ISSN 2658-1086

15 marca 6 (390) / 2020

Michał Paweł Urbaniak,

PRZEGADYWANIE ŻYCIA (MARIA KARPIŃSKA: 'ŻYWOPŁOTY')

A A A
„Mogę napisać wszystko. Wszystko, co tylko chcecie. (…) Powiecie co, a ja napiszę”. Tak zaczyna się prolog „Żywopłotów” – zbioru opowiadań Marii Karpińskiej. Mogłoby się wydawać, że mamy do czynienia z takim literackim „miszmaszem”, gdzie znalazło się owo „wszystko”. A jednak jest w tej książce zachowany pewien porządek kompozycyjny, poszczególne teksty odpowiadają aktualnym dekadom życia („lata naste”, „lata 20.”, „lata 30.”, „lata 40.” itd.) bezimiennych narratorów (a może chodzi tu o jednego narratora?). Pod względem fabularnym to teksty pozornie bardzo odległe – mamy tu i nietypowe spotkanie, które nie przyniesie spodziewanego skutku, a za to zaowocuje wieloletnią przyjaźnią z psem, wspomnienia z wakacji, historię o trójkącie miłosnym, o traumie związanej ze stratą bliskiej osoby i o powolnym osuwaniu się w starość. Znalazło się tu także opowiadanie quasi-kryminalne. Miejscem akcji raz jest szpital, raz rusztowanie, raz palmiarnia, raz zwyczajne mieszkanie – zarazem te teksty nie dają się osadzić w konkretnej rzeczywistości. Niemal wszystkie mają w sobie domieszkę groteski, absurdu (stąd przywodzą na myśl utwory Witolda Gombrowicza, nieprzypadkowo przywołanego na okładce). Połączone są też tematycznie motywem przemijania w różnych odsłonach – czy chodzi o umierającego psa, apokalipsę, marniejące rośliny, zabójstwo czy śmiertelną chorobę.

Narrator „Lat nastych” (najlepszego opowiadania w tym zbiorze) wspomina pewne wakacje, a właściwie ośmioletnią Anielkę, swoją ówczesną towarzyszkę zabaw, która pokazała mu inne oblicze rzeczywistości. On sam pozostaje raczej uległy wobec dorosłych, wobec świata i jego praw – za to Anielka wymyka się prostym schematom, do jakich przywykł. W jego poukładanym świecie chłopcom przystoi łobuzowanie, podczas gdy od dziewczynek (czy raczej „dziewczyneczek” – bo tak infantylizująco są tu określane) wymaga się nudnej grzeczności. Tymczasem w ich relacji to ona dominuje, decyduje o kolejnych naznaczonych brutalnością zabawach, stereotypowo „przypisanych” chłopcom, a wakacyjnego gościa traktuje z nieskrywaną pogardą. Jednocześnie w obecności dorosłych owa „dziewczyneczka” staje się, zgodnie ze swym imieniem, iście anielska. Jej przemiana fascynuje narratora: „Nie wiem, co budziło mój większy zachwyt – jej dziwne, szalone, radosne okrucieństwo, bezkompromisowość, z jaką miała mnie za nic, czy podwójne życie, które prowadziła z gracją i sprytem agentki sił specjalnych, a wszystko to, mając zaledwie osiem lat, kilkanaście piegów i dwa liche, cienkie warkoczyki”.

Anielka buntuje się względem narzuconych powinności, oczekiwań społecznych, wymaganych wizerunków: „Tytuł dziewczyneczki jej odpowiadał, ale wyłącznie na jej własnych sztywnych zasadach. Była gotowa porzucić tę tożsamość z chwilą, gdy zacznie się wypaczać w sposób właściwy dorosłej rzeczywistości, w której dziewczyneczka, jej niebieskie oczy i mysie warkoczyki zaczną się wiązać ze słabością. Nie było w niej słabości. I tylko taką dziewczyneczkę kultywowała i domagała się jej kultywowania od świata”. Nieprzypadkowo w finale „Lat nastych” bohaterowie konstruują brawurową apokalipsę – oto sposób na rozliczenie się ze światem, równie bezkolizyjny i w gruncie rzeczy nieznaczący, jak buntownicze wybryki Anielki praktykowane z dala od oczu dorosłych. W cokolwiek apokaliptycznej scenografii, bo wśród umierających roślin, rozgrywa się kolejna historia z „Żywopłotów” – pracownik palmiarni wikła się w miłosny trójkąt. Judyta jest mu oddana, pełna bałwochwalczego zachwytu, z kolei dominująca, ambitna Helena niejako dopasowuje go do własnych dalekosiężnych planów. On sam wydaje się zagubiony – w relacjach, w kłamstwach, w pragnieniach. Nie do końca też rozumie samego siebie.

