ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (85) / 2007

Marta Lisok,

SCHIZOFRENIA KAPITALISTYCZNA

A A A
Wycinanki, które tworzy Katarzyna Kmita, działają jak wentyl bezpieczeństwa, przybierając formę ornamentów, powstających na zasadzie wewnętrznego kopiowania pewnych modułów, są przewidywalne, oswojone poprzez schemat, który nimi rządzi. Ornament (z łac. ornare – zaopatrzyć, ozdabiać) – może pokrywać całą powierzchnię albo występować tylko w określonych polach, zazwyczaj nie jest elementem niezbędnym dla istnienia danego przedmiotu czy budowli. Jest raczej czymś, co dodane, zrodzone z pierwotnej potrzeby ozdabiania, nawadnia struktury, przekształcania amorficznego w uporządkowane. Zamknięty kosmos schematycznych, ornamentalnych struktur – pieczęci pozwala na traktowanie ich jako odsyłaczy i znaków reprezentacji. Ornament, wykształcany w zależności od danej kultury i jej poziomu, zapożyczany, przekształcany, stylizowany, w XX wieku uznany przez prekursora funkcjonalizmu Adolfa Loosa za zbrodnię, staje się zwykle elementem datującym, dookreślającym czas i miejsce powstania danego dzieła sztuki. Jego poszczególne moduły i części składowe reprodukują się same, nie potrzebując instancji porządkującej, czy powołującej ów ciąg do istnienia, nie posiadając przy tym jakiegoś pierwotnego oryginału, a jeśliby nawet był wśród nich oryginał, to i tak nie można byłoby odróżnić go od kopii.

W eksploatowanych przez Kmitę wycinankach łowickich mieniący się wszystkimi barwami tęczy ornament przestaje być jedynie tłem i przechodzi na pierwszy plan. Symetria i sposób, w jaki artystka komponuje swoje prace, powoduje skojarzenia z przybywającymi z najgłębszych pokładów kultury, prehistorycznymi znakami o charakterze magicznym. Użytą przez artystkę sztukę utrwalania motywów i sylwetek za pomocą wycinanek z papieru, która przybyła do Europy z Chin, w XVIII wieku posługiwali się karykaturzyści, później stała się rozrywką panien z dobrych domów. Salonowo-jarmarczny rodowód tej techniki zafascynował między innymi amerykańską artystkę Karę Walker, która opowiada przy użyciu wycinanek o rasistowskich stereotypach z czasów kolonializmu. Kmita, świadoma „ niskiego” statusu medium, jakim jest wycinaka sięga po nią i dodatkowo silnie zakorzenia w kontekście polskiej sztuki ludowej.



Pomiędzy dekoracyjne sploty i wici roślinne powstające na zasadzie lustrzanego odbicia wycinanego motywu zaplątały się ograniczone jedynie linią kwadratowej ramy samogenerujące się wirusy zbiorowej pamięci obrazowej, rozsadzające uładzoną kolistą strukturę od wewnątrz: loga, ikony popkultury, napisy i bajkowe postaci.

Zamiast przestylizowanych do granic abstrakcji łowickich sylwetek kogutków, dekoracyjnie ujętych gwiazdek i wybujałych kwiatków odnajdujemy w nich uśmiechniętą Myszkę Miki, zawstydzoną twarzyczkę Śnieżki, heraldyczne logo Peugeota, znaki firmowe McDonald`sa, Pizzy Hut czy coca-coli. Jest kolorowo, dosłownie, przyjemnie i lekko: „Wspaniałe w tym kraju jest to, że możesz oglądać telewizję i zobaczyć coca-colę i wiesz, że prezydent pije colę, Liz Taylor pije colę i pomyśl, że ty też możesz pić colę. Cola to cola i za żadne pieniadze nie kupisz lepszej coli od tej, jaką pije bezdomny na rogu. Wszystkie cole są takie same i wszystkie cole są dobre. Liz Taylor to wie, prezydent to wie, bezdomny to wie i ty to wiesz”.
Kolorystyka i wielość elementów pojawiających się w pracach Kmity przypomina migotliwą strukturę pawiego pióra i prowadzi ku Warholowskim eksperymentom z powtarzaniem, na przykład powielaniem opakowań firmy Brillo czy Campbell, gdzie sama nazwa stawała się ikoną, znakiem tego, co masowe, a sztuka przyjmowała rolę estetycznego kanibala wchłaniającego wszystko, co przyciąga wzrok swoją barwnością i efekciarstwem. Nawiązanie do „mistrza” Andy`ego jest w tym miejscu wielopoziomowe, bo czy wycinanki nie są kolejnym kręgiem na wodzie po kolorowankach, w których Warhol numerował poszczególne pola według kolorów, co pozwalało każdemu uzupełnić je bez ryzyka pomyłki w doborze barw?

