ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (391) / 2020

Katarzyna Warmuz,

TO NIE JEST WOJNA. TO JEST BUCERKA (KLEMENTYNA SUCHANOW: 'TO JEST WOJNA. KOBIETY, FUNDAMENTALIŚCI I NOWE ŚREDNIOWIECZE')

A A A
Książka „To jest wojna” opowiada o prawicowych ruchach społecznych, które działają zwykle w ukryciu, lecz w ostatnim czasie coraz szybciej i sprawniej przenikają do głównonurtowej polityki. Klementyna Suchanow prześledziła, w jaki sposób hiszpańskie, brazylijskie, włoskie, rosyjskie i polskie grupy broniące skrajnie konserwatywnych wartości łączą się w globalną sieć fundamentalizmu. Trzeba przyznać, że trudno znaleźć na polskim rynku wydawniczym książkę, która w przejrzysty sposób opisywałaby działania think tanków takich jak Ordo Iuris. Suchanow nie skupia się wyłącznie na współczesnych wydarzeniach, takich jak Światowy Kongres Rodzin – zwraca ona uwagę, że w Polsce już od lat 70. podejmowane były pierwsze kroki ku zaostrzeniu prawa aborcyjnego (działania Józefa Kosseckiego czy Ruchu Obrony Życia Nienarodzonych).

Brak źródeł w opisach ruchów fundamentalistycznych nie jest jedyną słabością książki, autorka bowiem w ogóle nie podejmuje się analizy najistotniejszej kwestii – mianowicie nie szuka powodów, dla których skrajna prawica na świecie rośnie dziś w siłę. Suchanow nie dostrzega, lub nie chce dostrzec, że po 1989 roku z polskiej przestrzeni publicznej zniknął dyskurs klasowy, a jego miejsce zajęła narracja antykomunistyczna. Dlaczego to istotne? Dlatego, że wieloletnie wykluczenie ekonomiczne zawsze skutkuje stopniową faszyzacją społeczeństwa. Jak pisał Walter Benjamin, „faszyzm usiłuje organizować nowo powstałe masy proletariackie, nie zmieniając stosunków własności, które one pragną zburzyć. Chce dopuścić masy do głosu, nie dając im żadnych nowych praw” (Benjamin 1996: 173). Klementynie Suchanow polecić można np. wydaną w 2016 roku książkę Nancy Isenberg „White Trash: The 400‑Year Untold History of Class in America”. Amerykańska badaczka dokładnie opisała to, w jaki sposób zwrot, który nastąpił na lewicy w latach 90. (odstawienie na bok kwestii redystrybucji i przesadne skupienie się na polityce tożsamościowej), doprowadził do natychmiastowego wzrostu popularności skrajnej prawicy. Lewica zwyczajnie nie zaoferowała amerykańskiej klasie robotniczej rozwiązań, które jakkolwiek poprawiłyby jej byt. Co więcej, dyskurs klasowy i redystrybucyjny coraz częściej utożsamiała z totalitaryzmem Bloku Wschodniego, z czymś wstecznym i godnym potępienia.

Nie ukrywam, że lektura tego „dziennika ze śledztwa” – jak autorka nazywa swoją książkę – od początku budziła we mnie skrajne emocje. Momentami Suchanow zdaje się sugerować, że feminizm narodził się w Polsce po czarnych protestach – to zachowanie typowe dla liberalnej inteligencji, której przedstawiciele mają skłonności do uniwersalizowania własnych doświadczeń i traktowania ich jako pewnej obiektywnej prawdy o świecie. Oczywiście nie ma nic złego w tym, że autorka zradykalizowała się po roku 2016 – szkoda tylko, że moment, w którym wykształciła się jej feministyczna świadomość, traktuje ona jako moment formacyjny dla całego polskiego społeczeństwa.

