ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (385) / 2020

Kamila Czaja,

LITERATUROZNAWCZY STAND-UP (THOMAS C. FOSTER: 'CZYTAJ JAK PROFESOR')

A A A
Najpierw chwilę ponarzekam, żeby mieć ten przykry obowiązek z głowy – i móc potem już tylko chwalić bardzo przyjemną niespodziankę, jaką okazała się dla mnie popularyzująca czytanie, takie nie tylko ze zrozumieniem, ale i z pogłębioną interpretacją, książka Thomasa C. Fostera „Czytaj jak profesor. Nietypowe i ciekawe wskazówki, jak czytać między wierszami”. Ta pozycja, najwyraźniej znana i czytana w Stanach Zjednoczonych przez licealistów i ich nauczycieli, a także przez studentów (autor zdradza w przedmowie, że myślał o niej jako o pomocy dla starszych studentów, którzy po latach chcą uzupełnić wykształcenie, jednak zasięg okazał się szerszy), trafiła na polski grunt i mam nadzieję, że się tu przyjmie. Może doczekamy się wtedy tłumaczeń innych prac Fostera – choćby tych skupionych osobno na powieściach, poezji i odbiorcy dziecięcym.

Foster a sprawa polska

No tak, już chwalę, a miałam zacząć od krytyki. Większe problemy widzę z „Czytaj jak profesor” dwa, chociaż z czasem prawie przestał mi przeszkadzać pierwszy z nich, mianowicie tytuł (w oryginale „How to Read Literature Like a Professor. A Lively and Entertaining Guide to Reading Between the Lines”). Otóż brzmi on jak tytuł poradnika w rodzaju „Jak zostać milionerem w pięć minut” – przy czym oczywiście analogia ta dotyczy wyłącznie wmawiania ludziom, że pewne rzeczy można osiągnąć błyskawicznie, dzięki lekturze jednej książki, bo poza tym czytanie – nawet jak profesor albo i wręcz jako profesor – z zostawaniem milionerem ma niewiele wspólnego… Budzący mój sprzeciw marketingowy chwyt idzie zresztą w parze z otwierającymi książkę reklamami w rodzaju: „Doskonałe narzędzie dla klubów książki” (s. 6). Czemu więc mój początkowy opór minął? Otóż w trakcie lektury odkryłam, że Foster ma do tego rodzaju „magicznych” formuł dystans, o czym jeszcze będzie mowa.

Drugi zarzut natomiast uderza nie w autora, tylko w polskie wydania. Od razu przy przeglądaniu publikacji nieco mnie zmroziło odkrycie, że: „[w] tłumaczeniu książki na język polski znajdują się przykłady, pochodzące z książek polskich autorów, które nie występują w oryginale” (s. 4). Nie tylko zresztą znajdują się w tej pracy, ale na dodatek nie zostały w żaden sposób wydzielone, wręcz zadano sobie dużo trudu, by włączyć je w narrację Fostera. Podejrzewam, że było to z autorem uzgodnione – ale to jeszcze nie znaczy, że to dobry pomysł. Jeśli już, chciałabym wiedzieć, kto wybrał akurat te przykłady z literatury polskiej (Adam Lard, czyli redaktor przekładu?) i gdzie kończy się Foster, a zaczyna rodzimy dodatek. A tak naprawdę wolałabym, żeby tego dodatku po prostu nie było, bo do końca książki nie oswoiłam się z Tadeuszem Konwickim wskakującym nagle między Tima Parksa a Williama Faulknera (zob. s. 87), wstawkami w rodzaju: „(…) a w Polsce choćby Dorota Masłowska czy Ignacy Karpowicz” (s. 19) czy wyróżnieniem na przykład akurat „Góry Tajget” Anny Dziewit-Meller. Gdyby nawet się pogodzić– na co się nie zdobędę – z tak głęboką ingerencją w oryginalny tekst, to trzeba dostrzec, że dopiski są głównie mechaniczne, a nawet te trochę rozbudowane nie mają uroku wykładu Fostera. Jeśli jednak i to jakoś przełknąć, zostaje inny argument: ta książka ma przede wszystkim pokazać pewne powracające tematy czy uniwersalne „triki” interpretacyjne. Należało więc zaufać, że po lekturze czytelnik sam będzie umiał wykorzystać je w myśleniu o literaturze – polskiej czy każdej innej, jaka wpadnie mu w ręce.

