1 listopada 21 (381) / 2019

Sabina Strózik,

NIEOBCY JĘZYK OBCY (GASTON DORREN: 'BABEL. W DWADZIEŚCIA JĘZYKÓW DOOKOŁA ŚWIATA')

A A A
Wydaje się, że czytanie o języku może być interesujące jedynie dla garstki pasjonatów i językoznawców. Językiem się mówi, wykorzystuje się go po to, aby rozmawiać czy pisać o rzeczach ciekawszych niż on sam. Czy można więc skonstruować pasjonującą książkę, w której bohaterowie odmieniają się przez przypadki, mają znaki diakrytyczne i tony? Gaston Darren, lingwista, udowadnia, że tak, to jak najbardziej możliwe i on właśnie tego dokonał.

Językowy konkurs piękności

Dwudziestka omawianych w tomie języków jest ustawiona jakby na podium – zaczynamy od wietnamskiego (na ostatnim schodku, z numerem 20) o najmniejszym zasięgu, aż do języka o zasięgu globalnym, zwycięzcy zestawienia, giganta na glinianych nogach – angielskiego. Jego uprzywilejowana pozycja, jak wyjaśnia Dorren, stanie się też niedługo przyczyną jego klęski. Nie da się bowiem utrzymać tej hegemonii na zawsze, „czystość” angielskiego już trzęsie się w posadach, o czym wie każdy, kto oglądał np. chińską wersję tego języka, wygenerowaną przez rozliczne poślednie translatory, produkujące lingwistyczne koszmarki i wprawiające w konsternację każdego nieszczęśliwca, który nad menu biedzi się, cóż to za danie kryje się pod enigmatyczną nazwą „German type sexual harassment” (przykład z życia wzięty). Przyszłość języka angielskiego, współczesnej lingua franca, zależy od jego nierodzimych użytkowników, a ci przywłaszczają go sobie i zmieniają – trzeba się więc liczyć z tym, że niedługo języków angielskich będzie kilka, każdy z lokalnym kolorytem. Chwilowo jednak nadal palma pierwszeństwa należy się jemu, choć mandaryński depcze mu po piętach (coraz więcej troskliwych rodziców szuka nauczycieli chińskiego dla swoich pociech).

Językowi wszystkożercy

Wygodnie nam z myślą, że jeśli znamy angielski, możemy porozumieć się w wielu miejscach. To dobrodziejstwo powszechności, ale Dorren zwraca uwagę na ciemną stronę tej unifikacji. Już we wstępie zauważa, że „Babel” jest „książką słodko-gorzką – dwadzieścia sportretowanych w niej języków budzi jednocześnie zachwyt i grozę” (s. 10). Zachwyt – jasne, ale skąd groza? Językowy uniwersalizm oczywiście pomaga. Znajomość czterech z dwudziestu opisanych języków umożliwia porozumiewanie się z połową świata bez konieczności szukania tłumacza (zob. s. 9), ale w tej powszechności kryje się cień wymierających języków, wypieranych przez giganty. Z wielkiej lingwistycznej różnorodności wyłaniają się hegemoni, którzy nie dają najmniejszych szans mniejszym. Rozumiem, że badacz sięga po języki większości czytelników lub też te, których czytelnicy chcieliby się nauczyć. (Jakie idee przyświecają nam, kiedy sięgamy po rozmówki polsko – … [niech każdy czytelnik wstawi tu sobie dowolny język, na naukę którego kiedyś się porwał] lub poświęcamy popołudnia na kurs językowy? Garstka zapaleńców języków „niszowych” ginie w morzu uczniów angielskiego, chińskiego, niemieckiego). To zresztą już kolejna przeglądowa książka Dorrena. Wcześniejsza, „Lingo”, skupia się na językach europejskich, w tym na polskim. Miejmy nadzieję, że powstanie i pozycja, która za cel postawi sobie ocalanie od zapomnienia języków, którymi mówi coraz mniej ludzi.

