ISSN 2658-1086

15 maja 10 (394) / 2020

Kamila Czaja,

SCENY ZE ZDJĘCIA MAŁŻEŃSKIEGO (ZOŚKA PAPUŻANKA: 'PRZEZ')

A A A
Z lektury poprzednich książek Zośki Papużanki (dwóch powieści: „Szopka”, „On” i tomu opowiadań „Świat dla ciebie zrobiłem”) pozostały mi wrażenia może nie aż niezatarte, bo trudno byłoby mi teraz przywołać szczegóły, ale pozytywne. O ile oczywiście można mówić o pozytywnych wrażeniach w kontekście prozy, która dotyczy głównie traum, jakie ludzie fundują sobie nawzajem w różnych relacjach. Niewątpliwie Papużanka potrafi o tych traumach pisać przenikliwie i nieprzezroczystym językiem, nie tylko temat, ale formę realizując w charakterystyczny dla siebie sposób. Tym większe oczekiwania miałam wobec „Przez”, jej najnowszej powieści, wydanej przez Marginesy – a oczekiwania te nie opadły nawet, gdy zajrzałam do pięknie wydanej książki i stwierdziłam, że nazwa wydawnictwa jest chyba znacząca, skoro na stronie znalazło się tak niewiele tekstu. Nadzieje na naprawdę wyjątkową lekturę traciłam jednak stopniowo w trakcie poznawania „Przez”. Nie powiedziałabym, że to książka słaba, ale jak na Papużankę jednak trochę rozczarowująca.

Wobec sporego grona zaludniających (pop)kulturę podglądaczy koncept nie jest może bardzo oryginalny, ale wciąż intryguje. Mężczyzna wprowadza się do wynajętego mieszkania i potajemnie robi zdjęcia z okna, głównie swojej nie-do-końca-byłej żonie. Ten fotograf to ciekawa postać. Może czytelnika na początku zmylić opieką nad rośliną, można najpierw za przesadę uznać ocenę: „Zobaczył nieogolonego faceta, którego nie lubił (…). Zobaczył go w lustrze. (…) To nie był facet do lubienia” (s. 26). Zwłaszcza że bohater z wyczuciem patrzy na rośliny, zwierzęta i przedmioty (choć często dlatego, że projektuje na nie swój własny stan) i wydaje się samotny… Łatwo się nabrać, że może jednak istnieje jakaś, chociaż częściowo usprawiedliwiająca tego stalkera uczuciowa motywacja. Jednak z czasem, gdy fragmenty dotyczące „misji”, jaką bohater sobie postawił, zaczynają się przeplatać ze wspomnieniami z małżeństwa, w czytelniku narastać może groza wobec tego, jak mąż reżyserował i tłamsił żonę pod pozorem opieki. Przebija to z kolejnych stron, odsłaniając protekcjonalizm i psychiczną przemoc: „Idealna. I w dodatku pali. Będzie mogła mu zawdzięczać zarwanie [sic!] z nałogiem. Oraz wiele innych spraw, wiele wdzięczności tylko dla niego” (s. 35), „Często jej mówić, że się ją kocha, się ją, bo kobiety w to wierzą. Jak się mówi, to można działać właściwie dowolnie (…)” (s. 39), „Robię dobrze i dla jej dobra. Sama nie daje rady” (s. 67), „Mała dziewczynka chce jasnych reguł” (s. 142).

Takie wizje małżeństwa z przekonaniem snuje bohater, przyznając sobie boskie prawa wobec kobiety nawet po tym, jak na dłużej zniknął z jej życia. Monologuje do widzianej z daleka przez okno dawnej partnerki: „Największe niebezpieczeństwo jest twoim okiem opatrzności, nie pozwoli cię skrzywdzić. Nie pozwoli cię skrzywdzić nikomu innemu” (s. 260). A podglądanie wprost nazwane zostaje zniewoleniem: „Nie, nie jest wolna, dopóki on patrzy” (s. 156), więc po początkowej fascynacji bohaterem kibicuje się obserwowanej żonie, żeby wreszcie była całkiem wolna.