Przy okazji wskazywania braków wspomnę jeszcze krótko, że chociaż polskie tłumaczenie tylko dwa razy skonsternowało mnie na tyle, że musiałam zajrzeć do oryginału, to były to jednak wpadki zbyt duże, by pominąć je milczeniem. Kiedy w kontekście tytuł „Cisco Kid” z 1931 roku czytam, że to serial (zob. s. 268), trochę nie dowierzam – i słusznie, bo w oryginale nie ma słowa serial i dla czytelnika anglojęzycznego jest zapewne jasne, że chodzi o film (serial o tym tytule to lata 1950-1956). A gdy w analizie przeczytanego przed momentem w książce Fostera opowiadania zauważam odkrycie, że „Laura zobaczyła, jak żyje druga połowa ludzkości, i umarła”, chociaż Laura wcale nie umarła, tylko była świadkiem cudzej śmierci, zastanawiam się panicznie, czy to jakaś umykająca mi przenośnia. Ale wyjaśnienie okazuje się bardziej prozaiczne, skoro w oryginale ten fragment brzmi: „Laura has seen how the other half lives – and dies”.

„Pamięć. Symbol. Schemat”

Tekstowa objętość zarzutów, co od razu podkreślam, nie jest adekwatna do mojego podejścia do „Czytaj jak profesor” jako całości, bo książka dała mi mnóstwo frajdy, a może służyć nie tylko rozrywce. Foster w ramach jednego tomu porusza wiele interesujących wątków, które tu zaledwie, możliwie zwięźle, wyliczę, nie odmawiając sobie przyjemności przytoczenia tytułów rozdziałów. Równocześnie jednak proponuje autor świetne syntetyczne ujęcie najważniejszych spraw. „Pamięć. Symbol. Schemat” (s. 28) – wymienia we wstępie („Wstęp – Jak on to zrobił?”), tłumacząc, że w skrócie chodziłoby o: znajomość innych utworów literackich, umiejętność czytania symboli oraz rozpoznawanie konwencji.

Potem te założenia Foster sprawdza w tekstach bardziej szczegółowych, których tytuły często same są ich najlepszym streszczeniem: „Każda podróż to epicka wyprawa (chyba że jest inaczej)”, „Miło z tobą zjeść: akty komunii”, „Miło cię zjeść: akty wampiryzmu”, „Gdzie ja to już widziałem?”, „Gdy masz wątpliwości, to na pewno z Shakespeare’a…”, „…albo z Biblii”, „Jaś, Małgosia i spółka” (literatura dziecięca jako źródło nawiązań), „Kto udaje Greka?” (o mitach), „Więcej niż tylko deszcz i śnieg” (pogoda jako metafora), „Nigdy nie stawaj obok głównego bohatera” (to tutaj pada cudowne wyznanie: „Moja ulubiona rozrywka podczas omawiania »Iliady« to wskazywanie tego, co spotkało woźniców Hektora” [s. 125]). Dalej mamy „To cię nie tylko zaboli: o przemocy”, „Czy to symbol?” (rozdział zaczyna się odpowiedzią: „Oczywiście, że tak” [s. 159]), „To wszystko polityka” (i o dziwo tu akurat nie dopisano wiersza Szymborskiej!), „Tak, ona też jest inspirowana Chrystusem”, „Loty w wyobraźni” (o znaczeniu latania). Następnie są dwa rozdziały, które trzeba traktować łącznie: „We wszystkim chodzi o seks…” i „…poza seksem”. Oprócz cudownego opisu, że przy dotyczących erotyki interpretacjach na zajęciach poza nielicznymi studenckimi wyjątkami „[p]ozostała trzydziestka piątka wygląda, jakby sufit miał zaraz runąć im na głowy” (s. 212), znajdziemy to fantastyczne podsumowanie całego zagadnienia: „To może doprowadzić człowieka do szału, nie sądzicie? Pisząc o innych rzeczach, sygnalizują seks, a kiedy piszą o seksie, chcą przekazać coś innego. Jeżeli piszą o seksie i mają na myśli seks, istnieje na to określenie. Pornografia” (s. 216).