Na językach

Dorren podejmuje się zadania niezwykle trudnego i muszę przyznać, że w powodzenie zamysłu nie wierzyłam – leksykon języków, które łączy jedynie stopień powszechności (choć oczywiście między wietnamskim a współczesną lingua franca jest przepaść ogromna: odpowiednio 85 milionów i 1,5 miliarda użytkowników)? To, wydawało mi się przed lekturą, za mało, by taka przedziwna zbiorówka miała sens. Myślałam, że atlas językowych faworytów, jakkolwiek napisany ze swadą i lekko, nie wnosi niczego do studiów nad językiem jako takim. Że w katalogowaniu nie ma namysłu uniwersalistycznego, że w erze powszechności internetowych translatorów, które nie rozpoznają świętości tekstu literackiego, nie zadrżą przed zakamuflowaną ironią, nie zawahają się nad przełożeniem słownego żartu czy przyjmą patriarchalnie, że płeć jest zazwyczaj męska, nie tak trzeba pisać o języku. Moje obiekcje okazały się zupełnie bezpodstawne. Teraz to właśnie w takim pisaniu widzę szansę na zwiększenie świadomości, jak bardzo skomplikowany i różnorodny jest język i językowy obraz świata każdego z nas. Dorren uwrażliwia i edukuje. Formuła, którą sobie obrał, sprawdza się w każdym calu.

Wielkie słowa uznania należą się także tłumaczce – wyobrażam sobie, że przekład książki o języku, o 20 językach jest wyzwaniem szalenie trudnym. Zapośredniczeń, odwołań pojawia się tu tyle, że nawet przy wielu konsultacjach merytorycznych tłumaczenie musiało być nad wyraz problematyczne. Tym bardziej, że autor napisał „Babel” po angielsku – a nie w swoim ojczystym niderlandzkim – i wielokrotnie odwołuje się do angielskiego jako do języka sobie obcego (choć jego biegłość świadczy o tym, że jest z nim dobrze zaznajomiony). Stopień skomplikowania okazuje się więc ogromny, a pomimo to Anna Sak sprostała zadaniu w sposób godny pozazdroszczeniu.

B(l)abel

Książka podzielona jest na 20 rozdziałów, każdy o objętości kilkunastu stron, poprzedzony krótką charakterystyką (rodzina, liczba użytkowników, pismo, gramatyka, brzmienie) i traktujący o jednym języku (wyjątek stanowi japoński, który pojawia się w tomie dwa razy).

Rozdziały – choć prawie równe objętościowo – nie są jednak równie interesujące. Choć każdy rozdział jako hasło wywoławcze ma konkretny język, to można uznać, że książka w wielu partiach została ułożona problemowo. Tak więc rozdział o wietnamskim skupia się oczywiście na jego zawiłościach gramatycznych i tonalnych, ale jest też opowieścią o trudach Dorrena, który postanawia się go nauczyć. Świetnie to pomyślany zabieg, bo autor – badacz i poliglota, natychmiast wydaje nam się bliższy, kiedy potyka się o kolejne językowe zawiłości, aż w końcu poddaje się po miesiącach nauki i kilku faux pas („A kiedy jakiś czas później pozdrawiam (…) naszą panią sprzątającą, po wietnamsku, jej reakcją jest irytacja, nie zaś przyjemne zaskoczenie. Zgaduję, że wybrany przeze mnie zaimek sugerował, iż jest młodsza niż w rzeczywistości – a ma sześćdziesiąt lat – czego w wietnamskiej kulturze nie uważa się za komplement” [s. 24]).

Świetny jest także rozdział o języku koreańskim, rozjaśniający to, czego od dawna nie potrafiłam zrozumieć – wszechobecne wyrazy dźwiękonaśladowcze, które w koreańskim potrafią naśladować nie tylko dźwięk, ale i kształt, dotyk czy doznania psychiczne. Ideofony są czymś dla wielbicieli językowych zagadek fascynującym, ale trudnym do wyobrażenia, jeśli nie ma się ich w swoim ojczystym języku. Dorren spokojnie i systematycznie, odwołując się do wielu przykładów, pokazuje, jak funkcjonują w języku, bo stanowią rzeczywiście jego nieodłączną część.

