ISSN 2658-1086

1 grudnia 23 (383) / 2019

Katarzyna Niesporek,

WIERSZE DO (NIE)CZYTANIA? (MACIEJ MELECKI: 'BEZGRUNT')

A A A
Czytanie (tak! czytanie, a nie lektura, ponieważ lektura wymaga dodatkowego namysłu) najnowszego tomu Macieja Meleckiego to… udręka. Wiersze fabularyzowane w wybujały sposób, rozwleczony, niejednoznaczny, ostry język, rozbudowane, ciągnące się w nieskończoność zdania, rozproszone, czasem przypadkowo połączone z sobą słowa, dziwiące się swojemu sąsiedztwu, semantycznie odległe. Ale jak inaczej pisać czy mówić o świecie, który bezustannie się kończy, w sposób nieuchronny przemija, trwa w stanie rozkładu, osuwa się i pociąga nas w dół?

Jedyne, co świat oferuje, to poruszanie się po tytułowym „bezgruncie” (Heideggerowskie Abgrund), oznaczającym przestrzeń bez powierzchni, brak utwardzonego podłoża, „całkowitą otchłań”. Siłą grawitacji przyciąga ona kolejne elementy tworzące najbliższe otoczenie, bezwzględnie sprowadza je ku sobie, aby w każdej chwili móc ostatecznie je wchłonąć. I tak na przykład – pisze poeta: „Zgruzowane ścieżki prowadzą w zapadlisko dali” (s. 17), „[…] napowietrzne wędrowne / Wiry wnikające pod spody każdego śladu, korzeniące się prądkami w mózgu / Spychają ciągle w dół ten czerstwo dookolny, migotliwie zapiekły anturaż” (s. 41), „Zapętlane i coraz ciaśniej splatane obrzyny danych spraw // Ściągają głowę w łakomie rozchyloną, nieodstępującą na krok czeluść”, poświt „nim się unaoczni, już / Przepada w kanałach zgrzebłego stanu wyjścia w bezmiar łoskoczącej czeluści” (s. 63), „Ból promieniuje w dół. Ściąga w ścięgna ziemi” (s. 63).

Można tak wymieniać w nieskończoność…

Każdy krok postawiony w takiej rzeczywistości wiąże się z ryzykiem uwięzienia w „grząskim bezmiarze” (s. 48), przepadnięcia w nim na wieki. W tym świecie się nie stąpa po ziemi, ale „dryfuje” (s. 7). Jest ona bowiem „wilgotnym ugorem” (s. 17), jednym wielkim zapadliskiem, rżyskiem, odłogiem pełnym bruzd, wyrw, okopów, „w które się wpada, wygrzebując się z nich potem, jak / Z mokradeł” (s. 18). Człowiek, żyjąc na siłę, „udeptuje tylko swoje dno” (s. 60) albo broni się przed jego dotknięciem. Aby nie utonąć, „ujarzmia asfaltem ziemię” (s. 24), wznosi domy – pozorne azyle. Te zamiast przynosić upragnione poczucie bezpieczeństwa i schronienie, najpierw stopniowo się osuwają, a potem rozpadają. Dachy budynków, które jeszcze istnieją, straszą – „mają kły i szczerzą się w oczodół poranka czarną krawędzią, / Odejmując, tym samym, powagi każdemu, kto biegnie, żeby pod / Nimi się skryć” (s. 15).

„Ciągle w dół” (s. 47) – mówi podmiot tych wierszy – ale przy okazji też pod górkę. Poeta w utworze „Wybycie” napisał: „Wypchany żwirem worek stacza się na ciebie / Z ustronnej ścieżki hałdy. Wspinasz się na nią, nie znając innych dróg” (s. 7). Człowiek, oddalając się od grząskiej ziemi, prąc w górę, próbuje stanąć po stronie życia, poszukuje go, łudzi się, że jest ono wciąż możliwe: „pod stertą rupieci będziesz mógł niekiedy spocząć i wypatrzyć z okna / Pociągu tę wciąż nienachodzącą na siebie dal” (s. 31), „odpadki zdają się najwykwintniejszym / Pokarmem, dietetyczną normą zapewniającą zdrową aktywność na wszystkich / Polach bieżących zabiegań o jak najwyższą pozycję w skali ratującej od / Poczucia ciągłego schodzenia w coraz niższe partie woli” (s. 45). Wybór wspinaczki ku życiu, tym samym oddalenie się od wciągającej otchłani, wiąże się z egzystencją na śmietniku – wśród kłębiącego, „zagęszczonego swądu” (s. 60), „kupy kamieni pustych”, resztek, wszelkich nieczystości, które koniec końców przygniatają albo ściągają swoim ciężarem ponownie w dół, bliżej czeluści, śmierci. Człowiek, zamiast trwać na szczycie hałdy albo chociaż do niego dotrzeć, będąc odgórnie skazanym na spadanie, znajdzie się ponownie u jej podnóża. W efekcie – powie podmiot – „Bledniemy i zostają po nas tylko śmieci” (s. 25).