Pędzimy dalej. „Jeżeli pojawia się ona, to chodzi o chrzest” (czyli o wodzie), „Geografia ma znaczenie…” (z istotnym dopowiedzeniem: „Nie chodzi tylko o miejsce akcji, ten wyświechtany termin stosowany na lekcjach literatury. To miejsce, przestrzeń i kształty, które prowadzą nas do idei, psychologii, historii i dynamizmu” [s. 249]), „…podobnie jak pora roku”, „Naznaczony do wielkości” (interpretacja fizycznego kalectwa), „Nie bez powodu jest ślepy”, „To nigdy nie jest tylko choroba serca… I rzadko tylko dolegliwość”. Potem następuje bardzo ważny rozdział: „Nie czytaj własnymi oczami”, w którym Foster uczy, że nie powinno się przy interpretacji ograniczać do własnego świata i swojego „jedynego słusznego” punktu widzenia. Poziom trudności rośnie, na koniec pojawiają się rozdziały „To mój symbol i zrobię z nim, co zechcę”, dotyczący symboli nieznajdujących odpowiedników w innych dziełach (słusznie autor doradza: „Najważniejszy jest kontekst” [s. 323] i pociesza: „Nawet dziwactwa zazwyczaj mają nieco sensu. A może trzeba by powiedzieć: zwłaszcza dziwactwa” [s. 330]), oraz „On tak na poważnie? I inne ironie”, z powtórzoną dla utrwalenia frazą „ironia zmienia wszystko” (s. 331, 341).

Zostaje już tylko rozdział zatytułowany „Sprawdzian”, w którym przytoczono w całości opowiadanie „Garden Party” Katherine Mansfield, tekst sam w sobie ciekawy i dobrze pełniący rolę materiału dla przedstawionych po nim różnych odczytań, od najbardziej oczywistych (tu: klasowych) przez analizę powtarzalnych, wymagających odkrycia motywów po opartą na katabazie interpretację wysuniętą przez samego Fostera. I jeszcze zakończenie, a w „załączniku” – „Lista lektur i inne materiały”. Plus „Lista obecności”, czyli, niestety ślepy, indeks nazwisk i tytułów, osobno także dla autorów i dzieł obecnych (niestety, obecnych) tylko w wydaniu polskim.

Teoria to nie wszystko

Z samej literaturoznawczej mozaiki dyktowanej tytułami rozdziałów od razu wynika, że nie celuje Foster w spójny systemowy wywód. Miesza poziomy, wszak dostrzeganie toposów będzie czymś innym niż rozpoznawanie w tekście konkretnych nawiązań, stosowanie nadrzędnych metod lektury albo znajomość wielkich kategorii symboli i ironii. Takie eklektyczne treści w praktyce się jednak sprawdzają, chodzi przede wszystkim o lekturową funkcjonalność podsuniętych „narzędzi”, o tytułowe czytanie „między wierszami”. Nie wdaje się też Foster w dywagacje teoretyczne, przemycając równocześnie nazwiska i pojęcia tam, gdzie to jego zdaniem niezbędne. Wprost pisze: „Nie jestem fanem najnowszych francuskich teorii lub żargonu dowolnego rodzaju, ale czasami nie da się bez tego obejść” (s. 267). Głównie w dwóch „interludiach”, chociaż nie tylko, pojawi się więc intertekstualność. Sporo miejsca poświęcono intencjom i „śmierci autora”. Namawia Foster: „Ograniczmy się lepiej do dyskusji o tym, co faktycznie [pisarz – K.C.] zrobił, a co ważniejsze – co my, czytelnicy, możemy odkryć w jego dziełach” (s. 144), argumentując tu zdroworozsądkowo, że trudno pytać zmarłych o intencje („Wszyscy pisarze ostatecznie zgromadzą się w niebie wokół stoiska z przecenionymi tytułami” [s. 379]). W innym miejscu stawia jednak granicę nadinterpretacji (chociaż nie wspomina Umberta Eco). Wprawdzie zainteresowany jest głosem czytelnika („I najważniejsze: co się tu właściwie dzieje w waszym odczuciu?” [s. 170]), ale dodaje zastrzeżenie: „Wyobraźnia to nie to samo co fantazjowanie. To znaczy, że nie możemy zwyczajnie wymyślić znaczenia bez pomocy autora, a jeśli już to zrobimy, nie powinniśmy zwalać na niego odpowiedzialności” (s. 170).

