutanckiej powieści strategię narracyjną „kumpla z sąsiedztwa”, co może nasuwać skojarzenia z twórczością muzyczną będącego na szczycie popularności Dawida Podsiadły. Z bohaterami Bielawskiego łatwo się zidentyfikować – stoją w kolejce do kasy w sklepie, odbierają przesyłkę od listonosza, martwią się o zdrowie najbliższych. Podmiot liryczny piosenek Podsiadły, chociaż jego świat jest zupełnie inny, także nie wstydzi się obciachu, jakim może być przyznanie się do tego, że codzienność jest uwierająca i niewygodna w najdrobniejszych szczegółach. Na tym poziomie twórczość Bielawskiego może być atrakcyjna – ktoś swojski dosiada się w autobusie czy ławce w parku i zaczyna do nas gadać. Obciach pozostaje za drzwiami, na wycieraczce, po stronie „złego podglądacza”. Czytelnik jest podglądaczem dobrym, mile widzianym, który nie musi patrzeć przez wizjer, a nawet jeśli jego perspektywa jest w jakiś sposób ograniczona – nie będzie mu trudno „dobudować” w wyobraźni resztę świata przedstawionego.

Podobieństwo do twórczości Podsiadły kończy się jednak na poziomie emocjonalnego oddziaływania, zaś przesłanie zbioru nie jest wtórne względem „Twardych Parapetów”; jest raczej kontynuacją podjętej myśli. Pod względem warsztatu opowiadania Bielawskiego nie pretendują do literackiego mainstreamu. Nawet gdy sięga po chwyty uatrakcyjniające opowiadanie (kompozycja szkatułkowa, retrospekcja, wprowadzenie elementów myślenia magicznego i wrażenia obcowania z tajemnicą), „niecierpliwie” skraca lub upraszcza fabułę, wzorem anegdociarza rezygnuje z kontynuacji jednego wątku, wybierając inny, tym samym pozostawiając pewien niedosyt. Wymienione niedociągnięcia sprawiają wrażenie celowych: autor chce podkreślić, że nie o „poprawność formalną” tutaj chodzi, raczej o klimat i język wspólnoty doświadczeń, o aurę, którą przywołują opowiadania. Ta aura to nic innego niż tęsknota… no właśnie, za czym? Za PRL-em już chyba nie, skoro mówimy o osobach, spośród których znaczna część już tej epoki nie pamięta. To tęsknota za wspólnotą ludzi podobnych pod względem potrzeb i warunków życia. Świat bohaterów Bielawskiego jest światem zamkniętym, ograniczonym do bloku lub osiedla. Nawet podróże postaci odbywają do świata, który już znają, lub są w stanie szybko go sobie wyobrazić i zrozumieć. Nietrudno zauważyć, że jest to idealistycznie lewicowa wizja społeczeństwa z domieszką sentymentu do polskiej tradycji (dla Doktora i innych postaci ważna jest wielopokoleniowa rodzina, obchodzenie Świąt).

Czy to próba snucia opowieści o „każdym z nas”, Polaków? Niekoniecznie. Bielawski kontynuuje tu opowieść o skutkach transformacji, oddając głos tym osobom, które na niej nie zyskały, w ich życiu niewiele się zmieniło lub zmiana okazała się powierzchowna. To przez pryzmat ich „sąsiedzkiej gawędy” poznajemy osoby o wyższym statusie materialnym; narracja personalna pozwala tu autorowi na delikatną, ale wyraźną ironię. Maciek, narrator „Twardych parapetów”, był uczniem szkoły podstawowej w czasach transformacji. Naiwny i zdezorientowany, usiłował zrozumieć zmieniającą się rzeczywistość, której najsmutniejszą konsekwencją była separacja i rozwód rodziców. Bohaterowie „Doktora Bianki”, oprócz problemu kluczowego dla danego opowiadania, bezradnie usiłują się odnaleźć wśród ofert i ulotek, obserwują sąsiadów w sklepie, usiłują sprostać nowym standardom życiowym: wymienić stary telewizor na plazmowy, zabrać rodzinę na wakacje, kupić „trafione” – bo nowoczesne – prezenty gwiazdkowe. Prezenty bywają też wyrazem małżeńskiej czułości, co jednak dość szybko zmienia się w nowy rodzaj rutyny („Karteczki”).

Tylko w powierzchownej warstwie współcześni Polacy z „Doktora Bianki” różnią się od Maćka – poprzez wiek, płeć czy sytuację rodzinną. Na poziomie metaforycznym wszyscy oni pozostają „dziećmi kapitalizmu”, których zawiedli niedookreśleni rodzice. Tym samym Bielawski poprzez swoją twórczość udowadnia, że zarówno o okresie transformacji, jak i o realiach współczesnej Polski można opowiedzieć politycznie bez używania pojęć związanych z polityką, gospodarką czy socjologią, co wydaje się największą zaletą jego twórczości (o czym pisałam w recenzji „Twardych parapetów”).

