Wydanie bieżące

1 lipca 13 (85) / 2007

Łukasz Iwasiński, Karol Czajkowski,

ALAMUT

A A A
Debiut formacji Alamut ma szansę pojednać ze sobą miłośników korzennego transu i wysmakowanego, flirtującego z muzyką ludową avant-popu w stylu „Kaszebe” Ola Walickiego. Album przynosi gładką, ale zarazem pełną dramaturgii fuzję multikulturowego etno i jazzu. A to dopiero początek drogi. Grupa ma w planach wydanie płyty z gościem z Mongolii i kilka innych pomysłów, które wyklarują się w najbliższym czasie. Oto, co powiedział kierownik projektu Alamut – Karol Czajkowski.



Łukasz Iwasiński: Przedstaw zespół i jego historię, bo niewiele o Was wiadomo.

Karol Czajkowski: Zespół nazywa się Alamut (dawniej Ogrody Alamut). Początkowo, w 2003 roku było to trio: Czajkowski, Wójcicki i Polat. Z czasem rozrosło się do septetu, w którym gramy od 2005 roku. W przypadku tego zespołu trudno mówić o stałym składzie. Jego trzon tworzą: kierownik – Karol Czajkowski (gitara), Asja (wokal). Kuba Borysiak (klarnet), Łukasz Wójcicki (bendir, udu, bębny, wokal), Alpago Polat (ney), Wojtek Pulcyn (kontrabas). Wiele koncertów zagraliśmy z gościnnym udziałem innych muzyków, m.in. Bogusza Wekki (bębny), Seby Wielądka (ney), Maćka Kierzkowskiego (bęben huculski). Oprócz nich czasami zaszczycają nas swoją obecnością inni zaprzyjaźnieni muzycy: Mazzoll (klarnet basowy), Boldbaatar Suchdordż (choomij, moorin choor) czy ostatnio Kinior (klarnet, sax). Historia zespołu jest historią klasyczną, jakich wiele. Dobór muzyków nie był specjalnie kalkulowany. Najważniejsze było zrozumienie istoty wspólnego muzykowania, pewna specyficzna wrażliwość, która polega m.in. na umiejętności operowania dramaturgią, transem, uważnym słuchaniu i reagowaniu na grę partnerów. Zawsze stroniliśmy od podejścia zwrotka-refren-zwrotka. Dlatego grają z nami osoby, dla których improwizacja jest pewnym nadrzędnym elementem twórczej wypowiedzi. Ludzie, którzy nie potrzebują wiedzieć, w którym takcie kończy się solo, lub po ilu taktach kończymy utwór. Wielokrotnie na koncertach zapuszczamy się w rejony nowe, w których nie muszą się sprawdzać patenty sprawdzone na próbach. Wtedy pojawia się najciekawsze – budowanie misternej konstrukcji. Gramy ze wspaniałymi muzykami, którzy udzielają się w wielu innych zespołach, niekiedy formatu światowego. Alamut jest grupą rodzinno-przyjacielską. Jest przede wszystkim spotkaniem i rozmową, bo poza sceną także spędzamy ze sobą wiele czasu.

Ł.I.: Mieszacie wątki – zwłaszcza – indoeuropejskiego etno i jazzu. Jest w Waszej muzyce sporo klimatów zarówno blisko-, jak i dalekowschodnich, coś z iberyjskiego folku, szczypta klezmerki, ale słychać i słowiańską nutę. Skąd takie zainteresowania? Jak kształtowała się Wasza estetyka?

K.C.: Wątki te, to nasza historia, garb który niesiemy od dzieciństwa. Pochodzimy z różnych miejsc, w których przecinały się rozmaite wpływy kulturowe, zatem naszym obrazem jest stylistyczny eklektyzm, np. Alpago Polat to Turek od ponad 10 lat mieszkający w Polsce. On jest kulturowo predystynowany do grania bliskowschodniej muzyki, my zaś możemy się tylko tego lepiej lub gorzej nauczyć. Dlatego zawsze byłem przeciwny odgrywania standardów muzyki konkretnego rejonu. Nikt z nas jej nie zrozumie i dla nikogo nie będzie tak naturalna jak dla człowieka, który się z nią urodził. Z drugiej strony jesteśmy globalną wioską i mamy dostęp do każdej muzyki. I ten dostęp wykorzystujemy, czerpiemy wiele inspiracji, by opowiadać swoje historie – z muzyki tureckiej, malijskiej, latynoskiej, mongolskiej, polskiej, indyjskiej i wielu innych. Swoje to znaczy takie, które ulepione są z naszych wspólnych doświadczeń muzycznych, duchowych i fizycznych od narodzin po piach. Wszyscy jesteśmy pasjonatami muzyki. Słuchamy jej, poszukujemy, nagrywamy. To są jednak tylko środki. Zaś cel, prawda w muzyce leży gdzieś poza tym wszystkim. W transie, w stanach szczególnego skupienia.

Ł.I.: Czy fakt, że czerpiecie głównie z Orientu ma związek z jakąś głębszą filozofią życia, światopoglądem, religią, czy chodzi jedynie o wymiar estetyczny tamtejszej muzyki?

K.C.: Raczej estetyczny, choć pojęcia ekstazy muzycznej i rzeczonego transu są charakterystyczne dla muzyki np. sufickiej. To, co dla muzyki Wschodu jest naturalne: obrzędowość, obecność pierwiastka religijnego, w europejskiej zdarza się rzadko. Ale zaprotestuję, nie czerpiemy głównie z Orientu. Pracujemy teraz nad płytą, która poruszy nieco inne struny.