Wystąpią w „Czytaj jak profesor” między innymi Michaił Bachtin, Roland Barthes i Northrop Frye, a mimo że nie padnie nazwisko Ferdinanda de Saussure’a, pozna czytelnik podział na znaczące i znaczone (zob. s 334). Korzysta więc Foster z dyskursu oszczędnie, ale z sensem. Może tylko dekonstrukcja obrywa od niego niesłusznie, mocno tu spłycona i wprost kontestowana: „Wolę, gdy po całym dniu pracy analizowane dzieło nadal mi się podoba” (s. 310).

Pół żartem, pół serio

Nie będąc głównym założonym odbiorcą nauk zawartych w „Czytaj jak profesor”, bardziej domyślam sie, niż doświadczam, że podane tam wskazówki faktycznie spełnią cel. Sama nie dowiedziałam się za dużo nowego o tym, jak czytać (i pewnie to dobrze – jeszcze by kazali dyplom oddać). Poznałam jednak sporo detali na temat konkretnych książek anglojęzycznych. Foster przywołuje sporo tytułów, często jednak wraca w bardziej szczegółowych rozważaniach do tych samych dzieł czy autorów (łatwo dostrzec silną obecność choćby D.H. Lawrence’a czy Toni Morrison, zdarzają się nawet, chociaż na szczęście bardzo nieliczne, powtórzenia jakichś uwag), czego zresztą autor jest świadomy i co łączyć należy pewnie z jego podejściem do kanonu, który zresztą świetnie definiuje: „Przy okazji, »kanon literatury« to nadrzędna lista utworów, w której istnienie nikt nie wierzy, ale wszyscy wiemy, że liczy się w pełen bardzo szczególny sposób” (s. 96).

Raczej utrwalając wiedzę o interpretacji, niż zdobywając nową, fenomenalnie się jednak bawiłam. Foster proponuje swoisty literaturoznawczy stand-up, wypełniając książkę żartami i wchodząc w komiczne dialogi z wymyślonym interlokutorem. Zapewnia, że „to nieprawda, że analiza zabija przyjemność” (s. 136) – a samo czytanie jego analiz już jest przyjemnością. Humor i dystans do samego siebie słychać już od przemowy i mam nadzieję, że w moim dotychczasowym omówieniu „Czytaj jak profesor” też tę cechę książki słychać. I tak mnóstwo udanych point pomijam, ale jeszcze chociaż kilka chciałabym przywołać. Porównując sytuację powstawania dzieł literackich do… beczki z węgorzami, zauważa Foster: „Cóż, jeśli to porównanie nie całkiem odstręcza was od czytania, to widać, że traktujecie sprawę poważnie” (s. 64). Porządkując bohaterów „Hamleta” od tych najbardziej pełnowymiarowych, konkluduje: „Jorik się nie liczy. Aby być bohaterem, musisz składać się z czegoś więcej niż tylko czaszki” (s. 138). A w innym miejscu proponuje psychotest: „Możesz być postacią inspirowaną Chrystusem, jeżeli… (zaznacz wszystko, co cię dotyczy) (…)” (s. 188).