Rzeczywistość, w której poruszają się postaci wykreowane przez Bielawskiego, zwykle ogranicza się do relacji rodzinnych lub „osiedlowych” (rozumiejąc przez to przyjacielskie stosunki z osobami wiodącymi podobny tryb życia). Mimo że narracja prowadzona jest pierwszo- lub trzecioosobowo, z perspektywy kobiet i mężczyzn w różnym wieku, dość szybko zostaje ujawniona rola społeczna pełniona przez daną osobę (jest bowiem zwykle obserwowana przez kogoś innego): tatuś, mamusia, córka, synek, żona (lub wdowa), kolega z pracy, koleżanka ze szkoły, sąsiadka itd. To przez te role – miejsca „w systemie”, który zarysowuje się w plotkarskich opowieściach, definiowana jest tożsamość bohaterów.

Rodzina u Bielawskiego to jednak nie tylko „jednostka społeczna”, ale też punkt odniesienia determinujący późniejszą interpretację wyborów życiowych. Tak się dzieje z tytułowym Doktorem Bianko, który niewielką zmianą w kierunku kariery poważnie zawiódł rodziców i najbliższe otoczenie. Motyw sprawienia komuś zawodu powraca, na przykład, w opowiadaniu „Wrona”, w którym dorosła kobieta nie może wybaczyć szkolnej przyjaciółce pracy w charakterze hostessy. Od strony psychologicznej autor pokazuje, co się dzieje, kiedy człowiek próbuje wymknąć się „przeznaczeniu” wyznaczanemu przez społeczne zrozumienie i akceptację. Nie jest jednak powiedziane, że Bielawski stoi po stronie niepokornych. Można odnieść wrażenie, że wręcz przeciwnie, nie jest zwolennikiem awansu społecznego (lub tego, co dany człowiek uznaje za awans, co mu imponuje itd.).

W tym zdawałoby się spójnym programowo i językowo zbiorze znalazły się opowiadania, które zaskakują przez odmienność w rozłożeniu akcentów. Tak jakby zbiór był dla autora okazją do ćwiczeń stylistycznych, przy czym widać tu zróżnicowanie między opowiadaniami, gdzie na plan pierwszy wysuwa się temat („On też zaczynał od skromnego domku”, „Własna przestrzeń”, „Już zawsze będę was kochał”), a tymi, gdzie ważniejsze okazuje się dopracowanie strony literackiej, co przekłada się także na ładunek emocjonalny. Za najciekawsze próby literackie w obrębie zbioru uważam „Głosy” i „Nie ma takiego numeru”, w których do pozornie uporządkowanej rzeczywistości wkrada się element niesamowitości i złośliwości sił wyższych. Trzecią kategorią opowiadań są te, w których dominuje absurd („Niedziela z tatusiem”).

Największym zaskoczeniem okazuje się ostatnie opowiadanie, „Koziołek”. Apokaliptyczna wizja wojska wkraczającego do współczesnego polskiego miasta pozwala spojrzeć na zbiór z innej perspektywy. Wykpiona wcześniej „nowomieszczańska” stabilizacja i rutynowa codzienność zostaje doceniona w obliczu zagrożenia. Portretowana na kartach wcześniejszych opowiadań rodzina, w której relacje polegają na spełnianiu oczekiwań w ramach ról społecznych, okazuje się najważniejszą życiową wartością. Od strony literackiej mocny akcent spaja tom, w którym już wcześniej do spokojnego, uporządkowanego świata wkradał się rodzaj smutku i niepokoju. Zakończenie skłania też do refleksji innego rodzaju: jak głębokie są tak naprawdę portrety ludzi z sąsiedztwa? Czy język opowiadań to tylko sposób na przyciągnięcie czytelników, a może przejmująca konkluzja: w życiu przeciętnego człowieka nie może się przydarzyć nic, czego nie da się zawrzeć w rodzinnej pogawędce? A może autor, sygnalizując obecność „czegoś poza” zamkniętą rzeczywistością, chce stopniowo wyprowadzać swoje opowiadania z osiedla (co robi na razie trochę nieudolnie przez wspomnianą skrótowość)?

„Koziołek” pozostawia czytelników z zagadką także od strony światopoglądowej: skłania do zastanowienia się, czy ironia nie służyła wcześniej narratorom do pochwały tradycjonalizmu, zaś kontestowanie kapitalistycznej rzeczywistości nie było sposobem na radzenie sobie słabszych, wrażliwych jednostek z tym, co nieuchronne i konieczne. Być może autor udzieli odpowiedzi na te pytania w kolejnych próbach literackich.
Maciek Bielawski: „Doktor Bianko i inne opowiadania”. Wydawnictwo Książkowe Klimaty. Wrocław 2019.