Ten główny wątek skutecznie wciąga w grę, jaką narzuca fotograf, chociaż z czasem staje się ona dość powtarzalna. Ta gęsta psychodrama broniłaby się bardziej, gdyby nie została rozrzedzona przez uczynienie z bohatera książki nie tylko obserwatora żony,, ale także współczesnej Polski, i gdyby kolejne komentarze na temat sąsiadów stanowiących raczej typy niż „żywe” postaci, wnosiły coś oprócz dość oczywistych socjologicznych diagnoz. „Przez” wyróżnia wprawdzie fakt, że język w dużej mierze bazuje na wieloznaczności pojęć związanych z fotografią, ale ta obsesyjność frazy, splatająca się z obsesją bohatera, dla którego zdjęcie jest ważniejsze niż obiekt ze zdjęcia, utrzymuje uwagę czytelnika tylko przez jakiś czas. Podobnie jak, moim zdaniem zbędne, pisarskie wstawki, które chyba miały zapewnić powieści dodatkową warstwę przez ujawnienie jakiegoś autora spisującego losy bohatera, a przy tym dość pretensjonalnie niewszechwiedzącego: „Zrealizuje plan, a potem jeszcze nie wie, co dalej. Oboje nie wiemy” (s. 127). Autor zaprojektowany w powieści nadmiernie podkreśla, że oto mamy do czynienia z książką, w której niewiele się dzieje: „(…) bardzo łatwo napisać, że coś się dzieje. A jeśli on leży już drugą godzinę, patrzy w sufit i wyobraża sobie, że jest wielką śrubą, panem czasu i właśnie go zlikwidował i nadal jest siódma rano pięć lat temu, to jak o nim pisać” (s. 98). Czy wręcz jeszcze bardziej ostentacyjnie: „I właściwie po co, wtrąca się redaktor książki, po co pan to robi, no bo już sto dwadzieścia stron i nic się nie dzieje (…)” (s. 120).

Trochę to brzmi jak uprzedzanie ewentualnej krytyki, a może i nieco butna wizja, że takie duże wyzwanie, a zrealizowane z sukcesem. Tyle że problemem „Przez” nie jest samo to, że niewiele się dzieje, bo sytuacja i psychika bohatera wydają się na tyle interesujące, że dziać by się nie musiało. Tyle że po początkowym wciągnięciu nowa powieść Papużanki, poza wspomnianą grozą wobec przekonań bohatera, nie oferuje potem niczego, co by czytelnika przy tak napisanym „niedzianiu” trzymało. Oprócz metaforyki fotograficznej nie aż tak wiele tu gęstości języka, zostaje w głowie trochę pomysłowych fraz, kilka dobrze rozegranych kulturowych aluzji, ale i parę banałów. Przyznaję, koniec – bez zdradzania szczegółów – był dla mnie satysfakcjonujący. Tyle że z tego, co pomiędzy początkiem a końcem, przekonało mnie silnie stosunkowo niewiele. Nie podchodzę do „Przez” aż tak krytycznie jak Kinga Dunin na portalu „Krytyki Politycznej”, chociaż rozumiem znużenie. Nie prowokuje mnie ta książka szczególnie – nawet do ostrego obnażania wtórności, jakie w bardzo ciekawym tekście w „Dwutygodniku” przeprowadziła Monika Ochędowska. Przeczytałam do końca, nie mam wielkiego żalu o zapożyczenia znanych tropów. Po prostu wyszło „Przez” jakieś rozmyte – nie w sensie celowego rozmycia motywacji czy artystycznego zapośredniczenia aktu patrzenia, lecz po prostu z nadmiaru zbędnych dodatków oraz popadnięcia w monotonię wątku międzyludzkiego, który chwyta najmocniej.

Literatura:

Dunin K.: „Prawdziwe życie Lisbeth Salander”. https://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/kinga-dunin-czyta/prawdziwe-zycie-lisbeth-salander/.

Ochędowska M.: „Ślepa plamka”. https://www.dwutygodnik.com/artykul/8885-slepa-plamka.html.
Zośka Papużanka: „Przez”. Marginesy. Warszawa 2020.