ISSN 2658-1086

15 maja 10 (394) / 2020

Miłosz Markiewicz,

SAMOTNOŚĆ INTELEKTUALISTY, CZ. I (BERNARD STIEGLER: 'UKONSTYTUOWAĆ EUROPĘ I')

A A A
Dlaczego tłumaczyć i wydawać dziś wywiady z francuskim filozofem pochodzące z okresu pomiędzy wyborami do Parlamentu Europejskiego z 13 czerwca 2004 roku a francuskim referendum z 29 maja 2005 roku dotyczącym ratyfikacji tzw. „Konstytucji dla Europy”? Teksty, które mają więc dziś kilkanaście lat i czyta się je z pewnym zaskoczeniem (nie mówiąc o ironicznym uśmieszku), gdy autor stwierdza przykładowo, że telefony komórkowe staną się kiedyś platformą wymiany symbolicznej. Taka właśnie myśl towarzyszyła mi podczas lektury pierwszej części „Ukonstytuować Europę” Bernarda Stieglera, której został nadany podtytuł „W świecie, który nie ma wstydu”. Im bardziej jednak zagłębiałem się w rozważania autora, tym bardziej rozumiałem sens tego wydawniczego gestu. Co więcej, tym bardziej zaczynałem się zastanawiać, czy zgorzknienie oraz zawód, które dostrzegam na kartach książki, ma swoje źródło w samym Stieglerze, w autorze tłumaczenia, a zarazem ostatniego wywiadu zamieszczonego w publikacji (Michał Krzykawski), czy może jednak we mnie.

Trudno jednak uniknąć poczucia zawodu, gdy w tekstach sprzed kilkunastu lat znajduje się przemyślenia dotyczące rzeczywistości, które okazują się tak trafne, że dziś są wręcz oczywistością – wtedy jednak stanowiły jeszcze element przestrogi. Szkoda tylko, że niewykorzystany… Dlatego też najciekawszy wydaje się w tym kontekście wywiad, który został dołączony do polskiego wydania – przeprowadzony na początku 2019 roku, z perspektywy czasu traktujący umieszczone w książce rozważania, ale i pokazujący dalszy rozwój myśli autora „Wstrząsów”. Dowodzący również pewnego rodzaju wiary w intelektualną misję, jakiej podjął się Stiegler. Nie poddaje się on bowiem w dalszym proponowaniu nowych zasad konstytuowania Europy – nie tylko w sensie „instytucjonalnego ustanowienia określonej przestrzeni politycznej” (s. 196), ale również „nadawania jakiemuś fenomenowi apodyktycznej i racjonalnej konieczności” (s. 195). Nie przeszkadza mu to, że jego wcześniejszy głos, antycypujący wygląd dzisiejszego świata, nie został wysłuchany, a wręcz przeciwnie – jak sam na to wskazuje – był ostentacyjnie ignorowany oraz wyśmiewany. Dlatego też ze śmiałością godną Don Kichota opowiada o tym, że trzeba „na nowo przemyśleć ekonomię polityczną w kontekście ucyfrowienia, a także w kontekście Antropocenu” (s. 212). I niewątpliwie znów ma rację…

Stiegler w zawartych w tomie czterech wywiadach oraz krótkim eseju, który je poprzedza, skupia swoją uwagę m.in. na ewolucji doświadczenia zmysłowego w kierunku seryjnego wytwarzania estetyki towarowej. Twierdzi, że utraciliśmy bliskość przedmiotów, nasz intymny stosunek do nich – zamiast praktykować, jedynie ich używamy. Zamiast amatorami czy amatorkami (z całą świadomością podwójnego znaczenia tego określenia) jesteśmy jedynie konsumentami i konsumentkami, ponieważ daliśmy się wciągnąć w mechanizmy produkcji, które w społeczeństwie przemysłowym skupiły się właśnie na wytwarzaniu konsumpcji, a nie samych przedmiotach, ponieważ tych drugich zawsze będzie więcej niż pragnień. Sami staliśmy się więc tym samym przedmiotami przemysłu marketingowego oraz ofiarami rynkowej konkurencji, którymi się zarządza, a nasza świadomość jest przeliczana na zysk. Jak bowiem bezwstydnie stwierdził w wywiadzie z 2004 roku Patrick Le Lay, prezes najpopularniejszej francuskiej stacji telewizyjnej TF1: „aby wiadomość reklamowa mogła zostać dostrzeżona, trzeba znaleźć dostęp do mózgu odbiorcy. Misja naszych programów polega na znalezieniu tego dostępu i rozporządzaniu nim, a więc na rozerwaniu i odprężeniu odbiorcy, aby go przygotować na czas pomiędzy dwiema wiadomościami. Tym, co sprzedajemy Coca-Coli, jest rozporządzalny czas ludzkiego mózgu” (s. 20–21). Ta bezceremonialna szczerość związana ze specyficznym poczuciem telewizyjnej „misji” oraz tego, w jaki sposób kształtuje się przekaz medialny i audiowizualny, którego jesteśmy jedynie biernymi odbiorcami, staje się poniekąd punktem wyjścia dla Stieglera. W trakcie kolejnych wywiadów będzie on przywoływał słowa Le Laya i odnosił się do nich – tak jakby nie chciał zapomnieć (i nie zamierzał pozwolić również nam), jak wiele możemy nauczyć się z tego chwilowego odsłonięcia.