Bardzo ciekawy jest rozdział o języku japońskim, gdzie badacz skupia się przede wszystkim na podziale na język mężczyzn i kobiet. Wbrew pozorom rozłam na te dwa genderlecty ma się świetnie i dziewczynki nadal zachęca się do mówienia w przypisanym sobie stylu: „Język kobiecy (…) nie jest opcjonalny i rodzice oraz nauczyciele dokładają starań, aby dziewczynki trzymały się jego zasad. (…) Indywidualne wybory kobiet ograniczają się do podporządkowania odmianie właściwej ze względu na płeć albo narażenia się na dezaprobatę społeczną” (s. 149). Przy pisaniu o tym zdeterminowanym płciowo słowniku, pisarz porusza także krótko kwestię feminatywów – od lat dyskutowanych także w Polsce. Japońska korelacja języka i płci szokuje, ale przy polskich żeńskich formach nie jesteśmy już tak kategoryczni. Dlaczego? Czy to nie przejaw takiego samego postrzegania języka? Aby zakończyć tę niebezpiecznie bliską nam refleksję, przytoczę za Dorrenem fragment podręcznika dla dziewczynek pochodzącego z 1893 roku: „Odrazę budzi widok kobiety wysławiającej się mądrze i ze znawstwem” (s. 157).

Rozdział o języku niemieckim okazuje się de facto rozdziałem także o tym, co decyduje o tym, że jakiś język jest trudny i czy to w ogóle mierzalne, a część o francuskim traktuje o puryzmie językowym i uświadamia, że język może być dobrem luksusowym, snobistycznym atrybutem. Rosyjski znów pokazano w kontekście angielskiego i niemieckiego – autor opisuje tę triadę, wyszukując różnice i podobieństwa, ale główny bohater tekstu trochę się gubi. Szkoda, zważywszy, że dwa pozostałe człony trójkąta mają w książce poświęcone sobie części. Rozdział o portugalskim to interesująca refleksja nad kolonializmem obejmującym wszak nie tylko ziemię, ale i mowę.

Byłam bardzo ciekawa rozdziału o języku arabskim – i to moje największe rozczarowanie. Trzy czwarte rozdziału zajmuje „podręczny słowniczek »naszego« arabskiego” (s. 304), który jest po prostu alfabetycznym spisem wybranych przez autora arabskich słów z objaśnieniami.

Nie rozumiem także wprowadzonego w dwóch rozdziałach interlokutora. Pojawia się po raz pierwszy w rozdziale o perskim i ma na celu chyba pozorowanie familiarnego tonu rozmowy, ale ten zabieg się nie sprawdza. Wytrąca z lektury i muszę przyznać, że kartkowałam książkę w poszukiwaniu wzmianki o zaproszonym do wywiadu gościu. Kiedy kolejny raz wymyślony rozmówca pojawił się w rozdziale o angielskim, nie byłam już zdziwiona, ale nadal nie uznałam tego za niezbędne. Rozumiem, że zaprojektowany rozmówca zadaje dokładnie te pytania, na które Dorren chce odpowiedzieć, ale autor nie potrzebowałby takich wybiegów, by przekazać to, o co mu chodzi w danym fragmencie. Sfabrykowana dysputa z pozorowanymi wyzwaniami nie brzmi (bo z założenia nie może) autentycznie.

Wiele rozdziałów skupia się w znacznym stopniu na kwestiach historycznych i politycznych, w których sama struktura języka się gubi, ale oczywiście kontekst kulturowy jest równie ważny dla zrozumienia zarówno języka, jak i jego użytkowników.

Pisanie o językach to dla Dorrena pretekst do pisania o języku. Zapisany alfabetem czy znakami, przychylny zapożyczeniom, szowinistyczny, o utrwalonym szyku… Każdy jest wyrazicielem nas, posługujących się nim. Tylko czy to rzeczywiście my się nim posługujemy? Czy może, stawiając sprawę przewrotnie i kategorycznie – to on się nami wysługuje? Dorren na samym początku książki umieszcza cytat z „Hindi Nationalism”, którego początek brzmi: „Język to tak intymna rzecz – władamy nim w takim samym stopniu, w jakim on włada nami” (s. 4). Przez następne 400 stron autor „Babel” utwierdza nas w przekonaniu, że tak właśnie jest.
Gaston Dorren: „Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata”. Przeł. Anna Sak. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2019.