Zapiski z pola walki Suchanow tytułuje „Kronikami feministycznymi”. Znaleźć w nich można opisy wydarzeń, jakie miały miejsce w warszawskim środowisku feministycznym w czasie, gdy w parlamencie miało odbyć się głosowanie nad obywatelskim projektem ustawy „Zatrzymaj aborcję”. Bez wątpienia as świadkami największej mobilizacji polskich kobiet po 1989 roku. Problem w tym, że Suchanow określa rok 2016 jako moment, który „ze wszystkich nas naraz i masowo zrobił feministki” (s. 158). Czy zdaniem autorki feministkami nie były wcześniej strajkujące pielęgniarki, wałbrzyskie matki, opiekunki osób z niepełnosprawnościami? Trudno na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć, ale waga ich walk z pewnością zostaje przez takie właśnie tezy umniejszona. Nie ma absolutnie nic złego w tym, że Suchanow dopiero kształtuje się politycznie i rozpoczyna swoją przygodę z ruchami kobiecymi od roku 2016 – rzecz w tym, że jako intelektualistka przyzwyczaiła się ona do swojej eksperckiej roli w społeczeństwie i w swojej książce kreuje się na autorytet polityczny, roszcząc sobie prawo do rozstrzygania, kto może nazywać się feministką (to zresztą nic nowego – od lat 90. liberalne feministki wykreślały z annałów historii dzieje PRL-owskich ruchów kobiecych [Grabowska 2018: 110-111]). Nikt nie ma wątpliwości co do tego, że Suchanow jest specjalistką w swojej dziedzinie i jedną z ważniejszych polskich badaczek twórczości Witolda Gombrowicza – dlaczego jednak ma to w jakikolwiek sposób przekładać się na jej doświadczenie w zakresie działań aktywistycznych?

Na podstawie tez zawartych w książce trudno dociec, o jaki feminizm walczy Suchanow. I właśnie ta nieokreśloność połączona z całkowitym brakiem refleksji klasowej najbardziej zbliża ją do feminizmu liberalnego, lekko zabarwionego feminizmem radykalnym. Trzeba jednak nadmienić, że ów radykalizm objawia praktykami być może efektownymi z medialnego punktu widzenia, ale zupełnie pozbawionymi politycznego znaczenia – nie sądzę bowiem, by pisanie na murach „czas na sąd”, rzucanie jajkami w rządowe limuzyny i rozwieszanie plakatów w centrum stolicy w jakikolwiek sposób poprawiało jakość życia polskich kobiet. W tym miejscu warto wspomnieć, że Suchanow – jak każda dojrzewająca feministka – bardzo chętnie powołuje się na własne przeżycia, starając się w ten sposób uwiarygodnić przed czytelnikiem. Powracające opisy aresztowania, skuwania w kajdanki czy bycia podsłuchiwaną nie czynią jednak autorki postacią heroiczną, a raczej – w moim odczuciu – groteskową. Gdyby bowiem Suchanow zapoznała się wcześniej z relacjami anarchistów, związkowców czy działaczy ruchów lokatorskich, którzy od lat w Polsce ścierają się z policją, z pewnością zrozumiałaby niesmak, jaki barwne opisy jej przygód wzbudzać mogą u części czytelniczek.

Wróćmy do wzmiankowanego już wyżej fragmentu, w którym Suchanow konstatuje, iż rok 2016 „z wszystkich nas naraz i masowo zrobił feministki” – kogo konkretnie autorka ma na myśli? Dlaczego to tak istotne? Otóż spośród owych „wszystkich” pisarka wymienia między innymi nauczycielki, pielęgniarki, modelki, korporacyjne rekruterki, krawcowe, rolniczki, przedsiębiorczynie, bankowczynie, gospodynie domowe, wiceprezeski firm czy lekarki. Tym, co wysuwa się na pierwszy plan w ujęciu proponowanym przez Suchanow, jest – w tym miejscu widać to doskonale – całkowity brak refleksji klasowej. Enumeracja, której celem było, jak sądzę, podkreślenie nadzwyczaj szerokiego przekroju społecznego uczestniczek Czarnego Poniedziałku, u wielu budzić może skrajne emocje: po pierwsze dlatego, że Suchanow zdaje się być zupełnie nieświadoma faktu, iż część wymienionych przez nią grup zawodowych podejmowała w Polsce strajki od dawna (kasjerki, pielęgniarki, nauczycielki), po drugie zaś dlatego, że tym właśnie sposobem – lekceważąc walki toczone od dekad przez niektóre uczestniczki Czarnego Poniedziałku – jej rzekomo „ponadklasowa” i „apolityczna” perspektywa z miejsca zostaje zdemaskowana: skoro autorka nie zdaje sobie sprawy z ogromu pracy, jaką działaczki związkowe i aktywistki wykonały w ciągu ostatnich dekad, by poprawić jakość życia wszystkich kobiet (a może zdaniem pisarki walki nie wpisały się w definicję feminizmu?), to jasne powinno być dla nas, że na pierwszym planie protestów z 2016 roku Suchanow widzi te inne, lepsze grupy zawodowe, które dotąd protestować nie musiały: bankierki, rekruterki, wiceprezeski firm etc. Unikanie klasowej analizy w jej książkach nie jest czymś, z czego Suchanow nie zdawałaby sobie sprawy, wynika to raczej ze wyraźnie antykomunistycznego światopoglądu pisarki. W recenzowanej książce autorka cytuje przeprowadzony z nią wywiad, w którym jasno stwierdziła na przykład, że protesty kobiet nie potrzebują wsparcia związków zawodowych (s. 278).

