ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (385) / 2020

Karolina Kostyra,

TOP 5 NAJLEPSZYCH FILMÓW W POLSKIEJ DYSTRYBUCJI W ROKU 2019

A A A
1. „Jutro albo pojutrze” („Minding the Gap”). Reżyseria: Bing Liu. Dokumentalny. Stany Zjednoczone 2018.

Od ponad pół wieku, gdy filmowcy odkryli, że jazda na deskorolce jest fotogeniczna, najistotniejsze dla kinowych filmów skejterskich okazuje się uchwycenie dwóch prawd – prawdy subkulturowego środowiska i esencji przeżycia deskorolkowej jazdy. Właśnie takie punkty zainteresowania wyznaczają sobie reżyserzy i reżyserki najnowszych amerykańskich produkcji o tematyce deskorolkowej. „Najlepsze lata” Jonaha Hilla, „Skejterka” Crystal Moselle i „Jutro albo pojutrze” Binga Liu należą do tej samej grupy filmów, w których portretuje się złamane serca, złamane deskorolki i rozbite rodziny. Spośród nich dokument Binga Liu wyrasta na najbardziej osobisty obraz; tak szczery i intymny, że niemal zawstydza widza, gdy wyjawione zostają głębokie sekrety bohaterów. „Jutro albo pojutrze” może być potwierdzeniem zasady, zgodnie z którą, czy tego chcemy, czy nie, i tak jesteśmy dziećmi swoich rodziców, powtarzając ich błędy, dzieląc te same ekonomiczne i emocjonalne cierpienia. Jeśli „wyrwanie się z domu” jest w ogóle możliwe, to okupione zostaje wielkim trudem i samozaparciem. Z drugiej strony, w filmie debiutanta ujawniona zostaje krzepiąca siła rówieśniczej grupy, którą zna każdy subkulturowy nastolatek, na poważnie traktujący swoje zainteresowania. Sceny jazdy na desce, ujęte w typowej dla gatunku prototeledyskowej poetyce, stanowią przeciwwagę dla postępującej życiowej stagnacji starszawych już dzieciaków. Całość poprzez swój trzewiowy charakter i krytyczno-nostalgiczne spojrzenie na młodość przypomina emo utwór, odsyłający widza do prywatnych wspomnień dotyczących rodziny, dawnych pasji i twarzy kumpli z podwórka, których teraz ledwo się poznaje.

2. „Asako. Dzień i noc” („Netemo Sametemo”). Reżyseria: Ryûsuke Hamaguchi. Scenariusz: Ryûsuke Hamaguchi, Sachiko Tanaka. Obsada: Masahiro Higashide, Erika Karata. Japonia 2018.

Miłość romantyczna może zrujnować życie. Ten stan, wbrew modelowi proponowanemu w finałach amerykańskich komedii romantycznych, nie musi być wcale wybawieniem od codziennych trudności. Zakochanie jest często nielogiczne i agresywne. Przynosi z sobą obietnicę nowego życia, niszcząc spokój, który udało się wypracować w nudnej, ale bezbolesnej egzystencji sprzed miłości romantycznej. Film Ryûsuke Hamaguchiego podejmuje temat życiowej głupoty tkwiącej w zakochiwaniu się, zarazem jednak afirmując bezsens takiej miłości. Irracjonalność cechuje całą strukturę fabularną, dającą się wytłumaczyć jedynie wedle prawideł melodramatu. To logika, którą rządzą tajemnicze zbiegi okoliczności, niewytłumaczalne zniknięcia i powroty po latach, sobowtóryczne byty, cudowne ocalenia. Bohaterowie zakochują się od pierwszego wejrzenia, powodowani miłością uciekają z domu i wystają na deszczu, a po przeżyciu niebezpiecznego wypadku na motorze całują się namiętnie, leżąc na szosie.

