ISSN 2658-1086

1 grudnia 23 (383) / 2019

Agnieszka Wójtowicz-Zając,

ANTYKRONIKA UTRATY (INGA IWASIÓW: 'KRONIKI OPORU I MIŁOŚCI')

A A A
Kto spodziewałby się po najnowszej książce Ingi Iwasiów – „Kronikach oporu i miłości” – powieści o czarnych marszach, o kobiecych protestach parasolek, pisanej na gorąco literackiej relacji, ten pozostanie zawiedziony. Podtytuł „Od protestu do intymności. Powieść pisana, gdy wyszłyśmy na ulicę” może być mylący – owszem, są demonstracje, mozolna organizacja wydarzeń, aktywizm i kobiece grupy, ale z pewnością nie jest to literacko podrasowana relacja z tworzenia się oddolnych ruchów społecznych. Można odetchnąć z ulgą – szczerze obawiałam się jakości takiego „aktualniaka”. Powieść Iwasiów jest jednak czymś zupełnie innym, choć przede wszystkim nie jest tym, na co wygląda.

Po pierwsze, nie dotyczy niedawnych wydarzeń społecznych i politycznych, a przynajmniej nie dotyczy ich wprost i nie nazywa ich wprost. Po drugie, wcale nie jest kroniką, a czymś wręcz przeciwnym – antykroniką. Kronika sugeruje chronologię, zapis faktów, przejrzystość, ważne i doniosłe zdarzenia, obiektywizm (przynajmniej deklarowany) spisywacza. Sama osoba spisywacza pozostaje natomiast w tle, niezauważalna i niewidoczna, a także nieistotna w obliczu wydarzeń, które opisuje. Takie też zadanie dostaje Małgorzata – narratorka i główna bohaterka „Kronik oporu i miłości”. Ma stworzyć kronikę Ruchu, przede wszystkim Frakcji Pokojowej, do której należy (a która współzawodniczy z Akcją Uliczną, siostrzaną organizacją, która wybrała nieco bardziej żwawe i bezpośrednie metody – kto w tej chwili myśli o Judejskim Froncie Ludowym i Ludowym Froncie Judei ze skeczu Monty Pythona, jest blisko, choć mało tu miejsca na śmiech, choćby gorzki). Kronikę, która stanowić będzie „analogowy wsad” do cyfrowej rzeczywistości. Została spisywaczką, bo akurat spisywanie i pisanie nie sprawia jej problemów, przynajmniej w opinii pozostałych członków grupy, a poza tym „ktoś musi”.

„Kroniki oporu i miłości” są jednak zupełnie inną opowieścią – chaotyczną, dyktowaną wewnętrznym rytmem zdarzeń i powracających wspomnień, przedłużających się spotkań, tracenia i odzyskiwania zapału, depresji, relacji rodzinnych i dynamiki grupowej. Rytm i (nie)porządek kroniki są odbiciem świata Małgorzaty, z jej życiem prywatnym, rodzinnym, uczuciowym i seksualnym – w zderzeniu z życiem publicznym, pracą, zaangażowaniem społecznym oraz byciem wystawioną na widok innych. To intymna kronika kolejnych wydarzeń, ciężkiej przeszłości, niejasnej przyszłości, dusznej atmosfery, poczucia osaczenia i przytłoczenia. „Spisywaczka” nie pisze kroniki Ruchu, nie pozostaje ukryta za wydarzeniami, za Ważną Sprawą czy Ideą. W „Kronikach oporu i miłości” na pierwszym planie są ona oraz to, co próbuje ochronić – jej intymność i prywatność, sonduje się tu cały czas granicę między prywatnym a publicznym, nieustannie przekraczaną.

Najnowsza powieść Ingi Iwasiów jest przede wszystkim historią utraty i rozpadu. Małgorzata doświadcza ich bez ustanku. „Kroniki…” rozpoczyna „paćkające się” rozstanie z ukochaną, Anną. Historia miłosna dwóch kobiet wyznacza ramy opowieści. Przedłużające się rozstanie z prawniczką pracującą dla wielkiej korporacji jest jednak tylko jedną z kolejnych utrat i rozstań. Najpierw rozpadła, czy raczej rozpadała się, rodzina bohaterki – niewydolna, uwięziona w swojej paranoi matka i nieobecny ojciec, przeciwko którym trójka dzieci zawiązuje wspólny front, planując wyjazd gdzieś daleko, za granicę, wspólną ucieczkę. Z tych planów jednak nic nie wychodzi, a pakt łączący rodzeństwo też się rozluźnia, nie trzymają się już wspólnie, kurczowo, liny wiszącej nad przepaścią, jak w dziecięcej zabawie. Pierwszy ucieka najstarszy brat, wżeniając się w krawiecko-tekstylny mały biznes, młodszy z kolei wyjeżdża i rozluźnia więzi z siostrą, która zastępowała mu matkę. Następnie Małgorzatę opuszcza mąż, pierwsza, licealna miłość i ojciec jej dziecka, wyprowadzając się do nowej rodziny. Dalsza historia miłosna Małgorzaty to relacja z synem, który też powoli jej się wymyka, i kolejnymi kobietami, które przychodzą i odchodzą, w międzyczasie przemodelowując mieszkanie głównej bohaterki. Małgorzata traci też kolejne prace – w szkole i w gazecie, zrywa kontakt z rodzicami, próbuje animować ruchy społeczne, które szybko wytracają początkowy impet i energię, rozkręca z bratową biznes koszulkowy (służący słusznej, społecznej sprawie) i próbuje nie dopuścić do zupełnej erozji Frakcji Pokojowej. Nic jednak nie dzieje się nagle – ale rozpływa się i rozmywa, podobnie jak granice między intymnością i zaangażowaniem. Nic dziwnego, że Małgorzata jest zmęczona, wyczerpana i rozpaczliwie broni się przed depresją.

