ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (391) / 2020

Sara Nowicka,

W KLESZCZACH KONWENCJI (W LESIE DZIŚ NIE ZAŚNIE NIKT)

A A A
Polski horror to temat niełatwy i budzący sporo kontrowersji. O jego dziejach napisano wiele, szczególnie o trwającej dekady pogardzie dla kina gatunkowego, o budżetach zbyt niskich, by sfinansować tak wymagające przedsięwzięcie jak horror, czy o latach 80., które przyniosły pewne ożywienie w temacie, ze szczególnie chlubnym przypadkiem „Medium” Jacka Koprowicza. Zainteresowanych odsyłam do tekstu „Polish Horror Story. Dzieje nadwiślańskiego filmu grozy” Marcina Zembrzuskiego, dostępnego na portalu Kinomisja. Tekst pochodzi sprzed czterech lat, a historia polskiego horroru wzbogaciła się nie tylko o docenionego „Demona” Marcina Wrony, ale też o artystyczne kino Agnieszki Smoczyńskiej i Jagody Szelc oraz „Wilkołaka” Adriana Panka. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” Bartosza M. Kowalskiego to zupełnie nowy rozdział w dziejach polskiej grozy. Kowalski, w przeciwieństwie do wymienionych twórców, stworzył film w pełni zgodny z gatunkowymi ramami i daleki od artystycznych eksperymentów. Produkcja jest przeniesieniem amerykańskiego slashera na polski grunt, wykonanym w całkowitej zgodzie z obraną konwencją.

Akcja „W lesie dziś nie zaśnie nikt” rozpoczyna się od wydarzeń sprzed trzydziestu lat, kiedy miejscowy listonosz (Mirosław Zbrojewicz) zostaje zaatakowany przez tajemnicze stworzenie uwięzione w piwnicy jednego z domów, do którego przynosi pocztę. Widzimy zdjęcie bliźniaków na ścianie i matkę w zakrwawionej podomce – reszta pozostaje w sferze domysłów. Szybko przenosimy się do współczesności, kiedy wiekowa już kobieta w znajomym wnętrzu potyka się na schodach prowadzących do piwnicy i zostaje pochłonięta przez przebywające w ciemności monstra. Nieopodal rozbity jest obóz offline, organizowany dla młodzieży uzależnionej od internetu. Do jednej grupy trafiają: milcząca Zosia (Julia Wieniawa), wyzwolona blondynka (Wiktoria Gąsiewska), nerd w koszulce z napisem „zombie” (Michał Lupa), nie do końca stereotypowy sportowiec (Sebastian Dela) i gej (Stanisław Cywka). Nastolatkom przewodzi odważna do przesady pani Iza (Gabriela Muskała), której nie uda się uchronić ich przed zagrożeniem czyhającym w lesie.

Slasher to rodzaj horroru, który bardzo podstępnie gra z emocjami widza. Choć jego reguły wydają się wyjątkowo przejrzyste i stałe, to pułapka zastawiona na widza jest ukryta w ironicznym charakterze tego kina. Widz doskonale wie, w jakiej kolejności będą ginąć ofiary oraz jakie zdania są oznaką nadchodzącego zagrożenia, a jednak i tak czuje napięcie. Autotematyzm tego gatunku jeszcze podsyca wrażenie uczestniczenia w akcji – od czasu „Krzyku” Wesa Cravena bohaterowie wypowiadają wprost rzeczy, które myśli odbiorca, a ich pewność siebie, równoznaczna z pewnością siebie widza, jest przyczyną ich klęski. Poczucie humoru okazuje się równie zwodnicze i wcale nie ratuje przed grozą sytuacji. W tym właśnie tkwi podstęp – twórcy horrorów wykorzystują cały arsenał ochronny, którym posługuje się zlękniony widz, przeciwko niemu.

Kowalski, który przyznaje, że jest wielkim fanem horrorów, zrealizował „W lesie dziś nie zaśnie nikt” zgodnie z regułami panującymi w świecie slasherów. Jego film jest autotematyczny i bardzo ironiczny, szczególnie dzięki postaci Julka. Chłopak, znający doskonale zasady konwencji, wielokrotnie próbuje przestrzec przed niebezpieczeństwem. Przywołuje nawet sześć grzechów śmiertelnych w horrorach, czyli ciekawość, niedowierzanie, pewność siebie, nieatrakcyjność, seks i rozdzielenie. Julek jest także nośnikiem wzruszenia – jego uczucia do Zosi i bohaterska postawa rekompensują życiowe zagubienie. Postać Julka ma również wydźwięk komediowy. Chłopak nie tylko zachowuje się w zabawny sposób, ale też przywołuje takie tytuły jak „Amerykański wilkołak w Londynie” Johna Landisa, połączenie horroru i komedii z 1981 roku. Odwołanie do tej produkcji to jedno z wielu mrugnięć do widza – Kowalski pokazuje, by całej fabuły nie brać zbyt serio, bo, podobnie jak w przywołanym tytule, tak i w filmie „W lesie dziś nie zaśnie nikt” sporo jest poczucia humoru. Film Kowalskiego wypełniono po brzegi cytatami z klasycznych slasherów: „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe’a Hoopera czy wspomnianego „Krzyku”, ale też z kina głównego nurtu. W scenie miłosnej zobaczymy dosłowne nawiązanie do „American Beauty” Sama Mendesa, a jedna ze scen mordu jest wyraźnie zainspirowana „Fargo” braci Coen.