Raz jeszcze muszę podkreślić, że nie widzę absolutnie nic złego w tym, iż Suchanow zaczęła zdobywać świadomość polityczną już jako dojrzała intelektualistka – jedyny problem mam z tym, że mimo swojego niewielkiego doświadczenia aktywistycznego czy teoretycznego natrętnie ustawia się w roli politycznej ekspertki. Groteskowość takiej postawy widoczna jest na przykład wtedy, gdy autorka określa kolor fioletowy „kolorem współczesnego feminizmu” (s. 279). Nie trzeba być szczególnie zaangażowanym w działalność ruchu feministycznego, by wiedzieć, że fiolet towarzyszy feministkom mniej więcej od roku 1903, kiedy to powstała organizacja sufrażystek Woman’s Social and Political Union (WSPU). Dla wielu czytelniczek zaskoczeniem może być również to, jaki problem Klementyna Suchanow ma ze słowem „siostrzeństwo”: „To nie ma nic wspólnego z tzw. siostrzeństwem, tym słowem, które budzi we mnie ambiwalentne uczucia. Wolę używać słowa »solidarność«. Po pierwsze, dlatego że nie wprowadza rozróżnienia na płeć. Po drugie, »siostrzeństwo« serwuje fałszywe oczekiwanie, że druga kobieta zawsze ci pomoże, bo jesteś kobietą (s. 284)”. Tymi kilkoma zaledwie zdaniami pisarka dowodzi swojej ignorancji wobec klasyczek myśli feministycznej. Jak pamiętamy, w latach 80. XX wieku bell hooks opisała już słabości interesującego nas tutaj terminu. Jako największą jego wadę wskazała wówczas fakt, że jego nadużywanie prowadzić może do zatuszowania podziałów klasowych, które znajdować powinny się w centrum walk feministycznych (hooks 2013: 105) – o tym, jaki jest stosunek Suchanow do tej kwestii, pisałam już wyżej.

Czytelniczki, którym bliski jest feminizm marksistowski, zwrócą za pewne uwagę na jeszcze inną słabość książki. Otóż owe „kroniki feministyczne” to również szafowanie na prawo i lewo słowem „strajk”. I choć Suchanow określa siebie i swoje sojuszniczki słowami „my, pokolenie dzieci Solidarności” (s. 23), to wnioskować można, że chyba niewiele autorka wie na temat realnych działań podejmowanych przez związki zawodowe. Jedna z organizatorek protestu, Marta Lempart, przemawiając do kobiet zgromadzonych we Wrocławiu 25 września 2016 roku, powoływała się na strajk z roku 1975, w którym wzięło udział 90% obywatelek Islandii – uczestniczki tamtych wydarzeń odmówiły pracy, zarówno tej produkcyjnej w sensie ścisłym, jak i tej, która pracę produkcyjną umożliwia – pracy reprodukcyjnej. Wydarzenia, jakie miały miejsce w Czarny Poniedziałek, odbyły się co prawda w godzinach „roboczych”, ale w żadnym wypadku nie miały charakteru strajku: strajk to świadome działanie mające na celu zatrzymanie ruchu kapitału, wstrzymanie procesu generowania wartości dodatkowej – przypomnijmy, że żadna z organizatorek Czarnego Poniedziałku nie nawoływała do porzucenia stanowisk pracy i wzięcia udziału w inicjatywie, co więcej: w przestrzeni publicznej krążyły apele do potencjalnych uczestniczek, by te brały urlopy i tłumnie stawiły się na demonstracjach.

