1 listopada 21 (381) / 2019

Jacek Molencki,

NIC ŚMIESZNEGO! (JOKER)

A A A
Być może to trochę kliszowe z mojej strony, że na początku tego artykułu wykorzystałem tytuł znanej polskiej komedii o Adasiu Miauczyńskim (jak i hasło z plakatu „Króla komedii”), ale już siedząc w kinie na seansie „Jokera”, czułem, iż tytuł ten znakomicie podsumowuje najnowszą produkcję wytwórni Warner Brothers. Z jednej strony na usta cisną się rozmaite słowa nawiązujące do owego gatunku: „joker” (z ang. żartowniś); „clown”; „wesołek” (tak „pieszczotliwie” w filmie nazywa głównego bohatera jego matka). Z drugiej strony bezbłędnie czujemy sarkazm w tych określeniach. Nawet hasło na jednym z plakatów głoszące „Put on a happy face” budzi konotacje z maskami, z udawaniem – bądźmy weseli przed innymi, nawet jeśli jest nam smutno, bo tego oczekuje społeczeństwo.

„Joker” to produkcja wyjątkowa na tle innych filmów na podstawie DC Comics. Komiksowe filmy raczej pochodzą z obrzeża kina popcornowego. W przypadku „Jokera” zaś ośmielę się stwierdzić, że każdy, kto choć przez chwilę zainteresował się materiałami promocyjnymi, spodziewał się drastycznie innego filmu niż „Shazam!” czy „Spider-Man: Daleko od domu” – poważnego, przygnębiającego. I taki film otrzymał! „Joker” to przejmujący ludzki dramat, zanurzony w realizmie. Właściwie można by rzec (oceniając także stylistykę opowiadanej historii), że to prawie dramat biograficzny, gdyby nie to, iż postać Jokera jest całkowicie fikcyjna.

Akcja filmu usytuowana zostaje w Gotham City (oryginalnie wymodelowanym na wzór Chicago i Nowego Jorku) w roku 1981, tło wydarzeń stanowią rosnące napięcia społeczne, np. brak pracy, wzmożona przestępczość i strajk spółek odpowiedzialnych za wywóz śmieci. Śledzimy historię Arthura Flecka (Joaquin Phoenix), ubogiego singla, który mieszka ze swoją częściowo zniedołężniałą matką. Nie układa się mu w życiu, w pracy, nie ma żadnych przyjaciół ani miłości na horyzoncie. Jest za to uwięziony z osobą, którą musi się opiekować, ale z którą nie może mieć nawet ciekawej konwersacji. Tragedię podsyca historia chorób psychicznych u protagonisty, m.in. uraz głowy, którego konsekwencją są niekontrolowane napady śmiechu w chwilach, gdy coś wywoła u niego skrajne emocje (radość, rozpacz, strach, złość, stres). Arthur pozostaje pod okiem psychologa, lecz jego przypadłość sprawia, że ludzie z bliskiego mu otoczenia, ale także obcy, tym łatwiej znajdują sposoby, by się na nim wyżywać. Jedyne światło w życiu bohatera stanowi jego zamiłowanie do komedii, a jego wielkim marzeniem, dającym mu nadzieję do życia, jest zostać sławnym komikiem (stand-upowcem). Któregoś dnia jednak w życiu tego niewyjątkowego człowieka pojawiają się nowe możliwości (atrakcyjna dziewczyna z sąsiedztwa, wieści o jego ojcu oraz szansa na występ na scenie lokalnego klubu), leki psychotropowe zostają odstawione, a i w ręce wpada mu naładowany pistolet. W jakim kierunku potoczy się życie Arthura Flecka? Czy będzie wreszcie szczęśliwy, a może ludzka wytrzymałość osiągnie limit?

