ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (85) / 2007

Kamil Dąbrowski,

BLACK REBEL MOTORCYCLE CLUB

A A A
“Baby 81”. Universal Island Records, 2007.
Z nagrywaniem płyt jest jak z gotowaniem ulubionej potrawy. Raz może wyjść wyśmienicie, ale już innym razem tylko dobrze. Gorzej jest wtedy, gdy źle dobierzemy składniki i wychodzi nam produkt inny od zamierzonego, czyli potocznie mówiąc „da się zjeść”. Zespołowi ze słonecznej Kalifornii nie zdarzyła się jeszcze taka wpadka. Jako niezbyt udany (według niektórych opinii) można odebrać ich drugi krążek z dyskografii „Take Them On, On Your Own”. Na pewno nie był tak precyzyjny jak debiut, ale wszystko można zawsze zwalić na syndrom „drugiego albumu”. Poza tym w twórczości B.R.M.C. generalnie nie ma słabych punktów. Są tylko bardziej lub mniej porywające utwory, których nie powstydziliby się starzy wyjadacze z rockowej czołówki.

Album „Baby 81” obok „Icky Thump” duetu White Stripes okazał się jednym z bardziej oczekiwanych tytułów roku. A przynajmniej pierwszego półrocza. Być może lepiej będzie przyjęty za Atlantykiem, gdzie zespół częściej koncertuje i posiada większą liczbę fanów. Zważywszy siłę, z jaką trio wtoczyło się na rockowe drogi w przeciągu kilku zaledwie lat (od debiutu minęło ich tylko 6), zyskując sobie aplauz i szacunek na całym globie. Poprzednim albumem „Howl” muzycy zmyli swoje grzechy. Poprawili relacje między sobą i powrócili „do żywych”. Katharsis w postaci gospelowo/bluesowych kompozycji przyniosło echa w postaci taśm z hipnotycznymi i soczystymi szkicami utworów, które miały stać się potem bazą następnej płyty. Trzeba naprawdę niezwykłego kunsztu, aby za pomocą tradycyjnego instrumentarium (gitary, klawisze, perkusja, harmonijka ustna) wyczarować dźwięki, które złożyły się na takie genialne w swojej prostocie utwory jak „Not Want You Wanted” czy „Window”. W tym ostatnim fundamentem jest fortepian, którego partie zespalają całość w iście rock’n’rollowym stylu, niemal Beatlesowskim z późniejszego okresu. Muzycy chętnie sięgają po sprawdzone już w poprzednich latach patenty. Choćby mocny akcent na początek w postaci dwóch rockowych killerów: „Took Out a Loan” i „Berlin”. Pierwszy to przygniatający szorstkimi riffami i ciężkim tempem motoryczny walec. Drugi to rytmiczny i strzelający przerywanymi frazami M16. Potem mamy przebojowy, wybrany na pierwszy singiel, „Weapon of Choice”. Robert Levon Been i Peter Hayes – tekściarze zespołu napisali hymn, w którym jak mantrę powtarzają refrenowe „I won’t waste it (…) I won’t waste my love on a nation”. Idealnie zgrane gitary, akustyczne ukryte za elektrycznymi, dały niesamowitą dawkę energii. „Ten pomysł już wcześniej chodził za mną – mówi Hayes – od początku tworzenia muzyki w B.R.M.C. starałem się wykorzystać go w kompozycjach. Oczywiście udało mi się przemycić akustycznego ducha grania w stricte rockowych numerach”. W najdłuższym „American X” trwającym dokładnie 9 minut 11 sekund (cóż za koincydencja!) mamy gitarowe solo w rytmie hipnotycznego beatu. Zamknijcie oczy i odpłyńcie… „To nasz najdłuższy numer” – mówi z kolei Been – „Skojarzenia czasu utworu z datą wrześniowych ataków są jak najbardziej oczywiste, jednak nie zamierzaliśmy uderzyć w jakiekolwiek polityczne tony”. Niech mówią, co chcą. Ocena i tak pozostanie po stronie słuchaczy.

„Baby 81” ma stanowić konsekwentne podnoszenie poprzeczki sobie i innym. Jakkolwiek potoczy się kariera ansamblu z San Francisco, wierzę, że kolejny album będzie przynajmniej równie wycyzelowany jak ten. Black Rebel Motorcycle Club muzycznie dojrzewa z każdą płytą. Spokojnie można więc wypić za ich sukces, sącząc kalifornijskie wino. Ten krążek to naprawdę wyborny kawał pieczeni z rodzynkami i aromatycznymi ziołami, polany ostrym rockowym sosem.