Nie znajdziemy tu jednak melodramatycznego przepychu i sentymentalizmu. „Asako. Dzień i noc” przypomina raczej ekscentryczne romanse Hala Hartley’a, które są na bakier z psychologizmem i logiką przyczynowo-skutkową. Ryûsuke Hamaguchi, operując podobną do amerykańskiego reżysera poetyką zakochania, ukazuje moment „pierwszego wejrzenia” jako przewrót w banalnej rzeczywistości. Tak jak w filmach Hartleya, dziwny i nienaturalny charakter zadurzenia podkreśla prosty motyw syntezatorowy – zwiastun wspaniałych wrażeń, jakie może oferować nowe uczucie. Muzyka nigdy jednak nie wybrzmi do końca i ostatecznie wymowa japońskiego filmu bliższa będzie gorzkiego „Take This Waltz” Sary Polley niż natchnionego „kina prawdziwej fikcji”. Nie można pozwolić, aby głupia miłość romantyczna zrujnowała nam życie.

3. „Dom strachów” („Haunt”). Scenariusz i reżyseria: Scott Beck, Bryan Woods. Obsada: Katie Stevens, Will Brittain, Lauryn Alisa McClain, Andrew Caldwell, Shazi Raja, Schuyler Helford. Stany Zjednoczone 2019.

Choć aktualne sympatie krytyków i publiczności wskazują na dobrą passę kina grozy, to rehabilitacja horroru nie obejmuje gatunku jako całości, lecz tyczy się w głównej mierze horroru artystycznego (szczególnie w wersji slow). Co prawda wraz z nowym zainteresowaniem kinem grozy przywraca się do łask historyczne zjawiska, które wcześniej nie cieszyły się dobrą sławą na salonach (czego dobrym przykładem jest slasher), jednakże współczesne straszne filmy w swojej popularnej odsłonie wciąż spychane są na margines jako produkty niższej jakości. W tym kontekście całkiem śmiała wydaje się deklaracja Scotta Becka i Bryana Woodsa, którzy oznajmiają, że „pieprzyć to, horror nie musi być uwznioślany”. Duet scenopisarski odpowiedzialny za ambitne, wielokrotnie nagradzane „Ciche miejsce” (reż. John Krasinski) w przypadku reżyserowanego przez siebie „Domu strachów” obrał strategię rozrywki jarmarcznej. Nie chodzi jedynie o rezygnację z umizgiwania się do festiwalowej publiczności. Najnowsza realizacja Becka i Woodsa to film festynowy, również w tym sensie, że przyjemność płynąca z kontaktu z nią porównywalna jest do uczestnictwa w sezonowym jarmarku albo wizyty w staromodnym wesołym miasteczku. Tytułowy dom poza tym, że pełni funkcję zgrabnej metafory (nosimy w sobie domy strachów), okazuje się przede wszystkim terenem zabawy.

O tym, że domy strachów są najfajniejszym punktem w parkach rozrywki, wiedział już Tobe Hooper, którego „Lunapark” zainspirował Becka i Woodsa do stworzenia własnej wersji odpustowej makabry. O ile jednak w starszym slasherze rozczarowywać może niewykorzystany w pełni potencjał lunaparku, o tyle „Dom strachów” jest stuprocentowym „kinem scenografów”. Austin Gorg (scenograf „La La Land” i „Neon Demon”) na potrzeby filmu przekształcił opuszczoną hurtownię nabiału w horrorowy plac zabaw, składający się z morderczych ślizgawek, pokoi zagadek i gabinetów strachów. Ta błyskotliwie skonstruowana przestrzeń zaczerpnięta jest jakby z fantazji złośliwych dzieci, a jej estetyczne wykończenie odsyła do baśniowej ornamentyki. Mechanizm zegarowy w drzwiach, pomieszczenie obstawione prześcieradłami noszonymi przez duchy i skrytki na szerokość dłoni to tylko część atrakcji, jaką oferuje dumny ze swej jarmarcznej proweniencji „Dom strachów”.

4. „Nie ma nas w domu” („Sorry We Missed You”). Reżyseria: Ken Loach. Scenariusz: Paul Laverty. Obsada: Kris Hitchen, Debbie Honeywood, Rhys Stone, Katie Proctor. Belgia, Francja, Wielka Brytania 2019.

