ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (384) / 2019

Przemysław Pieniążek,

OKIEM CYNICZNEGO MORALISTY (AMBROSE BIERCE: 'DIABLI DYKCJONARZ')

A A A
Amerykański dziennikarz, weteran wojny secesyjnej, twórca epigramów, aforyzmów, opowiadań o tematyce wojennej, jak również historii niesamowitych. Urodzony w 1842 roku Ambrose Bierce (okoliczności przypadającego na rok 1913 zniknięcia pisarza w ogarniętym wojną domową Meksyku do dziś pozostają zagadką) współpracował z takimi periodykami, jak „San Francisco News Letter”, „San Francisco Examiner” czy z satyrycznym „The Wasp” – to właśnie na łamach tej ostatniej gazety autor „Jeźdźca na niebie” opublikował znaczną część haseł do „Diablego dykcjonarza” (1911), pod wieloma względami będącego opus magnum w dorobku literata władającego równie inteligentnym, co zgryźliwym piórem, zapewniającym mu przezwisko „Gorzki Bierce”.

Zawartość rzeczonego utworu kształtowała się na przestrzeni dekad: najstarsza definicja stworzona przez twórcę „Draństwa” pochodzi z roku 1867, dając początek zbiorowi obejmującego ponad półtora tysiąca „cynicznych” objaśnień będących kwintesencją błyskotliwości i przewrotności autora, który – według Mateusza Kopacza – „z uwierzytelnianej niesamowitym polotem impertynencji uczynił swój znak rozpoznawczy” (s. 9). Otwierający polskie wydanie „Diablego dykcjonarza” rzetelny, odwołujący się do najróżniejszych kontekstów historycznych, społecznych, politycznych i kulturowych szkic biograficzny przygotowany przez Kopacza (autora przekładu niniejszego woluminu) udowadnia, że recenzowana księga nie stanowiła dla Bierce’a „żadnej igraszki, odskoczni od udręk życia, próby wyżywania się na przeciwnikach literackich i politycznych czy wentylu hamowanych na co dzień emocji” (s. 37). Specyficzna forma tego ostrego niczym brzytwa leksykonu w pełni odzwierciedlała bowiem sposób bycia oraz artystyczną ekspresję Amerykanina należącego do kategorii „rozgoryczonych idealistów i skrajnych melancholików: częstował otoczenie żółcią, samemu karmiąc się czernią w ciszy” (ibidem).

Za pomocą prostych, jednozdaniowych haseł, zabawnych kalamburów, ale i rozbudowanych definicji (przybierających chwilami formę poetycką lub przytaczających fikcyjne cytaty) tworzących tomiszcze trafnie określone przez tłumacza mianem „przewrotnej encyklopedii upokorzenia homo sapiens” (s. 7) Bierce obnaża ludzkie słabości, przypominając przy tym, że jesteśmy do bólu przewidywalni. I w tym satyrycznym rozrachunku dziennikarz nie oszczędzał nikogo, nawet samego siebie. Fundamentalna dla „Diablego dykcjonarza” przewrotność polega także na tym, że zawarte w nim definicje pozornie nie zgadzają się ze stanem faktycznym. To pierwszy z dwóch „przewrotów koncepcyjnych” (ibidem) zachodzących w głowie czytelnika podczas lektury. Drugi natomiast dokonuje się w chwili, gdy uświadamiamy sobie, że Bierce’owskie wyjaśnienia „wyciągają na światło dzienne ukrytego w każdym z nas cynika, zawiedzionego idealistę, który pojmuje że i s t o t n i e otrzymaliśmy objaśnienie rzeczywistości, tyle że antyidealistyczne – w zasadzie bliższe prawdzie panującej poza bańką naszych złudzeń” (s. 8).

Według Kopacza tytułowy czort „podpowiada leksykografowi, jak bezlitośnie atakować religię, pomiatać autorytetami, obracać do góry nogami piramidy wartości, rozbijać ustalony porządek społeczny” (s. 45). Zaraz jednak dodaje, że ów piekielnik to nikt inny jak „romantyczny diabeł-burzyciel, który ostatecznie, niczym w „Fauście”, swoją wywrotowością czyni dobro” (ibidem), z jednej strony celowo mieszając w głowie odbiorcy, z drugiej – nakłaniając go do szczerego, oczyszczającego, ale i zachęcającego do (auto)refleksji śmiechu.

