ISSN 2658-1086

15 marca 6 (390) / 2020

Grzegorz Marcinkowski,

MASKI SCHULZA (HENRI LEWI: 'BRUNO SCHULZ, CZYLI STRATEGIE MESJAŃSKIE')

A A A
Książka Henriego Lewiego jest najpełniejszą schulzowską monografią w języku francuskim, łącząc w sobie cechy starannej egzegezy i biograficznego eseju. Pozostaje pytanie, czym taka publikacja może nas zaskoczyć w sytuacji, kiedy prace poświęcone twórczości Schulza tworzą obszerną bibliotekę, a zasięg i wielość interpretacji wywarza rodzaj nadmiaru, tyleż płodnego, co kakofonicznego. Cała odpowiedź tkwi w kluczu egzegetycznym, który autor przyjął w swoich rozważaniach, pozwalającym spojrzeć na dzieło wizjonera z Drohobycza z zupełnie innej perspektywy. Perspektywy, podkreślmy to już na wstępie, pełnej szacunku wobec niezgłębionej i niepodatnej na redukcję natury dzieła, jego wywrotowej, idiosynkratycznej energii. Trudno bowiem omawiać Schulza; każdy akt interpretacyjnego zawładnięcia musi się okazać z konieczności uzurpacją, każda próba wyczerpania generowanych przez tekst znaczeń naraża na poznawczą klęskę. Właśnie ta optyka wydaje się w pracy Lewiego płodna: według niego Schulz jest pisarzem klęski, pisarzem elokwentnym przez siłę świadomych zaprzeczeń, twórcą płodnym przez napędzającą go wolę negacji. Zarazem autor stara się rozwikłać splot pomiędzy tożsamością a figuracją, newralgiczny węzeł, sprawiający, że nawet kiedy Schulz pisał, to pomiędzy niego a jego pisanie wdzierała się pewna wewnętrzna cenzura. Lewi zawraca uwagę na elokwencję milczenia, która napędzała schuzlowską retorykę, i przygląda się jej z perspektyw zarówno biograficznych, jak i egzegetycznych.

Na czym polega uniwersalizm Schulza? To, że autor „Sklepów cynamonowych” jest pisarzem kanonicznym, nie ulega wątpliwości. Jeżeli wierzyć Haroldowi Bloomowi, najważniejsze kryterium wejścia do kanonu stanowi „dziwność”, pojmowana jako szczególny splot idiomatyczności i instynktu przetrwania, która ma zdolność stoczenia zwycięskiej walki z dominującym językiem poprzedników. U Schulza poprzednicy to raczej cienie, które pisarz umieszcza w wyobrażeniowym panoptykonie, manekiny i fetysze, wypełniające świat niemożności i straconych szans. Schulz całkowicie przełamuje konwencje gatunkowe, zacierając granice pomiędzy imaginacyjną autobiografią a persyflażem, powieścią a zbiorem opowiadań, definiując na nowo ich formę, renegocjując warunki brzegowe lektury. To sprawia, że jego metaforyzująca wybujałość nie ma sobie równych w odwlekaniu naszych przyzwyczajeń, albo raczej w mówieniu nam, czym owe przyzwyczajenia naprawdę są. Wydaje się że aspektem często pomijanym w lekturze Schulza jest zdolność jego tekstów do redefinicji jaźni czytelnika tak, że kosmos dzieła wchłania interpretatora, nie pozwalać mu na fikcję bezstronności. Henri Lewi zdaje sobie sprawę z retorycznej mocy Schulza i ma świadomość, że dokonując inkorporacji dzieła, naraża się na całkowite pochłonięcie. Dlatego postanawia spojrzeć na absolutną wymowność Schulza z perspektywy traumy tożsamości, a na jego elokwencję – od strony zakodowanego milczenia. Kluczem najbardziej wygodnym, ale i najbardziej zdradzieckim jest żydowskość, albo raczej marranizm pisarza, który sprawia, że Schulz, ujawniając, ukrywa to, co najistotniejsze. Wola figuracji to tutaj szczególna forma kamuflażu.

W części biograficznej swoich rozważań francuski badacz analizuje powikłaną sytuację Schulza, galicyjskiego Żyda, wychowanego na rubieżach dogorywającego cesarstwa austro-węgierskiego; terenach, które po I wojnie światowej stały się częścią wolnej Polski. Lewi opisuje klimat ostracyzmu, który naznaczał stosunek Polaków do Żydów, nawet tych zasymilowanych, całą potężną falę międzywojennego antysemityzmu i ksenofobii. Odtwarza dwuznaczny stosunek Schulza do własnej polskości, która była dlań symbolem zakorzenienia i bezdomności zarazem. Kompleks psychologiczny, który Lewi z godną podziwu wnikliwością analizuje, tworzy sytuacja wiecznego apatrydy, oddalonego zarówno od judaizmu, jak i od polskości, pomimo wyboru języka, który był wyborem poniekąd tragicznym, jako że dom wybrany nigdy nie mógł się stać domem własnym. Stąd retoryczna nadprodukcja Schulzowskich opowiadań i listów jest pewną formą ukrycia: Schulz mówi wiele, ale dokłada starań, aby nie powiedzieć niczego wiążącego, mnoży figury i maski mające na celu ukrycie kompleksu tożsamości pękniętej, niepewnej siebie i swojego miejsca.