Tu należałoby zakończyć synopsis, gdyż trudno byłoby mówić dalej bez „spojlowania” filmu. W poniższych rozważaniach natomiast zamierzam zdradzić kilka wątków, więc wydaje się, że uczciwie byłoby to teraz zakomunikować. Dodatkowo nie chciałbym w tym artykule poświęcać miejsca na tradycyjną recenzję filmową i opisywać, jak wypada strona muzyczna (bo jest znakomicie dobrana i skomponowana) lub czy wizualnie dzieło „daje radę” (a daje). Ciekawsza wydaje mi się pewna rozprawa filmoznawcza nad miejscem „Jokera” w szerszym uniwersum DC, wpływem performance’u Phoenixa na poczet Jokerów w kulturze oraz sensem bytu tego filmu w ogóle.

Oczywiście postawione na końcu opisu fabuły pytanie jest retoryczne. Wierzę, że prawie każdy, idąc na seans „Jokera”, spodziewał się drastycznego, lecz w wypaczony sposób satysfakcjonującego finału, przywołującego nurt klasycznego kina gangsterskiego, gdzie kibicujemy bandycie, choć wiemy, że łamie prawo, bo rozumiemy jego frustrację i szukamy ujścia dla naszych antyestablishmentowych łaknień. Jest jednak jeszcze jeden ku temu powód – większość ludzi (choćby nie pasjonowały ich opowieści komiksowe) wie cokolwiek na temat Jokera. Sądzę, że to jedna z najbardziej rozpoznawalnych ikon kultury popularnej, a opozycja Batman-Joker jest aktualnie chyba bardziej znajoma niż klasyczne kulturowe rywalizacje, jak Dracula kontra Van Helsing czy Sherlock Holmes versus Moriarty. Popularność Jokera sięga tak głęboko, iż ma nawet swą mroczną stronę, np. wpływ kreacji Heatha Ledgera po sukcesie „Mrocznego Rycerza” na liczne zabójstwa na całym świecie.

Skoro już mowa o kreacjach roli Jokera, to trzeba powiedzieć nieco o wysiłkach Joaquina Phoenixa. Co można było dostrzec w ciągu ostatniej dekady, kiedy mieliśmy kilku nowych aktorów w rolach rozmaitych wersji Jokera, każdy wyciek informacji na temat pojawienia się tego czarnego charakteru w jakiejś produkcji pobudza społeczność fanów do dyskusji. Nie mniejszym zainteresowaniem cieszą się też zwykle aktorzy, mający mierzyć się z niełatwym zadaniem odegrania komiksowego złoczyńcy. W medium seriali/filmów animowanych oraz gier wideo Jokerzy zmieniają się jak skarpetki, szczególnie od czasu, gdy Mark Hamill – bezsprzecznie najbardziej kształtujący popkulturowy wizerunek Jokera aktor – usiadł na tylne siedzenie i pozwolił nowym talentom spróbować sił w tej roli. Jedni starali się go wiernie naśladować, podczas gdy inni szli w zupełnie odmiennym kierunku i nadawali własnego „twistu” antagoniście (z różnym skutkiem). Nie tak dawno zawrzało wśród fanów serialu „Gotham”, gdy ujawnił się Joker z tegoż uniwersum. Heath Ledger doprowadził fanów do euforii własną wersją postaci w „Mrocznym Rycerzu”, a z kolei Jared Leto wywołał falę niezadowolenia swoją interpretacją w filmie „Legion samobójców”, tym bardziej, że pojawiają się głosy, iż nie będzie to jedyny jego występ. Nasuwa się nam następujący wniosek: choć Błazeński Książę Zbrodni ma wiele oblicz w kulturze, to nie każdy posiada odpowiednie kompetencje, by wejść w jego rolę. Istnieje jakiś zestaw cech, które decydują o powodzeniu lub porażce aktora jako Jokera. A fani wprost uwielbiają zestawiać ich ze sobą – rankingi na „najlepszego Jokera” dominują w internecie. Jest ich więcej niż tych pt. „Jaki jest najlepszy odcinek „Star Treka”?” albo „Który aktor był najciekawszą inkarnacją Doktora w serialu »Doktor Who«?” (tym bardziej, że doliczyć trzeba też wciąż pamiętaną kreację Jacka Nicholsona z filmu „Batman” oraz Jokera w wykonaniu Cesara Romero z serialu z lat 60.).