Powieść pozostawia w czytelniczce mieszane uczucia – mimo jej niewątpliwych zalet (o czym niżej), jest to lektura męcząca i przytłaczająca. Na określenie stanu, w jakim znajdują się Małgorzata, otaczające ją społeczeństwo oraz relacje, najodpowiedniejsze wydaje się słowo utworzone przez Witkacego – glątwa. Atmosfera jest gęsta – lepiej unikać mówienia o kościele i religii, padają oskarżenia o niepolskie pochodzenie, w Internecie wylewają się hektolitry hejtu, niepokojące wiadomości z pogróżkami i oskarżeniami zaśmiecają elektroniczne i fizyczne skrzynki pocztowe, a starsi panowie wygłaszają monologi podczas spotkań. Ciągnąca się i niemiła w dotyku maź rzeczywistości oblepia nie tylko narratorkę, ale i podążającą za nią czytelniczkę. Po głowie nieśmiało przemyka pytanie – po co? Po co to wszystko i po co taka powieść? Przecież mamy już wiele powieści o bohaterze w średnim wieku, który jest bardzo zmęczony i wszystko mu się rozpada. Otóż właśnie – o bohaterze. A co z bohaterką? Co z kobietą w średnim wieku, z jej rozpadającym się światem i z wywieranymi na nią z różnych stron naciskami? Płeć nie jest tu bez znaczenia – Małgorzata animuje ruch kobiecy, organizuje spotkania, na których kobiety uwalniają kumulowaną od lat negatywną energię i opowiadają o molestowaniu, zaczepkach, poczuciu osamotnienia i osaczenia, prowadzi spotkanie z mówcą motywacyjnym, nowym guru, Afirmatorem Życia, o zdecydowanie antyfeministycznym nastawieniu, na zebraniach Ruchu panowie przekrzykują ciszej mówiące panie, a lekarstwem na kobiecy aktywizm i gniew jest zawsze mężczyzna. To rozpad i zmęczenie o nieco innym zabarwieniu – Iwasiów udało się doskonale uchwycić portret aktywistki, skutecznej w działaniu, bezkompromisowej, podczas dyskusji ciętej i kompetentnej, doskonale przygotowanej, twardej, która ma już serdecznie dość wszystkiego, z czym musi sobie radzić. Twardej na zewnątrz i rozpadającej się od środka. Ponoszącej koszty nie tylko własnego zaangażowania, ale też nieprzyjaznej, korodującej i trującej rzeczywistości, która ją otacza. Z „Kronik miłości i oporu” wyłania się obraz zaniku wspólnoty przepuszczony przez jednostkową wrażliwość. I nie jest to obraz nastrajający pozytywnie.

W powieści docenić należy przede wszystkim część wspomnieniową. Partie dotyczące matki, jej obsesji, zachowania, emocjonalnego rozedrgania, rodzicielskiej niewydolności, problemów psychicznych należą do najlepszych w „Kronikach…”. Równie udane są opisy i analizy relacji łączących Małgorzatę z młodszym bratem, Olkiem. Przenikliwość w obserwacji wadliwego systemu rodzinnego, skomplikowanych zależności i reakcji, celne metafory, szczegółowe opisy wnętrz, ubrań, zachowań tworzą żywy, wielowymiarowy obraz. Cechą charakterystyczną pisarstwa Ingi Iwasiów są także celne, wysmakowane frazy. Nie inaczej jest w przypadku „Kronik oporu i miłości” – do najlepszych, moim zdaniem, należą te, które opisują doświadczenie studiowania dydaktyki literatury: „Pedagogika ugniatała książki w kulki i rzucała nimi w fantomy dzieci jak do tarcz. Mieliśmy się tego nauczyć, obserwując mistrzów w pobliskiej szkole i pisząc samobójcze konspekty planowanych operacj.” (s. 289), chociaż nie można odmówić także werwy i celności rozdziałom „Rozruch” i „Wytwórnia”, opisującym kobiece spotkania. Płynne przenikanie się kolejnych elementów opowieści, sprawne łączenie rozproszonych wątków i językowa maestria owocują dobrze skomponowanym, dopracowanym dziełem.

Z „Kronikami oporu i miłości” jest jednak tak, jak z pisaniem tekstowej Małgorzaty, zgodnie z radą udzieloną jej przez innego członka ruchu – pisz do innych rozczarowanych. Zdecydowanie jest to powieść skierowana do rozczarowanych, zmęczonych, przerażonych, ale nie mogących nic na to poradzić straceńców. Aktywistki i działaczki, pracownice kultury, animatorki i nauczycielki na pewno, przynajmniej częściowo, odnajdą się w Małgorzacie. Tylko co dalej? I ile tak jeszcze pociągniemy?
Inga Iwasiów: „Kroniki oporu i miłości”. Wydawnictwo Świat Książki. Warszawa 2019.