Dwuznaczny stosunek pisarza do Polski manifestuje się również w jego relacjach z Polakami, z narzeczoną Józefiną Szelińską i Witoldem Gombrowiczem. Lewi trafnie rekonstruuje splot z trudem skrywanego uprzedzenia, które dominowało w stosunku Gombrowicza do Schulza, oraz mieszaninę usłużności i dystansu, który przejawiał Schulz wobec swoich polskich przyjaciół. Pisarz ten zajmował niemożliwą pozycję, zarazem wewnątrz i na zewnątrz polskości, był mieszkańcem języka, a zarazem członkiem wspólnoty, która skazywała go na bytowanie na obrzeżach. Znakomicie sytuację tę egzemplifikuje, zdaniem francuskiego badacza, opowiadanie „Emeryt”, które opisuje marginalność, pograniczność i permanentne wyzucie z wszelkiej stałości, prześladujące Schulza. Istotą pisania autora „Sanatorium pod Klepsydrą” są lęk i dwuznaczność. Pozorna fantasmagoryczność i nieokreśloność (narodowa i polityczna) opowiadań Schulza stanowi reakcję na czas nieprzyjazny. Zostaje również zdominowana przez przeczucie Zagłady. Schulz był niezwykle czułym sejsmografem wypadków historycznych i w jego prozie występują wyraźne tego ślady. Milczenie Schulza, które spowija jego figurację, stanowi najdobitniejszy ślad trudnego do rozplątania węzła obcości i dystansu.

Słowem kluczem w dokonanej przez Francuza interpretacji opowiadań Schulza jest ambiwalencja. Odpowiada ona za skomplikowanie, niemal barokowy przepych konstruowanych przez pisarza metafor, za niejednoznaczność i labiryntowość świata przedstawionego. Owa ambiwalencja rozgrywa się na trudnym do eksploracji pasażu pomiędzy życiem a śmiercią, które to zawieszenie reprezentuje widmowa figura Ojca. Ambiwalencja Schulza nie jest freudowska, aczkolwiek kompleks rodzinny odpowiada za cześć dwuznaczności, jaka spowija kreację Ojca: kogoś wsobnego, zamkniętego w sobie i bliskiego, maga i bankruta, perwerta i ascety, kogoś nienawidzonego i kochanego jednocześnie. Ambiwalencja Ojca łączy się z dwuznacznością świata rozpiętego pomiędzy topograficznie określoną realnością rzeczywistego miasteczka a snem, w którym przestrzeń i czas ulegają percepcyjnemu zniekształceniu. Dwuznaczność ta ma również charakter seksualny, wiąże się z sugestią spełnienia, które jednakowoż nigdy się nie dokonuje. Sfera możliwości nakłada się na realność, poddając ją zwierciadlanym niemal przemianom; powrót do dzieciństwa jest zarazem powrotem w wyzbytą wartościowań, chłonną i anarchiczną sferę wiecznego stawania się.

Ambiwalencja rodzi zasadniczą metamorficzność ludzi i zdarzeń, nakłada się nań poczucie niepewności, która nadaje zwyczajowym rozwiązaniom charakter losu. Los ów nie jest bynajmniej antycznym Fatum, ale projekcją zasady rzeczywistości na płynne uniwersum marzenia. Schulz okazuje się pisarzem permanentnie rozdwojonym i to rozdwojenie znajduje wyraz w jego twórczości. Autor „Sklepów cynamonowych” czyni więc z Ojca poniekąd swojego awatara, wyraz dręczących go sprzeczności. Antytezy nie ulegają zniesieniu, a przeciwstawne wektory sprzecznych uczuć nie zostają przepracowane w jakiejś wyższej syntezie. Nawet stosunek do judaizmu jest dwuznaczny; obietnica mesjańska w dziele drohobyczanina to tyleż obietnica restytucji, co zniszczenia. Ojciec jest na wskroś patriarchalną i demiurgiczną figurą, ale jest to boskość wyzbyta mocy i groteskowa. Ojca (będącego w jakimś stopniu figurą Boga) charakteryzuje antytetyczny witalizm, osobliwa wola przetrwania, która okazuje się formą zawieszenia pomiędzy życiem a śmiercią. Jeśli Bóg pojawia się we własnej osobie, to jest to Bóg parodystyczny, wykrzywiony, wiecznie niedojrzały, natomiast obietnica mesjańska rysuje się jako wybitnie dwuznaczna, to obietnica pełna zawahania, zatamowana w swojej mocy. Jedynym śladem idei ocalającej okazuje się pantofelek Adeli, symbol niepodległego życia. Bowiem u Schulza wszystko spowija dwuznaczność, a dzieło to wypełnia ambiwalentna witalność, poza moralnością i logiką.

Praca Lewiego to osiągnięcie nad wyraz dobitne w akcentowaniu wieloznaczności Schulza. W sytuacji, w której część interpretacji oddaje się z lubością zabiegom ujednoznaczniącym, to z pewnością wartość. Lewi nie jest redukcjonistą, nie dokonuje subsumcji swoich analiz pod jedną, z góry przyjętą tezę. Daje się prowadzić wieloznaczności tekstu i nie unika trudnych pytań o tożsamość, żydowskość, historię i mrok inherentnie zawarty w Schulzowskim dziele, co nie prowadzi jednak do nadmiernego biografizmu. Dla francuskiego autora Schulz jest po prostu najważniejszą figurą swoich opowiadań, zagadką do rozwiązania. Zagadką, której problematyczność utrzymuje się nawet w próbach odpowiedzi.
Henri Lewi: „Bruno Schulz, czyli strategie mesjańskie”. Przeł. Tomasz Stróżyński. Wydawnictwo słowo/obraz terytoria. Gdańsk 2019 [seria: Biblioteka Schulz/Forum].