Przed Phoenixem stało więc skomplikowane zadanie. Poprzeczka postawiona wysoko, oczekiwania duże… nie zdziwiłbym się ani trochę, gdyby nawet wiele osób liczyło na to, iż tytułowy Joker przebije chaotycznego terrorystę z filmu Nolana. I o ile konsensus docierający do nas z internetu wskazuje, że „Mroczny Rycerz” pozostaje bardziej lubianym filmem zarówno wśród widzów, jak i krytyków, a Joker Ledgera prędko wieńca laurowego nie odda, o tyle nie można odmówić Phoenixowi wiarygodności. Osobiście uważam, że znakomicie odegrał swój materiał i – tak jak być powinno – okazał się prawdziwą gwiazdą „Jokera”, stworzony przez niego wizerunek wypadł przekonująco i hipnotycznie, a co najważniejsze adekwatnie do proponowanej wersji komiksowego złoczyńcy z lat poprzedzających jego spotkanie z Batmanem. Widzowie wyraźnie mogą odczuć dramat Arthura Flecka i zrozumieć jego tęsknoty, cierpienia. Phoenix, jak i wielu odtwórców roli Jokera przed nim, nadaje swój specyficzny posmak tej roli. Jego Joker jest bardziej tragiczny, mniej psychopatyczny – zbrodniczy charakter zostaje zastąpiony przez męczennictwo. Ta wersja to nie szaleniec, zabijający w ramach chorej zabawy, ale ktoś, kto został zmuszony do pociągnięcia za spust broni przez środowisko, w jakim żyje. Śmiech przez łzy.

Zaznaczyć jednak trzeba, że to tylko to i nic więcej – wersja! Kolejna, można by dodać. W filmowym zachwycie nie wolno nam zapomnieć, że „Joker” jest pewną propozycją na origin story dla tej postaci, w żadnym przypadku definitywną tudzież najbardziej zbliżoną do przyjętego kanonu (wśród faworyzowanych przez fanów znajduje się ta Alana Moore’a z komiksu oraz filmu „Zabójczy żart”, która ma pewne styczności z filmem Todda Phillipsa). Kreacja Phoenixa, choć niewątpliwie wspaniała, nie do powstydzenia się, godna, by stanąć obok ujęć Ledgera, Nicholsona oraz Hamilla, ma pewne wyraźne problemy, ale spadają już one raczej na barki reżysera niż aktora.

Todd Phillips, reżyser „Jokera”, ale i współtwórca scenariusza, zdecydował się na kilka zabiegów, niekoniecznie słusznych, przy tworzeniu postaci Arthura Flecka. Pierwszym, najbardziej oczywistym, jest problem czysto techniczny – Arthur w filmie ma 35 lat. Nie mogąc sobie jednak odpuścić okazji nakręcenia ikonicznej sceny morderstwa rodziców Bruca Wayne’a w alejce znajdującej się za kinem, reżyser umieszcza w filmie historię powstania także Batmana. Młody Bruce jest świadkiem tej zbrodni, mając około 8 lat; zanim zdąży na dobre przywdziać strój nietoperza, minie ich jeszcze kilkanaście, a więc, jak łatwo policzyć, gdy Batman będzie w kwiecie wieku, Joker zbliżać się będzie do siedemdziesiątki. Pomimo iż to błąd jawnie rzucający się w oczy, to w mojej opinii drobiazg, który ustępuje miejsca dużo poważniejszym błędom merytorycznym…

Jednym z nich jest u Arthura Flecka brak ekshibicji jakichkolwiek cech, z których znamy Jokera w tekstach kultury. Przykładowo, w wielu dziełach pojawia się silna sugestia, że Joker – pomimo bycia stałym rezydentem zakładu dla obłąkanych Arkham – w rzeczywistości wcale nie jest szaleńcem, a przebiegłym i okrutnym człowiekiem, popełniającym zbrodnie z chęci zwrócenia na siebie uwagi. Udaje on jedynie chorego psychicznie, by uniknąć kary śmierci. Jednym z argumentów, które za tą tezą przemawiają, jest fakt, że żaden psychiatra nigdy nie potrafił jednoznacznie zdiagnozować u niego konkretnej przypadłości, a każdy, kto go badał, dochodził do zupełnie innych konkluzji, co sugeruje, że Joker jako osobnik wysoce inteligentny i wyrachowany wodzi lekarzy za nos. Innymi słowy personifikuje on w komiksach siłę czystego chaosu i zła (Stephen King byłby zapewne zaintrygowany). Bohater filmu Phillipsa stanowi zaś odwrotność znanego wizerunku Jokera. Nie tylko nie można powiedzieć, iż jest złym człowiekiem, ale większość jego nieszczęść zdaje się w jakiś sposób być związana z jego problemami mentalnymi. Na dodatek nie grzeszy on rozumem.