Śmiejąc się z żartów Fostera, starałam się jednak nie tracić z oczu poważnego aspektu książki, który również pozytywnie do mnie przemawia, ale nieco inaczej. Tu wracam do tego, czemu tytuł „Czytaj jak profesor” raził mnie coraz mniej w trakcie lektury. Otóż Foster przypomina o sprawach fundamentalnych. Pisze: „Profesor, jako nieco bardziej doświadczony czytelnik, z biegiem lat nauczył się korzystać ze swoistego »języka lektury«, z którym studenci dopiero zaczynają się zapoznawać” (s. 25), „Za rozpoznawanie schematów częściowo odpowiada wrodzony talent, jednak przeważnie trzeba po prostu nabrać wprawy (…)” (s. 60). Albo najprościej: „Trzeba ćwiczyć” (s. 27). Żadna natychmiastowa przemiana w idealnego czytelnika po jednym tomie wskazówek, żaden cud wywołany machnięciem czarodziejską różdżką czy w tym wypadku – przekartkowaniem magicznej książki.

Zresztą „Czytaj jak profesor” to skarbiec mądrych literaturoznawczych „aforyzmów”: „»Zawsze« i »nigdy« nie mają zbyt wielkiego znaczenia w studiach nad literaturą” (s. 36), „Jedyną rzeczą, która przygotuje was na czytanie »Ulissesa«, jest lektura »Ulissesa«” (s. 327), „Kiedy czytacie opowiadanie lub wiersz, wiedza religijna okazuje się przydatna, natomiast wierzenia, jeżeli trzymamy się ich zbyt kurczowo, mogą stanowić problem” (s. 186), „Jedyne, co uważam za nie do przyjęcia, to odrzucenie tego lub jakiegokolwiek innego dzieła bez uprzedniego zapoznania się z nim” (s. 314)… Uczy Foster rzeczy podstawowych, a ważnych: „Wyzwanie w literaturze polega na szukaniu odpowiedzi, ale równie ważne jest dostrzeganie, jakie pytania należy zadać. Jednak – jeżeli będziemy uważni – tekst zazwyczaj nam podpowie” (s. 285). Najważniejsze z pytań podsuwa wiele razy wprost: „Dlaczego? Zawsze to samo pytanie: dlaczego?” (s. 102).

Być może część odbiorców, zwłaszcza „zawodowych” czytelników, zirytuje wyważenie autora. Zajmuje on wygodnie ostrożne stanowisko w kwestii polityczności literatury (tak, książki mają poruszać ważne problemy swojego czasu; nie, nie powinny się ograniczać do bycia literaturą polityczną) i prawie wcale nie wchodzi w polemiki ze zwolennikami jakiejś bardziej sprecyzowanej koncepcji czytania. Sam proponuje narzędzia maksymalnie uniwersalne, ale ich ateoretyczność nie każdemu przypadnie do gustu. Nie pisze bowiem Foster o hermeneutyce, ale za nią podąża: „Wiem, że już o tym wspominałem i zrobię to jeszcze nie raz, ale warto to powtarzać: jeżeli czegoś nie ma tekście, to coś nie istnieje” (s. 130). Dla niektórych pewnie za tradycyjne, nienowoczesne, dalekie „nowej humanistyce”. A dla mnie? Cóż, muzyka dla moich uszu, zmęczonych atomizacją literaturoznawczego dyskursu i odsuwaniem tekstu na dalszy plan, na pozycję służebną wobec teorii.

***

„Czytaj jak profesor” to zachwycająco zabawna i mądrze popularyzatorska książka o czytaniu. Jasne, że podejmuje tylko wybrane wątki. I sporo daje, ale ma być przede wszystkim zachętą do ćwiczeń i dalszych lektur, bardziej już zaawansowanych. Wbrew tytułowi treścią nie obiecuje cudów, a już na pewno nie gwarantuje milionów. Załączoną listę lektur komentuje Foster następująco: „Jedyne, co zyskacie dzięki przeczytaniu tych dzieł, to fakt, że staniecie się bardziej wykształceni. To moja oferta” (s. 390). Oferta nie do odrzucenia!
Thomas C. Foster: „Czytaj jak profesor. Nietypowe i ciekawe wskazówki, jak czytać między wierszami”. Przeł. Elżbieta Janota i Paulina Rzymanek. Wydawnictwo Fabuła Fraza. Warszawa 2019.