Ken Loach częściej niż inni filmowcy konfrontowany jest z zarzutami o demagogię. Upodabniający się do rzeczywistości pozafilmowej przezroczysty styl i paradokumentalna metoda sytuują reżysera w pozycji podejrzanego. Adwersarze jego twórczości, jeśli nie krytykują bezpośrednio autora za grubo ciosaną polityczną jednostronność, to czynią przytyki pod adresem uchybień artystycznych – melodramatycznej przesady i szantażu emocjonalnego. Gdy patrzy się na wahliwą filmografię Loacha z ostatnich dwudziestu lat, może się wydawać, że sam twórca przeprowadza niezmiennie autokrytykę swego spojrzenia. Raz wzbogaca reprezentacje „prawdziwego życia” o trochę więcej kreacji, później znów redukuje świat przedstawiony do bardziej oschłego obrazu. Gorzki realizm przeplata się z feel-good movies, bezwstydne wyciskacze łez sąsiadują z filmami imitującymi metodę obserwacji. Z pewnością niesłuszne są opinie, że reżyser prawie w całej karierze kręci ten sam film. Świadczy o tym choćby przesunięcie, jakie dokonało się między patetycznym „Ja, Daniel Blake” a „Nie ma nas w domu” – cenionym przez miłośników bardziej stonowanego kina społecznego.

Niezależenie od tych wahnięć, w twórczości Loacha stałą pozostaje humanizm. W najnowszym filmie, podobnie jak w wielu innych dziełach autora, wyraża się on już na poziomie doboru obsady. „Nie ma nas w domu” udowadnia, że zmęczone twarze „zwykłych ludzi”, podobnych do naszych sąsiadów, rodziców, tramwajowych współpasażerów, mogą nabrać w kinie wyjątkowego piękna, jeśli ukaże się je z miłością bliźniego. Ciepłe spojrzenie na człowieka dotyczy także relacji między bohaterami. Realia u Loacha są przecież równie okrutne, co przepełnione troską. Rodzina jakoś trzyma się razem, choć rodzicom i dzieciom dokucza stres i brak czasu. Ciężko pracująca opiekunka nie poddaje się znieczulicy, mimo że zmuszona jest do upokarzającego wysiłku przy pielęgnacji swoich pacjentów. Na moment ludzkiego wymiaru nabierają również zimne biznesowe relacje między kurierem a odbiorcą przesyłki, gdy ci orientują się, że kibicują przeciwnym drużynom piłkarskim. W „Nie ma nas w domu” nawet kłótnie przedstawione są z sercem. I być może w tym aspekcie czołowy realista współczesnego kina pozostaje największym fantastą. Wszyscy życzylibyśmy sobie żyć w świecie, w którym w parszywy dzień obcy ludzie z przystanku zwracają się do nas z pytaniem, czy wszystko w porządku.

5. „Dora i Miasto Złota” („Dora and the Lost City of Gold”). Reżyseria: James Bobin. Scenariusz: Nicholas Stoller. Obsada: Isabela Moner, Eugenio Derbez, Michael Peña, Eva Longoria. Australia, Meksyk, Stany Zjednoczone 2019.

„Dora i Miasto Złota” to prawdopodobnie najsłodszy film ostatniego roku. Kinowa realizacja oparta na serialu dla dzieci w wieku przedszkolnym na pozór może wydawać się dość niszową pozycją, podobną do miałkich familijnych koprodukcji, które polscy dystrybutorzy oferują tak zwanej widowni rodzinnej. „Dora…” obdarzona jest jednak dużo bardziej wyrazistym charakterem. Składają się na niego elementy zaczerpnięte ze współczesnego kina amerykańskiego: tonacja i ikonografia przygodowych filmów familijnych, schematy teen movies, rys bohaterów kreślony jakby ręką Wesa Andersona. Zarazem jednak film wymyka się próbom wpisania go w obręb odtwórczej rozrywki.

Są w tym niepozornym dziełku lekkość i urok, które sprawiają, że nawet humor skatologiczny wydaje się czarujący. Dowcip w swoich najlepszych momentach plasuje się zresztą w obszarze żartów znanych z niezależnych quirky comedies, a nie charakterystycznego dla kina familijnego burleskowego humoru. Najmocniejszym komediowym punktem jest z pewnością Isabela Moner wcielająca się w postać Dory. Dzięki Moner, obdarzonej dużymi oczami i sympatyczną mimiką, film aktorski upodabnia się do skocznej animacji. Nie jest przy tym bardziej infantylny niż niejedna utytułowana amerykańska produkcja kierowana stricte do dorosłych widzów. Irytujący i groteskowy aspekt serialu, jaki rodzice młodszych dzieci mogli kojarzyć z przemądrzałą miłośniczką przygód, został przekuty w prawdziwe komediowe złoto.