Za przywołanym procesem wytwarzania konsumpcji kryje się jednak pułapka, w którą wpada kapitalizm, a która prowadzi nas coraz bardziej w charakterystyczny dla Antropocenu wzrost entropii (o czym wspomnę za chwilę). Jak bowiem zauważa Stiegler, standaryzacja zachowań, do której doprowadza bierne używanie otaczających nas rzeczy, cechujące się w ostateczności raczej tym, że to my jesteśmy przez producentów używani, prowadzi ostatecznie do zużycia tejże relacji. „W swoich konsumenckich zachowaniach konsumenci są preformatowani, zdalnie sterowani, konfekcjonowani, i jak mówi Deleuze, kontrolowani. A to oznacza, że są odjednostkowieni, że tracą wszelkie pragnienie i w tym sensie, jako »alterkonsumenci«, niespodziewanie – o ile nie brutalnie bądź gwałtownie – opuszczają świat konsumpcji” (s. 107–108). Wkradają się apatia i nihilizm, które doprowadzając do społecznego marazmu, okazują się śmiertelną pułapką dla samego kapitalizmu. Ten zaś, by się z niej wyrwać, musi działać szybciej, mocniej, produkując więcej, by pobudzać ostatnie jeszcze resztki ludzkich pragnień. Tak funkcjonująca gospodarka kapitalistyczna niszczy gospodarkę libidalną, zamykając się niejako w samonapędzającym się paradoksie, a tym samym niszczy samą siebie, przede wszystkim zaś – niszczy nas. Pod tym względem Stiegler zgodziłby się niewątpliwie z innym francuskim filozofem, antysystemowcem sprzed kilkuset lat, jakim był Markiz de Sade. On również opisywał świat, w którym libertyni – chcąc w pełni hołdować swoim zasadom – musieli sprowadzać sobie coraz więcej ofiar, nieustannie się pobudzając (zarówno przez wywyższenie, jak i poniżenie), co jednak nie było w stanie wyleczyć ich z apatii, a ostatecznym rozwiązaniem tego problemu mogła się okazać jedynie własna śmierć (por. Banasiak 2006). U Stieglera możemy natomiast dostrzec kolejny krok – własna śmierć już nie wystarcza, wraz z nią musi przyjść śmierć całego świata. Albowiem „ludzie nie lubią już przedmiotów, ani świata, którego już nie formują” (s. 109).

Autor proponuje więc „zastąpić tę bipolaryzację produkcja–konsumpcja, która prowadzi do upowszechnionej proletaryzacji, społeczeństwem amatorów: przemysłowo zintensyfikowanym libido, które jednak zwraca się ku doświadczaniu jednostkowości, a więc temu, co może być obiektem miłości, pasji lub po prostu praktyki i szacunku, albowiem to wszystko właśnie znaczy słowo amator” (s. 154). Amator jest przeciwieństwem konsumenta, ponieważ miłuje, jest w intensywnej, intymnej, a przede wszystkim żywej relacji ze światem (w jego różnych formach). Praktykuje, a nie jedynie używa. Pozwala więc na wytworzenie interrelacji, w której wspólnie korzysta się z wzajemnych zasobów, wspólnie buduje się współzamieszkiwaną przestrzeń życia (czy też, moglibyśmy powiedzieć, współ-życia). Jak stwierdza Stiegler, cierpimy dziś z powodu niedostatku miłości i to właśnie ów brak doprowadza do katastrofy, w obliczu której stajemy. Filozof, w swym afirmatywnym spojrzeniu, proponuje jednak powrót do greckiego rozumienia słowa katastrophe, które miałoby oznaczać: „napisać ostatni rozdział jednej historii, aby wywołać pragnienie innej” (s. 80–81).