Kolejnym problemem, z pewnej perspektywy sporym, wydaje się smutny fakt, że pragnieniem Arthura jest zostanie komikiem, rozbawianie ludzi uważa za swoje życiowe powołanie, a jednak okazuje się on całkowicie pozbawiony poczucia humoru. Dziś powiedzielibyśmy, że jego dowcipy są „suche”, a on sam nie ma charyzmy komika, jedyne zabawne gagi wychodzą mu nieświadomie. Postać Jokera jest z kolei „zabójczo” śmieszna. Ktoś zauważyć mógłby, że w wymienianym już „Zabójczym żarcie” Moore’a sytuacja rysowała się podobnie, ale tam nie mieliśmy głębokiego wglądu w poziom humoru postaci, dostaliśmy tylko informację o jego scenicznych niepowodzeniach, a to nie do końca to samo. Natomiast w większości przypadków współczesny Joker wykazuje się perfekcyjnym wyczuciem czarnego humoru. „Dowcipy” tego antagonisty są makabryczne, a mimo to rzeczywiście (na pewnym poziomie) zabawne. Trik ze znikającym ołówkiem z „Mrocznego Rycerza” – by wymienić choć jeden przykład – to scena pamiętana i często przytaczana, tak samo niepokojąca, jak i rozrywkowa.

Zrównoważenie tej opozycji straszne-śmieszne w połączeniu z przekonującym aktorstwem to clou roli Jokera i element, który tak fascynuje i przyciąga uwagę widzów. Protagonista filmu „Joker”, mimo błyskotliwej interpretacji aktorskiej, zdaje się jednak przypadkiem beznadziejnym, jeśli idzie o humor, a i z makabrycznością nie wszystko jest na miejscu…

To przypomina mi, że choć na seansie czułem zadowolenie, to wyszedłem z kina nienasycony. Kulminacyjna scena filmu dziejąca się w studiu telewizyjnym programu Murray’a Franklina (Robert De Niro) nieco mnie rozczarowała. Nie to, że mi się nie podobała. Mówiąc całkowicie kolokwialnie: liczyłem na to, że Arthur „odwali” coś większego. Franklin zostaje zastrzelony przez głównego bohatera na wizji, ale to, jak na film o początkach postaci Jokera, trochę mało. Niby później w całym mieście rozpętują się zamieszki, ale to już bardziej działanie wściekłego tłumu, dla którego przemowa Flecka i strzał w studiu działały jak zapalnik.

Wewnętrznie czuję się rozdarty, pisząc to. Z jednej strony widzę i doceniam, iż film pozostał w ten sposób wierny samemu sobie, lojalny konwencji, jaką przyjął. Wszakże jest ona realistyczna i Arthur Fleck nie miał do swojej dyspozycji ani środków, ani możliwości, aby przyszykować taką zemstę, o jakiej niektórzy widzowie pewnie marzyli. Gdyby Todd Phillips coś takiego wprowadził, to naciągnąłby mocno zasady własnego dzieła i ucierpiałaby na tym jego autentyczność. Z drugiej strony znowuż nie można uniknąć wrażenia, że to trochę „słabe”. „Przecież to miał być Joker!” – mógłbym powiedzieć. Spodziewałem się, że studio pójdzie z dymem, że protagonista na widowni urządzi krwawą łaźnię, że w jego głowie urodzi się jakiś wypaczony, morderczy żart, od którego wszystkich wreszcie zatka. Zaiste rozterka. I tak źle, i tak niedobrze.