Ł.I.: Korzystacie z egzotycznego instrumentarium: ney, bendir, udu. Przybliż je.

K.C.: Ney to archaiczny w formie flet trzcinowy. Alpago używa tureckiej odmiany tego instrumentu – kiz. Sebastian zaś gra na jego perskiej odmianie. Oba różni sposób zadęcia i skala. Ney jest podstawowym instrumentem w tureckiej muzyce sufickiej i zarazem głównym w obrzędach Mevlevi – derwiszy. Bendir to bęben obręczowy, którego przodków należałoby szukać w północnej Afryce. Egzemplarz Łukasza pochodzi z Turcji. Udu to również instrument perkusyjny w formie ceramicznego dzbana z dwoma lub więcej otworami. Używany w wielu kulturach, wywodzi się z terenów Afryki.

Ł.I.: Duże wrażenie robi śpiew wokalistki, Asji. Dysponuje duzymi możliwościami, słychać znajomość orientalnych technik wokalnych. Skąd te umiejętności?

K.C.: Asja jest wielce utalentowaną osobą. I co najważniejsze – samorodnym talentem, nie prostowanym na szczęście przez żadne polskie szkoły muzyczne. Istotnie, używa różnych technik, w tym również wschodnich. Wypracowała je sama, eksperymentując z głosem i słuchając muzyki.

Ł.I.: Łączenie indoeuropejskiego etno (albo w ogóle muzyki świata) z psychodelią i improwizacją ma u nas długą tradycję, sięgającą od Osjana, Kiniorskiego, Kwartet Jorgi, przez Atmana, Karpaty Magiczne, po Band of Endless Noise. Warto wspomnieć tu także Asunta, Beltaine, Hati. Wszystkie te projekty stanowią współczesne, ale w każdym przypadku zupełnie inne, oryginalne ujęcie muzyki źródeł czy szeroko rozumianego etno. Cenicie te formacje? Miały one jakiś wpływ na Was?

K.C.: W sensie poszerzania świadomości część z nich miała na nas duży wpływ – mam tu na myśli zwłaszcza osobę Jacka Ostaszewskiego, Wojtka Waglewskiego i Włodka Kiniorskiego. Wychowałem się na Osjanie, Tie Break. Każda próba wyjścia z mainstreamu jest cenna.

Ł.I.: Znasz romansujące z eterycznym etno wydawnictwa Zorna z serii „Music Romance”? Dostrzegam w Waszej koncepcji pewne podobieństwa do nich, zbliżoną aurę...

K.C.: Piękne porównanie, ale niestety, jeszcze ich nie słyszałem.

Ł.I.: Jacy artyści mieli na Was największy wpływ, jakich darzycie szczególną estymą?

K.C.: Nasz zespół to wiele osobowości, oryginałów i ekscentryków. Każdy dużo słucha, czyta, każdy ma swoje fascynacje. Nie sposób wymienić tu wszystkich inspiracji, nie sposób też wybrać kilku najważniejszych. Bob Marley, większość wydawnictw ECM – Brahem, Garbarek, Jarret, Towner; Nusrat Fateh Ali Khan, Sepultura, Yunghen Lhamo, Hector Zazou, Ali Farka Toure, Tinnariwen, Rokia Traore, Dead Can Dance, Erguner, Laswell, Janerka, Bach, Brian Eno, Niemen, Umberto Eco, Bruno Schulz, Hesse, Grotowski, Lupa, Jarzyna, Allen, Kondratiuk, Kolski, Jeunet, Caro, Leone, Pacino, Wilhelmi, i wielu innych...

Ł.I.: Wasza muzyka ma wiele wspaniałych momentów, jest pełna intrygujących niuansów, kunsztownie wykonana. To jednak dźwięki zwiewne, gładkie, raczej relaksacyjne - brak w nich atawistycznego, nieoswojonego pierwiastka przynależnego, moim zdaniem, najlepszej muzyce etnicznej. Przyznam, że przez to wymuskanie, dodatkowo „mistyczną” oprawę graficzną, narażacie się na zarzut o pewne przeestetyzowanie, a także zbliżanie się do pseudo-natchnionego, muzaka à la new age...

K.C.: Płyta została nagrana na tzw. setkę, czyli bez nakładek. To żywioł i improwizacja. Jeśli czujesz w tym dźwięki relaksacyjne, widać mieliśmy w studio i poza nim szczęśliwy czas. Nagrywaliśmy w świetnym studio i mogliśmy tam realizować rozmaite pomysły brzmieniowe. Tego prawdziwa muzyka etniczna nie ma. Jednak, aby usłyszeć atawistyczną dzikość, zapraszamy na koncerty. Oprawa graficzna jest wynikiem pracy mojego brata – Huberta Czajkowskiego i świetnie oddaje estetykę i specyfikę tego, co robimy. Jeśli ktoś uważa, że jest to natchnione new age, to cóż, jego sprawa, to jest kwestia gustu. O ile mi wiadomo, nikt z nas nie skończył kursu reiki, nie przykleja sobie też łyżek do czoła. Jesteśmy po prostu estetami.

Ł.I.: Jakie są Wasze dalsze plany?

K.C.: Wielkie. A co z tego będzie, zobaczymy. Pracujemy nad nową płytą, chcemy się rozwijać.

Ł.I.: Dziękuje za rozmowę.