Skąd więc wziął się tytułowy wstyd? I czy jego brak jest problemem, czy może pozytywną stroną współczesności? Autor sięga po grecki mit o stworzeniu ludzi przez Prometeusza i uzupełnia go o historię Epimeteusza, który otworzył niesławną puszkę Pandory. Śmiertelnicy zaczęli się wyniszczać, weszli w stan permanentnych wojen, niezgody i rozłączenia. Dopiero Dzeus podarował im – za pośrednictwem Hermesa – poczucie prawa [dike] i poczucie wstydu [aidos]. Te dwa jednak mogą istnieć wyłącznie w swoim połączeniu, jeśli mają zachować równowagę świata. Dla świata, w którym nie ma wstydu, nie ma więc przyszłości. Jeśli zaś chodzi o wstyd, który miałby pomóc w konstytucji Europy, to jest on „tym, co pochodzi z pragnienia jako czegoś, co konstytuuje cywilizację. Europa ukonstytuuje się jedynie w takiej zależności, albowiem pragnienie jest w swej esencji sublimacją, podczas gdy destrukcja pragnienia, jako rezultat przemysłowego skaptowania, niszczy wszelki wstyd, a przez to – wszelki horyzont sublimalności, bez projekcji której nie istnieje przyszłość na tej planecie, na Ziemi, gdzie żyją istoty wewnętrznie pragnące: mężczyźni, kobiety, dzieci” (s. 36–37).

Dlatego też, według Stieglera, potrzebujemy nie tylko oryginalnego europejskiego przemysłu kulturalnego (będącego wszak efektem sublimacji), ale wręcz nowej formy planetarnego kapitalizmu, który będzie uwzględniał otwarte lokalności i ich negentropijne potencjały. Cechą charakterystyczną Antropocenu miałby być bowiem „powszechny wzrost entropii w każdej postaci: termodynamicznej, biologicznej i informacyjnej” (s. 212), a więc tym, czego potrzebujemy, by się z nim zmierzyć, miałaby być negentropia – charakterystyczna dla ludzi forma organizacji, pozwalająca uporządkować i w jakiś sposób opanować narastający chaos. Tylko czy w tym przypadku nie można by wysnuć wniosku, że Antropocen to jednak przede wszystkim problem człowieka i zadanie dlań? Oczywiście rozumiem tu wiarę Stieglera w ludzką sprawczość i domyślam się również, że język, którym mówi, powinien trafić do szerokiego grona odbiorczyń i odbiorców, a tych zapewne najłatwiej będzie przekonać argumentem znanym dobrze w tradycji francuskiej filozofii – troski o siebie. Dlatego też filozof zainaugurował projekt Geneva2020, w ramach którego stworzył multidyscyplinarną grupę badawczą, której negantropocenowe propozycje zostały zaprezentowane 10 stycznia 2020 roku w Genewie, w setną rocznicę utworzenia Ligi Narodów.

Po zapoznaniu się z wcześniejszymi prognozami Stieglera, które bezbłędnie antycypowały kształt naszego dzisiejszego świata, chciałbym wierzyć, że tym razem się uda – że ktoś prognozy jego zespołu potraktuje poważnie, że z nich merytorycznie skorzysta i zaproponuje wdrożenie nowej formy ekonomii politycznej. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że – choć sam autor pisze językiem niezwykle prostym, odwołując się do popkulturowych, a czasem i publicystycznych przykładów, uprawiając tym samym filozofię, która powinna być „blisko człowieka” – intelektualistki i intelektualiści zapracowali na swoją odosobnioną pozycję, a także na deprecjację autorytetu wiedzy. Coraz mniej wszak amatorek i amatorów tej ostatniej, która również stała się przedmiotem rynkowych gier kapitalistycznej gospodarki.

LITERATURA:

Banasiak B: „Integralna potworność. Markiz de Sade. Filozofia libertynizmu, czyli konsekwencje śmierci Boga”. Łódź 2006.
Bernard Stiegler: „Ukonstytuować Europę I. W świecie, który nie ma wstydu”. Przeł. Michał Krzykawski. Wydawnictwo Eperons-Ostrogi. Kraków 2019.