Bierce wiele miejsca poświęca w swoim kompendium kwestiom społeczno-politycznym. Definicję słowa „Absolutny” autor wykuwa w odniesieniu do specyficznej odmiany monarchii polegającej na tym, iż „suweren robi, co mu się podoba, dopóki to, co robi, podoba się skrytobójcom” (s. 60). Według amerykańskiego literata „Rząd” to „Współczesny Kronos, który połyka własne dzieci. Przygotowaniem ich do spożycia zostało obarczone duchowieństwo” (s. 319), podczas gdy „Rzeczpospolita” jawi się jako „Byt administracyjny kierowany przez niezliczone rzesze pasożytów politycznych, aktywnych na rozumie, ale przypadkowych w działaniu” (ibidem). Na tym tle „Społeczeństwo” to „Nieistotny element w zagadnieniach ustawodawczych” (s. 330), zaś „Sprawiedliwość” rozumiana jest jako „Mniej lub bardziej podrobiony towar, który państwo sprzedaje obywatelowi w nagrodę za lojalność, podatki oraz służbę osobistą” (ibidem).

Wchodząc na grunt stricte polityczny, Bierce przypomina, że „Agitator” to „Mąż stanu, który potrząsa drzewami owocowymi sąsiadów, żeby obudzić robactwo” (s. 62), „Dyplomację” należy zdefiniować jako „Patriotyczną sztukę łgarstwa dla dobra kraju” (s. 113), podczas gdy „Nepotyzm” to nic innego jak „Powołanie własnej babci na urząd dla dobra partii” (s. 223). Z kolei „Wojnę” przewrotnie określa mianem „Produktu ubocznego sztuki pokoju” (s. 376), zauważając, że „Bagnet” to „Narzędzie do przebijania bańki megalomanii narodu” (s. 72). Cynicznym okiem spoziera także na kwestię prawa i sprawiedliwości. W ujęciu Bierce’a „Adwokat” jest „Osobą wyznaczoną przez urząd do spartaczenia twoich spraw, których sam nie masz odpowiednich umiejętności porządnie spartaczyć” (s. 62), „Amnestia” – „Wielkodusznością państwa wobec tych złoczyńców, których ukaranie mogłoby się okazać zbyt kosztowne” (s. 65), natomiast „Bezkarność” jest synonimem „Zamożności” (s. 76). Spojrzenie przechery przenika także refleksję nad kwestią (szeroko rozumianej) religii, definiowanej skądinąd jako „Córka Nadziei i Strachu, wyjaśniająca Ignorancji naturę Niepoznawalnego” (s. 309). Jednocześnie autor zauważa, że „Bezbożność” to „Twoje nieposzanowanie mojego boga” (s. 76), „Dekalog” postrzega jako „Sześć przykazań w liczbie dziesięciu – wystarczająco dużo, by z rozmysłem wybrać, których przestrzegać, ale za mało, by skomplikować wybór” (s. 100), a „Mamona” – jako „Boga największej religii świata” (s. 207), mającego swoją świątynię w Nowym Jorku pod wiadomym adresem.

Przede wszystkim jednak Bierce mówi o niedoskonałościach ludzkiej natury, zauważając, że „Bliźni” to „Ten, którego mamy polecone kochać jak samego siebie, a który czyni wszystko, żebyśmy złamali to przykazanie” (s. 77), „Cnotka” jest „Nierządnicą kryjącą się za plecami swoich manier” (s. 94), „Cynik” to „Podlec, któremu wadliwy wzrok każe widzieć rzeczy takimi, jakimi są, a nie jakimi powinny być. Stąd wśród Scytów zwyczaj wyłupywania oczu cynikom dla poprawy ich widzenia” (s. 95), „Idiotą” nazwiemy „Członka wielkiego, potężnego plemienia, które za każdym razem miało decydujący i przemożny wpływ na ludzkie sprawy” (s. 155), natomiast „Winowajcą” jest zawsze „Ten drugi” (s. 375). Według Bierce’a pojęcie „Dobroczynności” nazbyt często sprowadza się do „Przekazania pięciu dolarów na pomoc własnemu dziadkowi w domu starców i podania tego do wiadomości w gazecie” (s. 104), „Grzeczność” jest „Najchętniej akceptowaną z form hipokryzji” (s. 145), „Przepraszanie” utożsamia z aktem „Kładzenia podwalin dla przyszłej obrazy” (s. 296), zaś iście surrealistyczna definicja „Rozumu” przekonuje, iż jest to „Wydzielina mózgowa, która pozwala odróżnić dom od konia dzięki dachowi na domu. Prawa oraz właściwości rozumu wyczerpująco wyłożyli Locke, który jeździł domno, oraz Kant, który miał swój własny koń” (s. 316). A czy w ujęciu Bierce’owskim słowo „Człowiek” wciąż brzmi dumnie? Niespecjalnie. „Zwierzę tak bardzo zatracone w euforycznym rozmyślaniu o tym, kim wydaje się sobie być, że zapomina zupełnie o tym, kim bez wątpienia powinien się stać. Jego typowe zachowanie to eksterminacja innych zwierząt oraz przedstawicieli swojego gatunku, który jednakże mnoży się z tak nieokiełznaną gwałtownością, że można go spotkać w każdym nadającym się do zamieszkania zakątku planety, a także w Kanadzie” (s. 96) – przekonuje autor „Pomysłowego patrioty”.