Powtórzenie, zdwojenie, odbicie, wreszcie lustro, które zdaje się ustawiać Kmita działa na zasadzie sygnału wszechobecności kodów symulacji – cyklu niekończącego się wzajemnego samopowielania, przeplatania dla czystej satysfakcji estetycznej. Jej prace poprzez swoją symetrię mogą nasuwać skojarzenie z tzw. testem Rorschacha, projekcyjnym testem plam atramentowych, używanym w diagnozie klinicznej. Na jego podstawie wnioskuje się o nieświadomych treściach psychicznych, cechach osobowości i zaburzeniach psychicznych. W tym kontekście wycinanki mogą być czytane jako sposób odreagowania traumy, wytwór przesyconej, aż do pornograficznej obsceny, natłokiem form świadomości artystki, która próbuje ujarzmić je w odprężającym, prywatnym, mantryczno-transowym rytuale wycinania – porządkowania.

Artystce zdaje się być bliskie Warholowskie stwierdzenie: „I want to be a machine”, będące wyrazem afirmacji świata konsumpcji i masowej produkcji. Figura maszyny nie musi być w tym miejscu czytana jako znak pustki i beznamiętności popkultury, może wskazać kogoś, kto – poddany traumatyzującemu doświadczeniu – obiera strategię mimetyczną: zgodnie z którą skoro kultura serwuje mu przymus uczestniczenia w grze seryjnej produkcji oraz konsumpcji, wchodzi w nią zgodnie z inną sztandarową tezą pop-artu: „Making money is art, and working is art and good business is the best art.”

Skontrastowanie wypełnienia i braku, pustki i koloru nadaje pracom Kmity rytm, a wplecione gadżety mogą nieść refleksje nad współczesną rolą ornamentu, którym stają się towarzyszące nam na każdym kroku reklamy, billboardy, neonowe napisy, szyldy, afisze i plakaty. Postmodernistyczne zanurzenie w tradycję, nieustanne przepracowywanie wzorów, uzupełnianie, czytanie na nowo, z przodu do tyłu i z powrotem pozwala na nieskrępowany melanż, koktajlową w formie migrację form i motywów w bulgocącym kotle wielości i transkultury. Przestrzenią, na której żeruje artystka jest wielkie kłączowate miasto – hybryda, rozpleniający się niekontrolowanie pejzaż znaczeń, w którym już w samym momencie wejścia gubi się tropy. Jak napisała Alina Szapocznikow zafascynowana kształtem wyżutej przez siebie gumy: „Żuj dobrze i rozglądaj się”, i tak też Katarzyna Kmita zgodnie z hasłem Roberta Venturiego, że mniej znaczy nudniej, rozglądnęła się, przeżuła i wypluła swoje wycinaki. Jak mówił o stylistyce pop-artu, odbijającej się dalekim echem w jej wirusowych tworach, Richard Hamilton „to sztuka popularna, efemeryczna, konsumpcyjna, tania, produkowana seryjnie, młoda, seksowna, urzekająca i popłatna”.
Katarzyna Kmita „Wycinanki”, Bałtycka Galeria Sztuki Współczesnej, 16 czerwca - 8 lipca 2007.