Żeby nadać odrobinę substancji moim rozważaniom, posłużę się przykładem znanego filmu, którego struktura – jak mi się wydaje – bardzo przypomina „Jokera”. Myślę o dziele Briana De Palmy „Carrie” z 1976 roku. Analogicznie w obrazie De Palmy śledzimy nastoletnią bohaterkę, która szykanowana jest przez inne osoby ze swojej szkoły, a na dodatek w domu przeżywa piekło z obłąkaną matką. Żal nam dziewczyny, która wydaje się bardzo sympatyczna, ale łatwo pada ofiarą znajomych z klasy, bo brak jej asertywności. Założenie jest zatem podobne do „Jokera”, ale to nie wszystko. Gdy tylko otrzymujemy wskazówki, że protagonistka może być obdarzona zdolnościami parapsychicznymi, automatycznie czujemy, iż w finale urządzi ona vendettę swoim prześladowcom.

Wskutek tego „Carrie” jest specyficznym rodzajem kina zemsty, w którym przez 80 procent filmu oglądamy biednego bohatera, otrzymującego ciosy z lewej i prawej, czekając – ba, wyczekując – na ostatnie 20 procent, w których trakcie będziemy mogli delektować się zasłużoną karą serwowaną podłym, ekranowym dręczycielom. „Joker” jest takim filmem. Zestawiając w myślach żałosną egzystencję Arthura Flecka ze znanym powszechnie kulturowym image Jokera, dojść można tylko do takiej konkluzji. Obraz ten zatem prezentuje się nie jako kino zaskakiwania, ale wyczekiwania – buduje jedynie sytuację, dobrze zdając sobie sprawę, że przewidujemy przebieg fabuły do samego końca, by w punkcie kulminacyjnym puścić lejce, zabierając nas na niekontrolowaną, emocjonalną przejażdżkę. I jako przykład takowego kina „Joker” działa niedostatecznie. Tytułowa bohaterka „Carrie” to osoba łaknąca ciepła i wyrozumiałości, ale gdy puszczają jej nerwy, przeistacza się w żywioł nie do zatrzymania – De Palma serwuje nam niezapomniany finał. Arthur za to do końca pozostaje zaszczuty. Jego upadek w otchłań szaleństwa jest sugerowany, ale nienamacalny. W innych produkcjach byłoby to plusem, lecz tu pozostawia pustkę…

Ów film reklamuje się jako origin story Jokera (tak głosi oficjalny opis dystrybutora). Ten właśnie fakt sprzedaje bilety do kina. Widzowie, jak już było mówione, znają Jokera – to postać rozpoznawalna i kultowa, zarazem owiana tajemnicą. Nam zarówno odpowiada ten stan enigmy, jak i fascynują nas potencjalne teorie początków słynnego zbrodniarza. Twórcy, zapowiadając, że stworzą film, który uchyli rąbka owej tajemnicy – nawet jeśli panuje konsensus, iż to tylko ich wersja wydarzeń – podpisują z nami pewną umowę. Nie wywiązują się tymczasem ze wszystkich jej paragrafów, bo jeśli oglądamy historię życia Jokera, to należałoby zapytać: którego właściwie? Jakiegoś znanego uprzednio czy kompletnie autonomicznego? Skoro oryginalnego, to czemu mówimy o originie? Origin story zawiera w sobie sugestię prequelu, ponadto specyficznego – ukazującego nam, skąd wzięły się pewne kojarzone cechy osobowości danej postaci. A jeśli w istocie przyjmiemy, że mamy do czynienia z klasycznym Jokerem, to czyż nie czujemy zakłopotania? W jaki sposób ten oto bohater filmu miałby się kiedyś przeobrazić w morderczego, pokręconego Błazeńskiego Księcia Zbrodni? Czy to w ogóle możliwe, aby Arthur Fleck stał się kiedyś przekonującym antagonistą Batmana, będąc jednocześnie pozbawionym zestawu odpowiednich atrybutów? Wyczuwam tu logiczną matnię.