Zagubiony jest także narrator „Lat 30.”, neurotyczny młody człowiek dźwigający brzemię śmierci brata. Przeprowadzka do własnego mieszkania sprawia, że ma okazję stać się kimś innym, otworzyć się na to, co dotychczas pozostawało poza jego zasięgiem: „Co to? Mój salon wypełniony ludźmi. Nigdy nie byłem towarzyski. Geny odpowiadające za zabawne riposty, lekkie pytania podtrzymujące rozmowy i błyskotliwe anegdoty trafiły się mojemu bratu, a ja zostałem z pustym miejscem w DNA jak z brakującym koralikiem. Ale po przeprowadzce miałem nietypową dla samego siebie ochotę na towarzystwo ludzi, na głośną muzykę, chłód kieliszka w dłoni i szum w głowie. Zacząłem mówić, choć wcześniej byłem raczej z tych słuchających”. Pielęgnuje on słowa, aranżuje sceny, aby sprowokować oczekiwane pytania, obsesyjnie chce zwrócić na siebie uwagę, zaintrygować swoich rozmówców. Ważnym obiektem-sprzymierzeńcem w tych działaniach staje się szklarnia sąsiadów obserwowana z okna („szklarnia dla każdego z nich okazywała się inną historią, innym filmem nakręconym specjalnie dla niego, trafiającym od tej pory zawsze w samo sedno”). Bohater nieświadomie próbuje zagłuszyć słowami własną traumę – ale i jemu szklarnia ukaże pewien trafiający w sedno obraz.

Podobna sytuacja zachodzi w „Latach 50.”. To męczący słowotok człowieka przesłuchiwanego na policji, dodajmy, słowotok-panegiryk dotyczący pewnego barmana. Przesłuchiwany skarży się: „Pytali mnie już milion razy, a ja nic, tylko odpowiadam i odpowiadam. Nie słuchają tego, co mówię, tylko po raz kolejny zadają to samo pytanie, jakby wierzyli, że za którymś razem uda im się wydobyć taką odpowiedź, jakiej oczekują. Ale ja jestem cierpliwy. Bez końca mogę mówić, co wiem, bo to jedyna prawda, innej nie będzie”. Mimo wszystko chciałoby się podważyć tę jego prawdę, zrozumieć, co kryje się między wierszami tej męczącej logorei, o czym ten człowiek nie mówi, używając bardzo wielu słów.

Z kolei narrator błyskotliwych „Lat 60.”, rekonwalescent, zostaje uwięziony w szpitalnej sali pomiędzy dwoma innymi mężczyznami. Z zamkniętymi oczami snuje (wymyślone?) opowieści o życiu współtowarzyszy, podczas gdy tych odwiedzają rodziny. Te życiorysy spotykają się w osobliwy sposób w narracji trzeciego z mężczyzn („przed oczami stają mi te dwie historie jak rozwinięte jednym zamaszystym ruchem wstęgi, sięgam więc początku i centymetr po centymetrze zaczynam je ciasno zwijać, by po chwili przekonać się, że w rzeczywistości w dłoniach trzymam spleciony z tych historii warkocz”). Te opowieści zostają naznaczone nieuchronnie zbliżającym się końcem (wszak ich bohaterowie przebywają w szpitalu). O nadchodzącej śmierci traktuje również proza zamykająca zbiór. Starszy człowiek podsumowuje swoje życie, sprawy ostatnie. Przygotowuje się też na śmierć ukochanego psa, zleca nawet sąsiadowi wykopanie grobu – ale dla kogo ten grób jest naprawdę przeznaczony? To opowiadanie zagadkowo łączy te wcześniejsze. Narrator opowiada sąsiadowi historie z przeszłości, w których pojawiają się znani już bohaterowie (barman czy dziewczynka z kucykami). On sam czuje się tak, jakby jego życie „poszło paroma równoległymi torami”, a w każdym z nich tylko komentował z boku, „jednak do końca nie uczestniczył, nie żył”.

Można próbować rozstrzygnąć, czy wszystkie opisane w „Żywopłotach” historie zostały wzięte z biografii jednego bohatera – lecz nie to wydaje się najistotniejsze, a właśnie owo nie-życie, tkwienie gdzieś obok zasadniczego biegu spraw. Narratorzy tych opowiadań często w ogóle nie mówią o sobie, skupiając się na cudzych życiorysach (nastolatek obserwuje fascynującą Anielkę, poddaje się jej, pacjent z „Lat 60.” snuje opowieści o towarzyszach z sali, pomijając siebie, a narrator „Lat 50.” opowiada o zaprzyjaźnionym barmanie). Bohaterowie Karpińskiej pozostają w gruncie rzeczy samotni, strzegą własnego terytorium, oddzieleni od innych rozmaitymi barierami (tak można traktować tytułowe żywopłoty).

„Dużo mówiłem – nie zważałem na to, czy mówię prawdę, bo lubiłem opowiadać historie” – utrzymuje bohater „Lat 30.”. Właściwie mógłby to powtórzyć każdy z narratorów przypisanych do poszczególnych opowiadań. Mimo wszystko z tego zbioru zza miejscami groteskowego sztafażu wyłania się prawda o kondycji zagubionego człowieka – zakładnika własnej samotności, nie zawsze uświadomionych lęków i neuroz, nieuchronnie skazanego na przeminięcie. Maria Karpińska pisze (a może raczej: opowiada) o sprawach uniwersalnych w sposób nie tylko oryginalny i kunsztowny, ale także literacko dojrzały. Dzięki takiemu połączeniu opowiadania składające się na „Żywopłoty” przekonują. Chce się dotrzeć do kolejnych warstw tych zmyślnie „przegadanych” historii – a jest tu niewątpliwie wiele do odkrycia.
Maria Karpińska: „Żywopłoty”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2020.