Wprowadzenie amerykańskiego gatunku w polski kontekst również zawiera w sobie spory potencjał komediowy. Choć postać kierownika obozu (Wojciech Mecwaldowski) więcej ma w sobie przerysowania i stylu harcerzy z kina Wesa Andersona niż z polskich zuchów, to już takie postaci jak policjant (Olaf Lubaszenko), ksiądz (Piotr Cyrwus) czy prostytutka (Izabela Dąbrowska) stanowią stałe elementy krajobrazu rodzimego kina. Kowalski nawiązuje też do prawdziwych wydarzeń, np. tworząc ubranych w nazistowskie mundury bohaterów, świętujących w lesie urodziny Hitlera.

„W lesie dziś nie zaśnie nikt” to film, który wyraźnie wyróżnia się pod względem realizacji. Już „Placem zabaw” (2016) Kowalski udowodnił, że jest sprawnym rzemieślnikiem i potrafi dobrze prowadzić młodych aktorów. W tym wypadku również nie można nie docenić jakości zdjęć oraz świetnej muzyki Radzimira Dębskiego, który dla uzyskania niesamowitych efektów dźwiękowych użył tak zapomnianych instrumentów jak suka biłgorajska, dzięcioły, kotły czy piła. Jednak te wszystkie zalety nie zmieniają faktu, że film Kowalskiego jest po prostu wtórny. Autor z podgatunku slashera wziął tylko to, co powierzchowne, bez bawienia się w jakiekolwiek sensy. O ile nie przeszkadza fakt, że final girl, która w historii gatunku przywdziewała najróżniejsze twarze, nie spełnia tu roli idealnej córki, ponieważ jest sierotą, o tyle przeszkadza postać morderców bliźniaków. Choć większość seryjnych morderców w slasherach posiada nadprzyrodzone moce, to wątek fantastyczny w „W lesie dziś nie zaśnie nikt” sprawia wrażenie zupełnie niepasującego do filmu. Nietrafione są również szanse na ocalenie, z których final girl nie korzysta. Rozumiem ironię tych scen, jednak zamiast twórczo eksplorować konwencję, całkowicie burzą jej zamysł.

Slasher jest świetnym gatunkiem do opowiadania o nastoletniej seksualności czy, co udowodnił Alexandre Aja w niepokojącym „Bladym strachu”, o rolach płciowych i seksualności w ogóle. W przypadku obrazu Kowalskiego slasher nie służy opowiedzeniu niczego. Reżyser tak bardzo chciał stworzyć idealne kino gatunkowe, że nie bardzo wyjrzał poza jego schemat. Autotematyzm i autoironiczność też trudno traktować jako wyjątkowy walor – „Krzyk” miał premierę dwadzieścia cztery lata temu, „Dom w głębi lasu” Drewa Goddarda – osiem, więc widz, nawet polski, zna już zarówno oryginalne interpretacje tematu, jak i cały zestaw nieświeżych klisz, odgrzewany przez Kowalskiego. Film na pewno przestraszy i rozśmieszy rzeszę widzów, jednak fani gatunku mogą się poczuć zawiedzeni.

Podobny problem miał miejsce już z „Placem zabaw”. Reżyser pokazał wówczas, że świetnie potrafi skopiować styl Michaela Hanekego, jednak nie zaproponował nic ponad to. Obie fabuły Kowalskiego przypominają ćwiczenia stylistyczne. Owszem, autor zwraca uwagę na to, aby wzbogacić klisze o polski kontekst, i trudno odmówić mu faktu bycia dobrym obserwatorem, jednak jego język jest odtwórczy, brak mu wyraźnego autorskiego głosu. Pozostaje nadzieja, że przy tak wprawnym rzemiośle kolejny film Kowalskiego okaże się bardziej wyrazistą i twórczą wypowiedzią. Niezależnie od tego reżyser i tak wpisał się na stałe do historii polskiego horroru, którego losy w ostatnich latach zaczynają przybierać coraz ciekawszy obrót.
„W lesie dziś nie zaśnie nikt”. Reżyseria: Bartosz M. Kowalski. Scenariusz: Bartosz M. Kowalski, Mirella Zaradkiewicz, Jan Kwieciński. Obsada: Julia Wieniawa, Wiktoria Gąsiewska, Gabriela Muskała, Stanisław Cywka, Michał Lupa. Muzyka: Radzimir Dębski. Polska 2020, 104 min.