Todd Phillips przygotował sobie uprzednio obronę medialną, zaznaczając, iż jego dzieło nie będzie związane z jakąkolwiek wcześniejszą serią, będzie niezależną wizją Gotham. To ładne oświadczenie, nawet jeśli błędne. Nie możemy dać sobie wcisnąć marketingowego kitu – decydując się na taką, a nie inną materię filmu reżyser związuje się z czymś kojarzonym kulturowo przez widzów, bo przecież scenariusz nie składa się z autorskich postaci, miejsc. O ile może stwierdzić, że nie chce wpisywać się w timeline żadnego znanego filmowego uniwersum (np. jego wizja nie jest prequelem do Jokera Jareda Leto), o tyle siłą rzeczy musi wpisać się w jakiś ogólny kanon postaci i wątków z DC Comics. Ukłony w tę stronę śle zagadnienie struktury mitu zaproponowane przez Claude’a Levi-Straussa – opowieści, mity ulegają ciągłym przekształceniom, ale posiadają kluczowe punkty styczne w każdej wersji. W przypadku mitu Batmana mamy wiele alternatywnych opowieści, ale zwykle ktoś zostaje zamordowany w ciemnej alejce (czasem rodzice, czasem dziecko, czasem sami bandyci). „Joker” też nie jest w stanie być filmem zawieszonym w próżni, musi ustosunkować się do pewnych wytycznych, na co twórcom albo wygórowane ambicje, albo zbytnie przełożenie na realia nie pozwoliły.

Co prawda przyjęta konwencja filmowa była bardzo gustowna, może uważam tak również dlatego, że dekada lat 70. to moja ulubiona epoka kina, której wczesny Scorsese był ogromną częścią. Owa estetyka werystyczna umożliwiła autorowi dzieła wiele dobrego, jak wysoce surowe sceny zamordowania imprezowiczów w metrze lub dwulicowego kolegi w apartamencie, nawet taki drobiazg, jak stare logo wytwórni Warner stanowi wartość dodaną. Na szczególne wyróżnienie zasługuje przedstawienie miasta Gotham, najlepsze, jakie do tej pory widziałem. Stare, zaniedbane i niepokojące, niby przerysowane, a wciąż bardziej faktyczne od Nolanowskiego, pełniące cudowny kompromis między tymże a wyobrażeniem Tima Burtona. Uważam jednak, że za duża pogoń za realizmem szkodzi w szerszej perspektywie komiksowym adaptacjom, o czym dla mnie świadczy tu właśnie radykalne odmitologizowanie postaci.

Obraz filmowy Todda Phillipsa sprzedaje na pierwszym planie historię Arthura Flecka, z postacią Jokera jadącą na przyczepce, bez której obyłby się doskonale, mimo iż pewnie nie przyciągnąłby równie wielu osób do kina. W rezultacie odczuwam, że zamiast mieć do czynienia z filmem komiksowym, autor skupia się na przemyceniu własnej krytyki świata, pretensjonalnie podpierając się komiksami w celu zwrócenia na siebie uwagi. Potwierdzają tę opinię osobiste odczucia reżysera, który – jak sam twierdził – postawił kino komiksowe na głowie w rewanżu za to, że współczesna kultura zrujnowała komedię (a przecież on sam tworzy głównie w tym gatunku).

Film przynależy bez wątpienia gatunkowo do dramatu. Podmiotem intrygi jest nieudany, amatorski standupowiec, toczący desperacką walkę o stanie się kimś wyjątkowym. Fundamentem dzieła filmowego zaś pastisz amerykańskiej kinematografii po nowej fali, która manifestowała, jak okrutnie społeczeństwo traktuje jednostki w jakikolwiek sposób podatne. Gdyby twórcy skupili się na tych składnikach, może doznania z filmu byłyby zupełnie inne, wyrazistsze. Wrzucenie do tego miksu jednakże Jokera plus skonstruowanie filmu podług struktury „Carrie” ma swoje bolesne reperkusje. Mianowicie idea tegoż dzieła… dosłownie staje się bezcelowa. Nie skupiamy się nigdy w pełni na dramacie, w skrajnych przypadkach nawet ignorując go, czekając na finał. Wszakże wiemy idealnie, jaki będzie dalszy przebieg zdarzeń. Parę osób, z którymi rozmawiałem po obejrzeniu filmu, zdawało się mieć jeden i ten sam zarzut wobec niego – dłużyły już im się sceny dramatu, uznali, że twórcy mogli spokojnie przyciąć kilka minut kolejnych scen poświęconych temu, jak smutne życie prowadzi protagonista. Niezależnie, czy te osoby były tego świadome, czy nie, instynktownie czuły, że w „Jokerze” liczy się głównie zamknięcie, reszta to puch. Koniec końców zawsze trochę na doznaniu stracimy, ponieważ niektórym utwór nie daje w pełni satysfakcjonującego finiszu, a pozostałych odrobinę obrabia z celowego przeżywania formalnej części dramatu.