Suchanow może zatem twierdzić, że rok 2016 pozwolił zredefiniować pojęcie strajku, ale w rzeczywistości nie miała miejsca żadna redefinicja – uczestniczki marszy po prostu wzięły udział w demonstracjach, które w pewnych okolicznościach mogą stanowić w miarę skuteczne narzędzie nacisku (np. gdy domagamy się większej reprezentacji danej grupy społecznej w przestrzeni publicznej), ale gdy walki toczą się o dostęp do publicznych usług – tego rodzaju strategia działania ma efektywność bliską zeru. Dla porównania wspomnieć możemy tu o koncepcji strajku generalnego, jaką przedstawiła kiedyś włoska feministka związana z tradycją operaistyczną, Mariarosa Dalla Costa – strajk generalny w jej ujęciu wiąże się z jednoczesną odmową pracy przez pracowników najemnych oraz nienajemnych, np. pracownice domowe (Dalla Costa 2012: 124–125). Jestem więcej niż pewna, że gdyby Czarne Protesty rzeczywiście miały charakter strajków – zatrzymując akumulację kapitału aż do chwili podjęcia określonych kroków przez rządzących, a nie będąc tylko pozbawioną politycznej mocy próbą „redefinicji pojęcia strajku” – wydarzenia z roku 2016 nie skończyłyby się zachowaniem restrykcyjnego wobec kobiet kompromisu aborcyjnego, ale mogłyby doprowadzić do znaczącego złagodzenia prawa aborcyjnego w Polsce.

Książka Suchanow w zamierzeniu miała być feministycznym głosem w dobie „powrotu średniowiecza” – słowem, aktem oświeceniowym w czasach „ciemnych”. Oczywiście autorka sygnalizuje, że to za rządów Prawa i Sprawiedliwości dokonał się zamach na wolność słowa i prawa kobiet. Szkoda tylko, że autorka milczy na temat faktów, zgodnie z którymi zdecydowany skręt w prawo nastąpił w polskim dyskursie politycznym o wiele lat wcześniej. W roku 1998 powstał Instytut Pamięci Narodowej, a nacjonalistyczna Młodzież Wszechpolska została reaktywowana; w roku 2011 prezydent Bronisław Komorowski – ten sam Bronisław Komorowski, który w Narodowe Święto Niepodległości składał kwiaty pod pomnikiem Romana Dmowskiego – ustanowił dzień 1 marca Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Czy zatem polskim liberałom naprawdę nie jest po drodze z nacjonalizmem? A może, po prostu, nie jest im po drodze z rządami Prawa i Sprawiedliwości? W końcu większość posłów opozycji nie zjawiła się na sali sejmowej wtedy, gdy trwało głosowanie nad projektem „Ratujmy Kobiety”.