Stajemy się zatem istniejącymi na granicy pół-bytami, których egzystencja jest podejrzana, niepewna, wątpliwa. Po świecie poruszają się mary i cienie. Od nich człowiek uczy się zanikania, wchodzenia w przemijanie rzeczywistości, zstępowania „w gliniasty dół” (s. 103). Dzięki nim wzrasta u poety świadomość widmowości życia: „Półcienie, na każdym kroku, w każdej zapadni prostej równoległej, / W przechyleniu kąta ucieczki, byłyście zawsze przy mnie, nieustannie / Przypominając o czyhającym zaniku” (s. 25). Wszystko, co chce zaistnieć na dłużej, rozpryska się w mgnieniu oka, staje się jedynie „ciarkami cieni” (s. 43). Im szybciej odejdzie się z tego świata, który i tak oprócz rozpadu niczego człowiekowi nie oferuje, tym lepiej. „Wstąp po mnie, / Przechodni półcieniu. / Wynieśmy się razem stąd” (s. 25) – apeluje podmiot. Diagnozując m.in. współczesną sytuację społeczno-polityczną, nie widzi potrzeby życia w „widmokraju” – „przełyku zadławionym / Kotwicami rojeń, zębatkami arbitralnych poleceń, spiralami zwęglonych / Palet bieżących pobywań, owym wrącym leju” (s. 105), w którym i tak już wszystko zostało przesądzone.

Poruszana w tomie Meleckiego widmowość człowieka i świata prowadzi do niewyrażonego wprost wBezgruncie” tematu śmierci. Między wersami utworów – szczególnie zamykającymi zbiór autora „Tych spraw” – można uchwycić głos poety, który ze śmiercią właśnie zmaga się osobiście. Kiedy o niej mówi, posługuje się metaforami, metonimiami, synekdochami. Śmierć wyrażona inaczej to „czeluść ostateczności” (s. 108), „niezszyta już nigdy później rana” (s. 108), „nieskończona utrata” (s. 112). Wiele sugeruje także dedykacja umieszczona na początku książki: „Pamięci moich rodziców: Grażyny Meleckiej (1937–2018), Henryka Meleckiego (1938–2013)” (s. 5). W utworach wydanych rok po śmierci matki, a sześć lat po śmierci ojca, pojawiają się podszyte biografią twórcy, szpitalne, dramatyczne migawki: „Podeszłość wszelkich już ruchów, opad sił prawie że całkowity, kiedy to / Podnoszę cię za niepewnie wyciągnięte ręce i dopiero wtedy odzyskujesz / Krótkotrwały pionu znój. Wenflon na zewnętrznej dłoni ściąga głowę w / Rożny dół, każąc rozglądać się już tylko za siebie” (s. 101), „choć mieszkałeś w szpitalnych złogach, śpiąc na / Tamtejszych korytarzach lub pod rozeschniętym oknem w Sali” (s. 28). Brak – szczególnie bliskich – jest tym, co najbardziej doskwiera poecie, z czym nie do końca może się pogodzić.

„Bezgrunt:, dziesiąty tom wierszy Meleckiego, ukazał się na pięćdziesiąte urodziny poety. Obszerna, składająca się aż z pięćdziesięciu dziewięciu utworów książka stanowi niejako podsumowanie dotychczasowego życia mikołowskiego twórcy. Więcej w nim jednak negatywności, strat, braków, dołów, nacięć, „rozwłóczonych” (s. 32) i otwartych ran. Na egzystencję, nie tylko poety, ale każdego człowieka, składają się – jak podpowiadają niektóre tytuły wierszy Meleckiego – „wybycia” (s. 7), „skołowania” (s. 10), „rozziewy” (s. 14), „matnie” (s. 25), „odpalenia” (s. 36), „ciemnie” (s. 38), „omroki” (s. 40), „odłogi” (s. 43), „odwiewy” (s. 45), „butwienia” (s. 49), „osunięcia” (s. 53), „decentracje” (s. 63), „ostygnięcia” (s. 61), „marnienia” (s. 68), „ćmienia” (s. 79), „wzmożenia” (s. 110), „oddale” (s. 114) itd. Aby je opisać autor „Gdzieniegdzie” stosuje rozbudowane imaginarium. Nakłada na swoje utwory warstwy znaczeń agrarnych, akwatycznych, cielesno-biologicznych, onirycznych.

Czytanie najnowszego tomu Macieja Meleckiego, powtórzmy, to… udręka. Z tego stwierdzenia nie sposób zrezygnować. „Bezgrunt” wymaga bowiem lektury długiej, żmudnej i wielokrotnej. Jest książką trudną. Nie można też odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie o czytelnika tych wierszy i oszacować, jak wielu podejmie wyzwanie.
Maciej Melecki: „Bezgrunt”. Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. Poznań 2019.