W „Diablim dykcjonarzu” gros haseł uderza swoją bezkompromisowością – „Afrykanin” to „Murzyn, który głosuje po naszej myśli” (s. 62), a „Czerwonoskóry” jest „Indianinem z Ameryki Północnej, którego skóra nie jest czerwona – przynajmniej nie z zewnątrz” (s. 96) – ale nie brakuje także definicji stricte humorystycznych. Spróbujmy zatem spojrzeć na „Dentystę” jak na „Prestidigitatora, który wkłada ci do ust metalowe przedmioty, a z twojej kieszeni wyjmuje monety” (s. 102), dostrzec w „Bekonie” „Mumię świni zabalsamowanej w solance” (s. 75), w „Gorzelni” – „Zakład produkcji oraz dystrybucji karminowych kinoli” (s. 142), „Mężu” – „Osobnika, który po posiłku zobowiązany jest zająć się naczyniami” (s. 209), a na „Rok” spojrzeć jak na „Okres trzystu sześćdziesięciu pięciu rozczarowań” (s. 314).

W tym miejscu należy podkreślić, jak żmudna i niewdzięczna praca czekała tłumacza niniejszego tomu (opartego na „The Unabridged Devil’s Dictionary” pod redakcją S.T. Joshiego oraz Davida E. Schultza, okraszonego nad wyraz pomocnymi przypisami oraz pełną listą haseł w ich oryginalnym brzmieniu), którą Kopacz wykonał z nawiązką, niejednokrotnie posługując się nie lada inwencją oraz radosnym słowotwórstwem. Dla przykładu: problematyczne słowo „Spooker” znalazło kapitalny odpowiednik w „Stracharzu”, czyli „Pisarzu, którego wyobraźnia krąży wokół zjawisk nadprzyrodzonych, zwłaszcza działalności strachów” (s. 333). Z kolei przymiotnik „Niebywały” zyskuje dzięki Kopaczowi nowe znaczenie, określając „Człowieka z dochodami, który miał dość przezorności, by usunąć się ze strefy haraczu” (s. 224), przez Bierce’a definiowanego jak „Absentee”. Tłumacz przychodzi w sukurs czytelnikowi, objaśniając niektóre z bardziej hermetycznych definicji wskazując chociażby, że „Niejaki Hector A. Stuart” (s. 92) – figurujący pod hasłem „Ciołek” – był kanadyjskim poetą, uznawanym przez Bierce’a za totalne beztalencie.

Wiele terminów zebranych w omawianym tomie stanowi z kolei kapitalny pretekst do słownych gierek: „Zwierzę ze starożytności, które głowiło się podczas walki” („Hydra”, s. 153), „Najmniej hałaśliwy z synów” („Klawesyn”, s. 174) czy „Dar od człowieka, którego spuszczają do dołu” („Spuścizna:, s. 331) są tego dobrym, choć nie jedynym przykładem. „Groźne narzędzie literackie do krępowania języka, czynienia go sztywnym i nieelastycznym. Z drugiej strony, niniejszy dykcjonarz to dzieło jak najbardziej pożyteczne” (s. 113) – przekonuje aforysta definiując swoje (arcy)dzieło, nie bez kozery uznawane za klasyka amerykańskiej satyry. Bo mówiąc o tym (pod wieloma względami) ponadczasowym niezbędniku cynika-moralisty na usta ciśnie się jego alternatywna definicja: lektura obowiązkowa.
Ambrose Bierce: „Diabli dykcjonarz”. Przeł. Mateusz Kopacz. Korporacja Ha!art. Kraków 2019.