O książce Suchanow warto powiedzieć jeszcze jedno: jednym z jej fundamentów jest – jakże doskonale rozwinięta w Polsce – narracja antykomunistyczna. Autorka opisuje co prawa ruchy faszyzujące (brazylijskie, hiszpańskie, włoskie), ale w każdym z tych przypadków stawia znak równości pomiędzy faszyzmem a komunizmem. Polityczny redukcjonizm pisarki idzie jednak jeszcze dalej: na przykład nie istnieje dla niej różnica między bolszewizmem i stalinizmem. W tym sensie nieco konsternować może fascynacja, jaką Suchanow przejawia wobec postaci takich jak Nancy Fraser czy Angela Davis – autorek otwarcie określających się jako socjalistki lub komunistki. To jednak jeszcze nic: o wiele bardziej problematyczny wydaje mi się ukłon, jaki pisarka wykonuje wobec Aleksandry Kołłontaj, polityczki, dzięki której – jak słusznie zauważa Suchanow – rosyjskie kobiety uzyskały dostęp do aborcji i szybkich rozwodów. Dlaczego te akurat kwestie w przekonaniu autorki nie mają związku z politycznymi afiliacjami bolszewiczki Kołłontaj? Trudno powiedzieć. Z pewnością nie ma jednak racji Suchanow, gdy twierdzi, że działania rosyjskiej rewolucjonistki skupione były na „polityce tożsamościowej”, jej feminizm miał bowiem przede wszystkim podłoże klasowe – w tekstach takich jak „Rodzina w ustroju robotniczym” czy „Problem małżeństwa i rodziny Kołłontaj postulowała, by państwo socjalistyczne zaopiekowało się robotnicami, bo to one obarczone zostały pracą reprodukcyjną. W tej tradycji feministycznej reprodukcja nie oznacza reprodukcji biologicznej – sformułowanie to pojawia się w „To jest wojna” wyłącznie w takim właśnie kontekście – lecz reprodukcję siły roboczej w ogóle, bez której sprzedaż tej ostatniej – tj. praca najemna – zwyczajnie nie może się odbyć. Dlaczego o tym wspominam? Między innymi dlatego, że Suchanow nazywa rewolucję październikową „rewolucją macho” (s. 147), zupełnie lekceważąc pracę działaczek socjalistycznych, które organizowały kobiety we wsiach i małych miejscowościach, a następnie wprowadzały w życie postulaty Żenotdiełu. Czy się to autorce podoba, czy nie, to między innymi działalność organizacyjna Lenina umożliwiła depenalizację homoseksualizmu, dała kobietom dostęp do aborcji, stworzyła warunki, w których rozwody można było zrealizować w ciągu dwóch tygodni, doprowadziła do powstania jadłodajni i pralni. Warto przypomnieć, że wraz z przejęciem władzy przez Stalina zamknięto Żenodiety, cofnięto prawo do aborcji (przywrócono je po śmierci Stalina), ponownie kryminalizowano homoseksualizm (Grabowska 2018: 73). Dla Suchanow nie ma jednak szczególnej różnicy między bolszewizmem a stalinizmem. Jednak jeśli tak wygląda „rewolucja macho”, to najwyraźniej współczesny feminizm czym prędzej potrzebuje maczyzmu.

Książka Klementyny Suchanow miała odsłonić relacje między konkretnymi grupami – wykazała m.in. w jaki sposób działa polski think tank Ordo Iuris. Trzeba przyznać, że autorka poradziła sobie z tym tematem dosyć zręcznie i, co najważniejsze, jest on przedstawiony klarownie. Jednakże, wątki podoczne – opis Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, niewiedza na temat historii feminizmu, nazywanie wyznawców prawicowych radykałów schizofrenikami, zrównywanie bolszewizmu ze stalinizmem – sprawiają, że książka „To jest wojna” wydaje się być pozycją zafałszowującą obraz rzeczywistości.

LITERATURA:

Benjamin W.: „Dzieło sztuki w epoce możliwości jego technicznej reprodukcji”. W: Tegoż: „Anioł historii: eseje, szkice, fragmenty”. Przeł. K. Krzemieniowa, J. Sikorski. Poznań 1996.

Dalla Costa M.: „Strajk generalny”. Przeł. M. Starnawski. „Recycling Idei” 2012, nr 13.

Grabowska M.: „Zerwana genealogia. Działalność społeczna i polityczna kobiet po 1945 roku a współczesny ruch kobiecy”. Warszawa 2018.

hooks bell: „Teoria feministyczna. Od marginesu do centrum”. Przeł. E. Majewska, Warszawa 2013;

„In Amazons, Bluestockings and Crones: A Feminist Dictionary”. Red. C. Kramarae, P.A. Treichler. Makati 1992.

„Jak wziąć wolne na »Czarny piątek«?”. https://www.forbes.pl/kariera/czarny-piatek-jak-wziac-wolne-z-pracy-zwolnienie-urlop-na-zadanie-urlop-bezplatny/46lsxzv.

Noch J.: „To jest Ogólnopolski Urlop Kobiet. Protest Polek pokazuje, że zapomnieliśmy, jak się naprawdę strajkuje”. https://natemat.pl/191367,to-jest-ogolnopolski-urlop-kobiet-protest-polek-pokazuje-ze-zapomnielismy-jak-sie-naprawde-strajkuje.

„Ogólnopolski Strajk Kobiet”. Red. J. Grondecka. W: „Alfabet buntu”. https://archiwumosiatynskiego.pl/alfabet-buntu/ogolnopolski-strajk-kobiet/.

 „Strajk kobiet w Islandii w 1975 r.”. https://rozbrat.org/publicystyka/walka-klas/4482-strajk-kobiet-w-islandii-w-1975-r.
Klementyna Suchanow: „To jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze”. Wydawnictwo Agora. Warszawa 2020.