Alan Moore zdawał sobie sprawę z tego, jak specjalną troskę musi włożyć, by napisać dobrą historię o przeszłości Jokera. Dlatego nie poświęcił temu w „Zabójczym żarcie” zbyt wielu stron, a i je umieszczał tylko co jakiś czas, w formie retrospekcji do nadrzędnej historii. Później Moore notorycznie żałował, że w ogóle napisał ów komiks; cytując jego słowa: „wydaje mi się, że nałożyłem zbyt wielki, melodramatyczny ciężar na postać, która nie była nigdy zaprojektowana, by go udźwignąć” (Moore, Amacker 2009). Gdyby nawet wziąć pod uwagę, że komiks powstał w 1988 i od tego czasu (także za jego sprawą) Joker i Batman przeszli sporą transformację, to przynajmniej jest to odpowiedzialne stwierdzenie.

Odnoszę wrażenie, że reżyser nie do końca miał chyba świadomość, jak delikatny, a także wymagający odpowiedzialności materiał miał w rękach – i podszedł do niego tak po prostu, jak do standardowego dramatu. Todd Phillips zapomniał (albo nigdy nie pojął), że Jokera powinniśmy się obawiać jak dzikiego zwierzęcia, nie będąc pewnymi jego zamiarów, nie mogąc mu nigdy zaufać, a nie stać za nim murem, nosić go na rękach i mu współczuć. Historia Jokera powinna być przestrogą, ale i horrorem. Wprawdzie spuszczam tu trochę wiadra pomyj na autora filmu, ale w rzeczywistości nie ma się czym przejmować. To wciąż jego magnum opus.

Odstępując zatem od lekkiego (choć mój powyższy wywód może wydawać się obsesyjny, nie do końca tak jest) zawodu potraktowaniem tytułowego pierwowzoru, przejść powinienem do kilku pochwał. Należą się. Bazowy dramat głównego bohatera i nauka, jaką twórca stara nam się przekazać, to perły w koronie tego filmu i jeden z najciekawszych oraz najbardziej bieżących komentarzy na temat współczesnej krytyki kultury i traktowania jednostki. Obcując sporo z amerykańską lub zachodnioeuropejską kulturą, dostrzegam to na co dzień. W Polsce wspominane przez Arthura szaleństwo również nieco się udziela, skądinąd na innym polu. Dialog De Niro z Phoenixem w zenicie dzieła jest dosadną ewaluacją otaczającego nas konformizmu. „Wszyscy na siebie krzyczą. Nikt nie potrafi być już uprzejmy. Nikt nie chce się wczuć w drugą osobę” – rozpaczliwie tłumaczy bohater „Jokera”. Podpisuję się pod tymi słowami całym sercem, ponieważ już od kilku lat zwracam uwagę, że współczesny szary konsument utracił możliwość cywilizowanego dyskutowania. Cudze opinie odbieramy odruchowo jak osobisty atak, jako społeczeństwo utraciliśmy zdolność do tzw. rozmów kawiarnianych. Ceniona kilkanaście lat temu asertywność przeradza się w arogancję, egocentryzm i zdusza empatię.

Utwór Phillipsa obfituje też, jak na film tego szczebla przystało, w niedopowiedzenia. Ostatnie sceny przywołują w pamięci sławne zakończenie „Absolwenta” Mike’a Nicholsa, ze swoim słodko-gorzkim quasi-happy endem. Niby udało się bohaterom coś udowodnić przed całym światem, ale ciągle „gramy w życie” na zasadach tych, przeciwko którym się buntujemy.

Odrobinę obosiecznym mieczem okazuje się bogata intertekstualność „Jokera”. Mamy tu odniesienia do licznych filmów z dekady lat 70. i początku 80. XX wieku, w znacznej części do kina Martina Scorsese („Taksówkarz”; „Król komedii”), co podkreśla obecność Roberta De Niro na planie. Nie tylko jednak filmy inspirowały Todda Phillipsa – pojawiają się tu nadto odsyłacze do przełomowych przedstawień Jokera w komiksach (np. spłukany komik o mizernej egzystencji z wymienianego już „Zabójczego żartu” lub pozornie wrażliwy, lecz niepokojący gość talk-showu z „Batman: Powrót Mrocznego Rycerza” pióra Franka Millera; oba komiksy zadebiutowały w drugiej połowie lat 80.). Rzekomo wszystko współgra w pewnym stopniu, ale trudno odeprzeć zarzut o powtarzalności „Jokera” względem własnych inspiracji, by nie powiedzieć wprost, że twórca opiera całą siłę swojego tematu na zapożyczeniach z uznanych tekstów kultury.

Zamykając ten artykuł, skrótowo: film kunsztowny, wyborny; Joaquin Phoenix to fenomen; reszta obsady także znakomita; reżyser uchodzi za ważniaka, chce publicznie odsłonić brudy post-postmodernistycznego człowieka, ale lwią część jego tropów można wyśledzić po nitce do kłębka klasyki kina/komiksu; treść utworu szalenie aktualna, troszkę egzaltowana i wprawdzie niezbyt oryginalna, jednakowoż głęboka, wartościowa. Jedyny prawdziwie merytoryczny problem, zwłaszcza dla geeków, to nierówne przenikanie się z profilem tytułowego łotra. W tym poruszającym filmie obecność Jokera jest redundantna, zbędnie odwraca uwagę, bardziej hamuje opowieść, niż ją wzbogaca. Zdaje się być tam z konieczności marketingowej, nie z potrzeby ideowej.

Rezolucja filmowego obrazu nie jest skrzywionym, krwawym dowcipem, a twardym, moralizatorskim wyrokiem na postępujących niewłaściwie. Docelowo Arthur Fleck wiedzie lud na barykady, staje się antyzłoczyńcą, rewolucjonistą, bohaterem dla zdeptanego ludu, dla przeciętnego „Kowalskiego” (a może raczej „Smitha”), klasy niższej i średniej, a wrogiem dla skorumpowanych polityków, obojętnych maszyn korporacyjnych, normatywnych mas. To znowuż sprawia, że oglądamy go w bardzo sympatyzującym świetle. Joker Flecka nie jest postacią przerażającą tylko dającą nadzieję – źli zostaną ukarani, a reszta ocalona, co podkreślone zostaje w kluczowej scenie filmu, w której protagonista oszczędza swojego niskorosłego kolegę z pracy, ponieważ „zawsze był dla niego miły”. Z jednej strony to może kuszący zamysł, z drugiej nie czuję się całkowicie przekonany, że powinnością Jokera jest bycie kolejnym Guy’em Fawkesem.

LITERATURA:

Lévi-Strauss C.: „Struktura mitu”. W: „Antropologia strukturalna”. Przeł. K. Pomian. Warszawa 1970.

Moore A., Amacker K. [2009]: „Alan Moore Reflects on Marvelman – part 2”. http://web.archive.org/web/20090911202512/http://www.mania.com/alan-moore-reflects-marvelman-part-2_article_117529.html.

Moore A., Bolland B.: „Batman: Zabójczy żart” („Batman: The Killing Joke”). Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Warszawa 2012.
„Joker”. Reżyseria: Todd Phillips. Scenariusz: Todd Phillips, Scott Silver. Obsada: Joaquin Phoenix, Robert De Niro, Frances Conroy, Zazie Beetz. Produkcja: USA 2019, 122 min.